| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
9.09
Poprzedni dzień był
trochę męczący, więc tym razem postanowiliśmy po śniadaniu udać się na nieco
mniej męczącą wędrówkę wzdłuż doliny do wodospadów obok wioski Arsza – trasą
opisaną w przewodniku Bradta.
Trasa okazała się
rzeczywiście niezbyt męcząca i wiodła początkowo głównie przez podmokłą równinę
z kałużami pełnymi żab. Żaby okazały się niezwykle ciekawą atrakcją dla naszego
Prosiaczka – z dużym zainteresowaniem przyglądał się ich pływackim wyczynom.
Wkrótce dotarliśmy
do dużego betonowego basenu, który znajdował się na okolonej murkiem łączce. W
jednym miejscu z ziemi wystawała rura, którą wartko biła w górę woda. Inna rura
wyłapywała spadającą wodę i doprowadzała ją do basenu. Gdy zbliżaliśmy się do
źródła, jakiś starszy mężczyzna napełniał wodą butelki, które następnie
przywiązał do kijka – kijek zaś zarzucił sobie na ramię i podążył do
niedalekiej wioski.
Woda była więc
zdatna do picia i chyba całkiem niezła, skoro miejscowym chciało się po nią
specjalnie chodzić. Spróbowaliśmy jej. Była pyszna i naturalnie gazowana. Można
było rozkoszować się jej smakiem nieco przypominającym naszą „Staropolankę”,
jeśli porównaćby ją z którąś z naszych wód.
Nad basenem
spędziliśmy sporo czasu. W międzyczasie minęła nas para młodych ludzi – gdy
wyruszyliśmy znad basenu, ich nie było już wcale widać.
Przez następny
odcinek drogi wlekliśmy się niemiłosiernie. Prosiaczek nie bardzo chciał
siedzieć w nosidle, a na nóżkach szedł wyjątkowo ospale. Dopiero na skraju
małego przysiółka udało nam się wsadzić go do nosidła. Po chwili minęliśmy
parkę, którą wcześniej spotkaliśmy, siedząc nad basenem z mineralną wodą. Teraz
oni siedzieli sobie na zwalonym drzewie, które służyło za ławkę im i jakiemuś
miejscowemu staruszkowi. Staruszka pozdrowiliśmy – już od jakiegoś czasu
witaliśmy się po rosyjsku z mijanymi miejscowymi ludźmi, gdyż wśród gościnnych
Gruzinów wydało nam się to całkiem naturalne. Staruszek również przywitał się z
nami i zapytał, skąd jesteśmy. Gdy odpowiedzieliśmy, staruszek powiedział, że
parka to nasi sąsiedzi z Litwy. Chłopak szybko sprostował, że są z Estonii.
Nie zatrzymaliśmy
się tam na dłużej. Gdy minęliśmy ostatnie domy, przystanęliśmy, by zrobić kilka
zdjęć wznoszącej się nad wioską wieży strażniczej. Gruzini, żyjąc w stanie
ciągłego zagrożenia atakami nieprzyjaznych im sąsiadów, mieli zwyczaj budować w
górskich dolinach wieże, które służyły im do wypatrywania niebezpieczeństwa i
obrony przed wrogami. Do dzisiaj w górskich dolinach Gruzji pełno jest takich
wież – nadają one gruzińskim wioskom swoistego uroku i uzmysławiają, jak silny
jest związek tych ludzi z ich ziemią.
Idąc dalej wzdłuż
doliny, minęliśmy pasące się na łące świnie i zobaczyliśmy w oddali w jednej z
dolin potężny wodospad. Wodospad był bardzo wysoko, a nie wiedzieliśmy, w jaki
sposób można się do niego dostać, gdyż najbardziej oczywiste drogi były
zagrodzone płotami. Nie bardzo chcieliśmy wchodzić na czyjeś pole bez pytania o
zgodę. Na szczęście w sąsiedniej dolinie dojrzeliśmy inny wielki wodospad. Ten
był położony nieco niżej, a dojście do niego wydawało się bardziej oczywiste.
Tam też ruszyliśmy.
Wspinaczka okazała
się stosunkowo trudna, bo droga była momentami bardzo stroma, a Prosiaczek,
który drzemał w nosidle, ciążył mi na plecach. Dlatego posuwaliśmy się w górę
raczej nieśpiesznie. W środku podejścia wyprzedziła nas parka młodych
Estończyków.
Niedaleko wodospadu
pasły się dwie krowy. Nie po raz pierwszy zresztą, sądząc po porozrzucanych tu
i ówdzie krowich plackach. Placków nie było przy samym wodospadzie, gdyż by się
tam dostać, należało zejść z dość stromej skarpy – aby zejść nad wodospad,
krowy musiałyby mieć skrzydła.
Po drugiej stronie wodospadu
ułożyli się już młodzi Estończycy. My zatem zostaliśmy po tej stronie. Na
leniuchowaniu nad wodospadem zszedł nam szmat czasu. Zrobiliśmy dla Prosiaczka
sesję fotograficzną i trzeba przyznać, że chłopak wypadł fenomenalnie na tle
szerokiej ściany spienionej wody. Trochę pobawiliśmy się także w rzucanie
kamieni do wody, w końcu jednak zabawa się nam znudziła. Postanowiliśmy wracać.
Po drodze musiałem
odebrać telefon komórkowy – kolega z pracy próbował się dodzwonić. Roaming
zadziałał, ale jakość rozmowy była bardzo marna, więc kolega dał sobie spokój.
Ponieważ kończyła
nam się woda, zdecydowaliśmy się dojść do głównej drogi, przy której stały
jakieś domy. Istotnie, okazało się, że w jednym z nich jest sklep. Kupiliśmy
wodę i lody, usiedliśmy sobie na krzesełkach i zjedliśmy lody, gawędząc sobie z
miejscowymi i obsługą. Miejscowi radzili nam podjechać marszrutką do Kazbegi,
jednak zdecydowaliśmy się wracać pieszo. Nie ma to jak aktywny wypoczynek w
górach – po to tu przecież przyjechaliśmy.
Wracając, znowu na
dłużej zatrzymaliśmy się przy basenie z mineralną wodą. Tym razem jednak było
tam trochę ludniej – obok basenu stało kilka samochodów, a w wodzie pluskały
się miejscowe dzieciaki i młodzież. Prosiaczkowi tak się tam podobało, że nie
chciał iść. Nabraliśmy trochę wody do butelek i poszliśmy jednak dalej, gdyż
słońce się już zniżało i zaczynał wiać wiatr, a w konsekwencji zrobiło się
chłodniej.
Wieczór spędziliśmy
pilnując Prosiaczka, który biegał po domu naszych gospodarzy, ścigając „jeska”.
Po kolacji zaś Małgosia poszła do naszej młodej gospodyni po kilka nowych
przepisów kulinarnych.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|