| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
10.09
Rano po śniadaniu
pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami i poszliśmy na główny plac miasteczka,
by złapać marszrutkę do Tbilisi. Marszrutki do Tbilisi odjeżdżają z Kazbegi
często, mniej więcej co godzinę. My załapaliśmy się na marszrutkę odjeżdżającą
o 10.
Jazda marszrutką do
Tbilisi trwała trzy i pół godziny z jedną niedługą przerwą obok restauracji i
wodospadu, tych samych, przy których zatrzymał się także nasz kierowca, gdy
jechaliśmy kilka dni temu do Kazbegi. Tamże podczas postoju zapłaciliśmy za
przejazd (16 lari za nasze dwie osoby). Dzieci w wieku Prosiaczka podróżują w
Gruzji za darmo.
Marszrutka zapełniła
się dość szybko i w kolejnych miejscowościach nawet nie zatrzymywaliśmy się,
mimo że ludzie machali do nas rękami. Samochód był jednak tak zatłoczony, że
trudno byłoby wcisnąć do niego dodatkowych pasażerów.
W marszrutce prócz
nas było kilku miejscowych, parka z Estonii, którą spotkaliśmy poprzedniego
dnia, a także parka z Izraela, co poznaliśmy po czytanej przez nich hebrajskiej
książce. Parka z Estonii wysiadła zresztą w Annanuri, chcąc obejrzeć zamek,
który my już wcześniej obejrzeliśmy, jadąc do Kazbegi.
Tu muszę wyjaśnić,
dlaczego wracaliśmy do Tbilisi. Droga do Kazbegi odbija od głównej trasy, który
biegnie z Tbilisi na zachód kraju. Trasa ta przebiega przez Gori, które miało
być naszym następnym celem. Dlatego też teoretycznie mogliśmy wysiąść na
głównej drodze i łapać tam marszrutkę lub autobus. Nie zdecydowaliśmy się
jednak na takie rozwiązanie, gdyż mieliśmy sporo bagaży, a marszrutki
przeważnie jadą dość dokładnie zapełnione. Lepiej dojechać do stacji
początkowej, w tym przypadku do Tbilisi. Nie traci się na to zbyt wiele czasu,
bo od odgałęzienia prowadzącego do Kazbegi do dworca autobusowego Didube w
Tbilisi jedzie się może około pół godziny.
Dworzec Didube to
dość gwarne miejsce z kilkoma różnymi placykami i terminalami, z których
odjeżdżają autobusy w różnych kierunkach Gruzji. Najwięcej jedzie na Zachód,
jednak by pojechać do Gori, musieliśmy przejść do odpowiedniego terminala.
Miejscowi wskazali nam drogę i odpowiedni autobus. Tym razem musieliśmy kupić
bilety przed wejściem do środka (3,5 lari za osobę). Okazało się, że miejsca są
numerowane i z jakiegoś powodu sprzedano nam miejsca, które wcale nie
znajdowały się obok siebie. Dlatego też zignorowaliśmy numerację. Raz
musieliśmy się przesiąść, ale za drugim razem udało się, nikt nie domagał się
od nas, byśmy zwolnili miejsce.
Droga do Gori trwała
nieco ponad półtorej godziny. Niestety, nie zorientowaliśmy się, gdzie należy
wysiąść – dzięki dość mylącemu opisowi w przewodniku, który kazał nam wysiąść
po minięciu zielonego wagonu kolejowego Józefa Wissarionowicza Stalina. Być
może pomiędzy napisaniem przewodnika a naszym przyjazdem do Gori zmianie uległa
organizacja ruchu, ponieważ – jak się później okazało – nie mieliśmy szans
zobaczyć tego wagonu z okien autobusu. Po prostu autobus mija muzeum Stalina z
całkiem innej strony niż ta, obok której stoi wagon. W ten sposób wylądowaliśmy
na głównym dworcu autobusowym.
Jeśli mowa o Gori,
to trzeba wspomnieć, że jego najwybitniejszym obywatelem był właśnie Józef
Wissarionowicz Stalin. Człowiek, który jest w wielu miejscach na świecie wspominany
ze zgrozą i nienawiścią, jest uważany w Gori po prostu za ich wybitnego ziomka,
historyczną postać, która urodziła się w ich mieście. Chociaż więc w wielu
miejscach Gruzji można natknąć się na pozostałości po komunizmie, to właśnie w
Gori najbardziej uderzają one przyjezdnych, gdyż tu jest ich największe
skupisko i dotyczą one Józefa Stalina, obiektywnie biorąc, jednego z
najbardziej znienawidzonych dyktatorów w historii.
Pragnąc znaleźć
miejsce kolejnego noclegu, za jedyne 3 lari wzięliśmy taksówkę do hotelu
Inturist. Zgodnie z informacjami zawartymi w przewodniku hotel ten jest jednym
z najlepszych w Gori, co nie oznacza, że jest to szczególnie dobry hotel. Mimo
że wzięliśmy najdroższy pokój w hotelu (za 50 lari), licząc na gorącą wodę i
trochę przestrzeni dla chłopaka, dostaliśmy pokój z dość obskurną łazienką
(choć w rzeczy samej ciepła woda była, ale nie od razu; elektryczny podgrzewacz
wody początkowo nie działał i dopiero po kilku godzinach obsłudze hotelu udało
się go uruchomić), pokojem, którego umeblowanie pamiętało być może jeśli nie
Józefa Wissarionowicza, to przynajmniej Nikitę Chruszczowa i nie działającym
telewizorem. Sprawa telewizora została zresztą częściowo rozwiązana –
recepcjonistki, miłe starsze panie, chwalące mnie za moją znajomość
rosyjskiego, dały mi swój własny, gdy zapytałem je, dlaczego ten w naszym
pokoju nie działa. Generalnie hotel jest w takim stanie, jak i sam komunizm –
tzn. jest to siermiężna ruina starająca się sprawiać wrażenie czegoś, co ma
jakiś szyk.
W pokoju nie zabawiliśmy
długo. Najpierw poszliśmy na główny plac miasta, by obejrzeć sobie pomnik
Józefa Stalina. Ogromny ojciec narodów świata spoglądał na nas z wielkiego
cokołu – podobno chciano go nawet po upadku komunizmu usunąć stąd, ale
przeciwstawiła się temu miejscowa ludność.
Potem zaś poszliśmy
w drugą stronę, gdzie znaleźliśmy muzeum Wodza Rewolucji. Przed muzeum
obejrzeliśmy sobie z zewnątrz mały prosty domek, nad którym wybudowano wielki
dach, by uchronić drogocenny budynek przed wpływem czynników atmosferycznych.
To tu urodził się właśnie Józef Stalin.
Wejścia do muzeum
chroniło dwóch strażników. Skierowaliśmy się do okienka z biletami, ale nikogo
tam nie było. Staliśmy przed nim dobre pięć minut, nim w końcu przyszedł ktoś z
obsługi. Bilety kosztowały koszmarnie drogo – 15 lari za osobę. Okazało się, że
właśnie rozpoczęło się zwiedzanie w języku angielskim i możemy, jeśli się
pośpieszymy, dołączyć do grupy. Weszliśmy zatem na piętro i przez kolejne pół
godziny zwiedzaliśmy zapełnione zdjęciami i obrazami sale, w których Józef
Stalin był ukazywany to jako młodzieńczy rewolucjonista, to jako dzielny
budowniczy sowieckiej industrializacji, to wreszcie jako wódz Wielkiej Wojny
Ojczyźnianej. Pośród eksponowanych w przeszklonych gablotkach darów dla Stalina
z różnych stron świata z łatwością można znaleźć w również takie, które
pochodzą z Polski.
Jeśli ktoś chciałby
znaleźć w tym muzeum choćby blade ślady niezbyt chlubnych epizodów z życia
Józefa Stalina, z pewnością nie osiągnie takiego celu. To muzeum zostało
stworzone po to, by gloryfikować Stalina, a nie po to, by powiedzieć prawdę o
tym, kim ten człowiek był.
Po zakończeniu
zwiedzania z przewodniczką wróciliśmy do małego domku, w którym urodził się
Stalin. Okazało się, że rodzice Stalina, będąc bardzo ubogimi ludźmi, wcale nie
mieszkali na parterze domu, ale gnieździli się w piwnicy. Nie weszliśmy tam,
ale mogliśmy zerknąć do środka domku – tam bowiem stało łóżko, na którym
urodził się Stalin. Gospodarze, u których rodzice Stalina wynajmowali piwnicę,
pozwoli jego matce urodzić dziecko w swojej własnej izbie i na własnym łóżku.
Ostatnim etapem
zwiedzania był wspomniany wcześniej wagon. Był to osobisty wagon Stalina, w
którym tenże podróżował po Związku Radzieckim. Stalin bał się latania samolotem
i jeśli tylko było to możliwe, podróżował pociągiem. Jego wagon był jak na
tamte czasu doskonale wyposażony we wszelkie udogodnienia i środki komunikacji.
W salonie stał nawet dość dziwacznie wyglądający protoplasta współczesnego
klimatyzatora.
Na tym zakończyliśmy
zwiedzanie. Ponieważ zrobiło się już dość późno, poszliśmy zjeść obiad.
Wybraliśmy polecaną w przewodniku restaurację Inturist, znajdującą się obok
naszego hotelu. Restauracja rzeczywiście była całkiem niezła i dobrze się tam
najedliśmy, chociaż nieodzowne było przeprowadzenie dłuższej konwersacji z
kelnerem. Okazało się bowiem, że przyniesiona nam karta miała znaczenie tylko
symboliczne, bo i tak większości wymienionych w niej dań nie wydawano.
Wieczór spędziliśmy
w hotelu, starając się odpocząć po trudach zwiedzania.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|