| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
8.09
Kolejny dzień
postanowiliśmy wykorzystać na wycieczkę górską. Z dołu doliny dobrze widać
kościół Tsminda Sameba usytuowany na wysokiej górze wznoszącej się nad doliną.
Wygląda to tak, jakby kościół znajdował się bardzo, bardzo wysoko, więc z pewną
niepewnością wyruszyliśmy na szlak. Nie byliśmy pewni, czy uda nam się dojść
tak wysoko. Co prawda, w przewodniku znajdowała się informacja, że do kościoła
idzie się około godziny, ale wydawało się to wręcz nieprawdopodobne – wznosząc
się wysoko na tle chmur zdawał się trudnym do osiągnięcia celem.
Poszliśmy w górę
wioski, podziwiając świniaki różnych świńskich ras spacerujące sobie swobodnie
między domami lub pochrumkujące sobie wesoło w przydomowych chlewikach. Droga
jest w sumie prosta, a gdy nie byliśmy pewni, w którą z uliczek skręcić,
życzliwi miejscowi służyli nam pomocą. Ich zbudowane z kamienia domy sprawiały
na ogół wrażenie dość prymitywnych. Bardziej nowoczesnych z wyglądu budowli nie
było wiele.
Przeszliśmy obok
cmentarza, a następnie – kierując się wskazówkami zawartymi w przewodniku
Bradta – ruszyliśmy dość stromą i kamienistą ścieżką w górę. O dziwo,
Prosiaczek wcale nie chciał siedzieć w nosidle. Mimo że musiało być to dla
niego dość męczące, dzielnie wspinał się po kamieniach, asekurowany – rzecz
jasna – przez tatę i mamę. Nie poruszaliśmy się w konsekwencji najszybciej, ale
tempo mieliśmy i tak nie najgorsze.
Po pewnym czasie
doszliśmy do krzyżówki z szeroką gruntową drogą. Minęła nas najpierw jakaś
dziwna parka – składające się ze starszej pani oraz ciemnolicego młodziana,
który teoretycznie pewnie mógł być jej synem, a może nim nawet był. W końcu
związki ludzi różnych ras w naszym kraju wydają się dziwne, ale są miejsca na
ziemi, gdzie traktuje się je jako normalność.
Potem, gdy
odpoczywaliśmy po wspinaczce, doszedł do nas jakiś Japończyk czy Koreańczyk,
prosząc o wskazanie właściwego kierunku na szczyt. Ponieważ kierunek znaliśmy
wyłącznie teoretycznie, bo z przewodnika, mogliśmy udzielić mu wyłącznie
teoretycznej rady. Chłopak usiadł, a my ruszyliśmy do szczytu, kierując się
wskazaniami przewodnika. Nigdy go już nie zobaczyliśmy, więc trudno nam orzec,
czy przypadkiem nie zabłądził – byłoby to dość idiotyczne, biorąc pod uwagę, że
do trawiastej równiny pod samym szczytem zostało jeszcze może z 10 czy 15
minut.
Nawiasem mówiąc,
wszyscy szli szeroką drogą przejezdną dla jeepów, a nikt nie korzystał ze
znaczniej krótszego kamienistego podejścia, którym przyszliśmy. Najwyraźniej
pozostali podróżni nie mieli przewodnika Bradt.
Trawiasta równina
wcale jednak nie była szczytem. Okazało się, gdy już na niej stanęliśmy, że na
niewielkim hełmie wznosi się ponad jej poziom kościół, podczas gdy z drugiej
strony między niskimi iglakami droga prowadzi gdzieś wyżej – znacznie wyżej,
jeśli nie myliliśmy się z oceną.
Najpierw jednak
zwiedziliśmy kościół. Wyglądał wyjątkowo malowniczo na tle otaczających gór.
Nic dziwnego, że ktoś postanowił umieścić ten widok na okładce przewodnika po
Gruzji i Armenii wydawnictwa „Bezdroża”.
Do kościółka
wchodziło się przez bramę. Za nią znajdował się dziedziniec – z jednej strony
nie było muru – w dół opadało dość stromo zbocze, u podnóża którego widać było
wioskę. Weszliśmy do kościółka. W środku odbywało się jakieś nabożeństwo. Młoda
dziewczyna na widok Małgosi wyszła na zewnątrz i po chwili przyniosła
spódniczkę. Był to zatem jeden z tych kościołów, w których nie uchodziło kobiecie
przebywać w spodniach.
Zakończyliśmy
zwiedzanie w odpowiednim momencie, bo w chwili, gdy opuszczaliśmy kościółek,
przyjechała właśnie dżipami wycieczka zachodnioeuropejskich emerytów.
Ruszyliśmy zatem
dalej w górę przez ścieżkę pośród iglaków. Między nimi niedaleko ścieżki rosły
urodziwe maślaki. Aż żal je było tam zostawiać!
Idąc grzbietem nad
iglakami w dole widzieliśmy pasące się krowy. Zbocze przed nami zaś trawersował
ścieżką jakiś miejscowy wieśniak, prowadząc konia. Po chwili minęliśmy go i
ruszyliśmy tą samą ścieżką w poprzek zbocza. Potem zaczęło się znowu podejście
i w ten sposób trafiliśmy na piękne hale. W międzyczasie Prosiak usnął nam w
nosidle, ale obudził się, gdy zdjąłem je na postoju z pleców.
Nie ukrywam, że
byłem już dość zmęczony noszeniem Prosiaka na plecach, więc następne parę
godzin spędziliśmy dość rozrywkowo, wylegując się na łączkach i nieśpiesznie
przechadzając się tu i ówdzie. Prosiaczek zaś biegał po trawce i skakał po
kamieniach.
Potem zawróciliśmy.
Po drodze nie spotkaliśmy zbyt wielu ludzi. Dopiero w okolicach iglaków zrobiło
się gęściej od ludzi, a to za sprawą sporej grupy zasapanych turystów z
wielgachnymi plecakami. Widząc ich spocone twarze i obserwując powolne tempo
marszu, czy też raczej już pełzania, mogłem docenić, jak niewielkim ciężarem
jest ciążący mi na plecach w nosidle Prosiaczek.
Do wioski
dotarliśmy, gdy zaczęła już robić się szarówka. Świnki już zmierzały do swoich
chlewików. Mieszkańcy uśmiechali się do nas, my do nich. Z jednym z mężczyzn
nawet nawiązaliśmy konwersację – był trochę podchmielony, więc i bardziej chyba
niż zazwyczaj otwarty. Zaproponował nam nawet, byśmy przyjechali do niego w
przyszłym roku w gości, ale z powodu jego stanu jakoś nie potraktowaliśmy tego
zaproszenia poważnie.
I tak dotarliśmy do
domu naszych gospodarzy. Nie czekaliśmy długo na kolację, która była – jak
zwykle – pyszna. Po kolacji posiedzieliśmy chwilkę w jadalni, gdzie Małgosia
wymogła od naszej gospodyni Szoreny, by ta przekazała nam trochę informacji o
gruzińskiej kuchni. Nie udało mi się znaleźć informacji o kursach gotowania w
Gruzji, ale mieszkanie u ludzi w domach dawało sposobność poznania sekretów
gruzińskiej kuchni.
Nasi sublokatorzy w
międzyczasie wyprowadzili się, gdyż w pensjonacie zrobiło się odrobinę luźniej
i mogli dzięki temu zamieszkać razem w jednym pokoju ze swoimi przyjaciółmi.
Nie mieliśmy im tego, rzecz jasna, za złe.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|