| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
11.09
W tym dniu
obudziliśmy się dość wcześnie i bez śniadania wyruszyliśmy na dworzec kolejowy.
Doszliśmy do głównego placu, a stamtąd zgodnie z radą z przewodnika
pojechaliśmy trolejbusem linii 2.
Mieliśmy zamiar
jechać do Upliscyche. Do tego wykutego w skałach starożytnego miasta, które
zostało opuszczone w średniowieczu wskutek wyludnienia spowodowanego wojnami,
można dotrzeć na różne sposoby. Jednym z nich jest dojechanie pociągiem do
najbliższego miasteczka i dojście pieszo do celu (jest to odległość mniej
więcej 2 kilometrów). Dworzec kolejowy w Gori znajduje się na skraju miasta,
ale można dojechać tam z centrum na przykład trolejbusem.
Trolejbus był dość
zdezelowany i jechał potwornie wolno, ale nie przeszkadzało nam to wcale. I tak
nie wiedzieliśmy, o której godzinie miał odjechać pociąg. Z okna trolejbusu
zobaczyłem sklep z logo jednego z miejscowych operatorów telefonii komórkowej -
MAGTI. Postanowiliśmy udać się do niego, wracając z wycieczki do Upliscyche,
żeby kupić kartę.
Okazało się, że
mieliśmy sporo szczęścia, bo gdy dotarliśmy na dworzec, okazało się, że pociąg
będzie zaraz jechał. Kupiliśmy bilety (2 lari) i poszliśmy na peron. Tam
zostawiłem Małgosię z Andrzejkiem, a sam pobiegłem kupić coś do jedzenia. Tu
jednak nie miałem szczęścia. Nikt nie sprzedawał chaczapuri, które zazwyczaj
można kupić bez kłopotu w okolicach gruzińskich dworców. Kupiłem zatem jakieś
herbatniki, żeby w razie czego nie umrzeć z głodu.
Tu muszę pokusić się
o drobne wyjaśnienie dotyczące chaczapuri. Otóż jest to najbardziej popularny
fast-food w Gruzji, jedzony jako przekąska, danie śniadaniowe lub kolacyjne.
Jest to przy tym danie powszechnie dostępne, które można kupić nawet wtedy, gdy
innych dań nie ma. Są nawet lokale, w których jest to jedynie danie, które
można zamówić.
Chaczapuri to na
ogół specyficzny gruziński ser zapieczony w cieście. Ciasto bywa różne: czasem
jest to jakaś odmiana ciasta francuskiego, czasem zaś ciasto drożdżowe. Jest to
chyba kwestia regionu, a być może nawet stylu przyjętego w danym lokalu.
Na pociąg nie
czekaliśmy długo – w końcu wjechał na stację i ludzie zaczęli do niego wsiadać
razem ze swoimi bagażami. A niektórzy podróżni naprawdę mieli sporo tego
bagażu. Pociąg służył najwyraźniej mieszkańcom wiosek położonych w pobliżu Gori
do wożenia płodów rolnych na targ w mieście, a więc wielu podróżnych było
obładowanych jakimiś workami, skrzyniami i wiadrami.
Sam pociąg zasługuje
na coś więcej niż krótką wzmiankę. Pociągi w Gruzji dzielą się na różne klasy i
różne składy jeżdżą na różnych trasach. W naszym przypadku mieliśmy jechać tak
zwaną „elektriczką”, czyli lokalnym pociągiem elektrycznym zatrzymującym się na
wszystkich przystankach po drodze.
W różnych krajach
widzieliśmy już różne pociągi, ale gruzińska „elektriczka” spełnia z pewnością
nasze najbardziej wybujałe wyobrażenia o kolejach w trzecim świecie – stare,
zdewastowane, z pozbawionymi szyb oknami wagony, odrapane wnętrze z
nieheblowanych desek, pełne ludzi stojących w przejściach, siedzących na
ławkach lub grających w jakieś karciane gry na wywróconych do góry nogami
wiadrach. Ludzie, co w Gruzji jest normalnością, grzeczni i mili – ustąpili
miejsca Małgosi, dzięki czemu mogła sobie usiąść z Prosiaczkiem na ławce. Ja
stałem obok wyjścia w ludzkiej ciżbie, przez którą co jakiś czas przeciskali
się sprzedawcy drobnych przekąsek i papierosów, zazwyczaj gruzińskie babcie
dorabiające w ten sposób do emerytury. Dzięki nim zaopatrzyliśmy się w
upragnione chaczapuri.
Dotarli do nas
również gruzińscy konduktorzy. Sprawdzili bilety (choć z tego, co widziałem,
sporo osób po prostu płaciło im pieniądze, zamiast dawać bilety) i powiedzieli,
ile stacji dzieli nas do wioski Kvachvreli, w której zgodnie z przewodnikiem
mieliśmy wysiąść.
Stacja Kvachvreli
była po prostu peronem, przy którym stała zdewastowana murowana wiata. Zgodnie
ze wskazaniami przewodnika przeszliśmy przez wioskę i za mostem na rzece
poszliśmy w lewo. Już z wioski widzieliśmy coś, co musiało być słynnym
wydrążonym w skałach miastem.
Niestety w drodze do
niego minął nas pełen turystów autokar. Wiedzieliśmy już zatem, że nie dane nam
będzie zwiedzać zabytku w samotności. Nie śpieszyliśmy się zatem, mając
nadzieję, że uda nam się trafić na moment, gdy turyści będą już kończyli
zwiedzanie. Niestety, w międzyczasie minął nas kolejny autokar. Zwiedzanie w
otoczeniu innych turystów stawało się nieuchronne.
Po dojściu na
miejsce kupiliśmy bilety (10 lari od osoby) i rozpoczęliśmy zwiedzanie
Upliscyche. Kompleks jest całkiem spory, ale mimo że generalnie nie ma tam
dużych wzniesień, kilka podejść jest dość stromych i wymagających przechodzenia
po niezbyt równej skale. Zmęczone życiem, poruszające się o kulach niemieckie
emerytki musiały korzystać w tych miejscach z pomocy pracowników kompleksu.
Wszystkie
pomieszczenia miasta były wykute w skałach z wyjątkiem jednego murowanego
kościoła. We wnętrzach panował miły chłodek w porównaniu ze skwarem, który lał
się z nieba na człowieka na wolnym powietrzu.
Generalnie warto
zwiedzić to miejsce, choć nie znajdziemy tu fresków, a dostępność skalnego
miasta, do którego można dojechać turystycznym autobusem, powoduje, że nie ma
raczej co liczyć na spokój podczas oglądania. I tak jest jednak pod tym
względem lepiej niż w tureckiej Kapadocji.
Po zakończeniu
zwiedzania zatrzymaliśmy się na chwilę w małym barze przed wejściem na teren
skalnego miasta. Bar był w tym momencie dość zatłoczony – przy stolikach
popijali piwko i napoje chłodzące niemieccy emeryci. Kupiliśmy sobie zatem zimne
piwo, a Prosiaczek dostał od miłej starszej pani, które nam to piwo
sprzedawała, gruszkę. Usiedliśmy sobie na ławce w cieniu kasy biletowej i
wysączyliśmy zimny napój.
Po tym odpoczynku
ruszyliśmy w drogę do miasteczka. Żar lał się z nieba, więc wymagało to od nas
pewnego wysiłku.
Od miejscowych
ludzi, którzy stali na skraju szosy obok stacji kolejowej, dowiedzieliśmy się,
że w drugą stronę „elektriczka” będzie jechała dopiero za kilka godzin. Za to
zaraz powinna przyjechać „marszrutka”. Stanęliśmy więc razem z nimi w cieniu
drzewa na poboczu i wypatrywaliśmy nadjeżdżającego mikrobusu.
Mikrobus podjechał
po chwili i płacąc dokładnie tyle, co za pociąg, a więc 2 lari za osobę, w
nieco bardziej komfortowych warunkach, choć po nieco dłuższym czasie, dotarliśmy
do Gori.
Okazało się, że
sklep z komórkami firmy MAGTI, który widzieliśmy z okien trolejbusa, był
zamknięty, za to dużo bliżej naszego hotelu znaleźliśmy inny sklep. Tam za 5
lari kupiłem kartę, a za 5 lari załadowałem konto w sieci Geocell.
Potem poszliśmy do
naszego hotelu na krótki odpoczynek.
Naszym następnym
celem był kościółek Ateni Sioni, podobno bardzo urokliwie położony stary
gruziński kościół. By dostać się tam można było skorzystać z autobusu, jednak
biorąc pod uwagę, że autobusów na tej trasie kursowało niewiele, a ceny
gruzińskich taksówek nie były z naszego punktu widzenia porażające,
postanowiliśmy dotrzeć na miejsce taksówką.
Postój znajdował się
niedaleko od naszego hotelu. Gdy doszliśmy do niego, okazało się, że stoi tam
tylko jedna wołga. Uzgodniliśmy z taksówkarzem stawkę za podwiezienie w dwie
strony (15 lari) i zapakowaliśmy się do środka. Taksówkarz był dość zdziwiony,
że nie chcemy jechać równocześnie do Upliscyche, bo na ogół tak robią turyści –
np. dwie dziewczyny i chłopak z Polski, których wiózł rano. Musieliśmy wyjaśnić
mu, że w Upliscyche już byliśmy.
Początkowo zresztą
jechaliśmy tą samą trasą, co do Upliscyche, dopiero po pewnym czasie
skręciliśmy w jakąś boczną drogę, która wspinała się zygzakami w górę doliny.
Kościół Ateni Sioni
z zewnątrz wyglądał ładnie – do pewnego momentu. To prawda, że położony jest
urokliwie, ale z zewnątrz szpeci go rusztowanie, obiekt jest bowiem aktualnie w
remoncie. Na szczęście wysoki mur przesłania rusztowanie, widać je dopiero
wtedy, gdy się jest blisko budowli.
Wnętrze również
zasługuje na uwagę, albowiem jest ozdobione pięknymi freskami.
Zwiedzanie nie
zajęło nam wiele czasu. Szybko wróciliśmy do miasta, uzyskując po drodze od
taksówkarza informację, że mikrobus do Achałcyche, czyli do następnego celu
naszej podróży, odjeżdża o 8 rano. Taksówkarz nie był – co prawda – tej
informacji całkowicie pewien, bo – jak słusznie zresztą zauważył – skoro jeździ
taksówką, to niespecjalnie ma powód, by dojeżdżać gdzieś autobusem, ale
zapewnił, że w razie czego możemy podjechać do głównej trasy, a po niej bardzo
często jeżdżą autobusy z Tbilisi do Achałcyche i położonego nieco dalej miasta
Achalkalaki.
Wieczorem
spakowaliśmy bagaże i przygotowaliśmy się do wyjazdu.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|