| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
12.09
Rano wyszliśmy z
hotelu – oczywiście bez śniadania – i pieszo udaliśmy się na dworzec
autobusowy. Na miejscu byliśmy za dwadzieścia ósma, bez problemów odnaleźliśmy
właściwy mikrobus, ale okazało się, że odjeżdża on nie o ósmej, ale dopiero o
wpół do dziewiątej. Zostawiliśmy nasze bagaże w mikrobusie, a sami poszliśmy
kupić bilet do kasy, która znajdowała się w budynku dworca (zapłaciliśmy 14,5
lari).
Okazało się, że
część budynku dworca autobusowego i obszerny placyk, który z nim sąsiadował,
zajmowało targowisko. Trochę pokręciliśmy się po nim dla zabicia czasu, a gdy
zbliżyła się godzina odjazdu, kupiliśmy w niewielkiej piekarni przylegającej do
targowiska chaczapuri. Musiało ono dzisiaj wystarczyć nam jako śniadanie.
Tym razem trafiliśmy
na wyjątkowo brudny mikrobus. Podróż zajęła nam zaś sporo ponad trzy godziny.
Początkowo jechaliśmy niziną, wkrótce jednak wjechaliśmy w dolinę górską,
której dołem płynęła wartko spieniona rzeka, mijając po drodze kolejne
miasteczka.
Jednym z tych
miasteczek było Bordżomi – znany onegdaj kurort, w którym chętnie spędzali czas
przywódcy państwa radzieckiego. Nazwę Bordżomi można napotkać w wielu sklepach
spożywczych w całej Gruzji, gdyż pod tą nazwą jest sprzedawana jedna z
najpopularniejszych wód mineralnych.
Nie chcieliśmy
jednak się tu zatrzymywać. Już trochę powędrowaliśmy sobie po Kaukazie Wysokim.
To pasmo, przez które teraz przejeżdżaliśmy, Kaukaz Niski, było znacznie niższe
– odpowiadało mniej więcej naszym Sudetom. Przyjemnie byłoby może i tu nieco
pochodzić po górach, ale czas nas gonił. W Gruzji jest wiele miejsc
zasługujących na zwiedzenie, trzeba sobie wyznaczyć zatem pewne priorytety. Tym
bardziej, że jest to zbyt mały kraj – w przeciwieństwie do Tajlandii czy
Malezji – by zwiedzać go na raty. Nie wiemy, kiedy się znowu wybierzemy do
Gruzji, ale chyba nieprędko.
Dworzec autobusowy w
Achałcyche był niedużym budynkiem, przed którym znajdował się placyk dość
szczelnie nabity mikrobusami i taksówkami. Taksówkarze od razu po tym, jak
wyszliśmy z autobusu, zaczęli proponować nam swoje usługi, ale najpierw
weszliśmy do budynku dworca, by zmienić Prosiaczkowi pieluchę, którą musieliśmy
mu założyć ze względu na długa podróż i brak postojów. Dopiero po wykonaniu tej
czynności poszliśmy poszukać taksówki, którą chcieliśmy dojechać do Vardzii. Jak
już wspomniałem, nie było to szczególnie trudne zadanie. Mając tak szeroki
wybór, podszedłem do niskiego siwego pana, który zachwalał swoją nieco
poobijaną wołgę. Pamiętając o tym, że Małgosia wyrażała się w superlatywach o
wygodzie podróżowania w wołdze, której mogła zaznać poprzedniego dnia podczas
wycieczki do Ateni Sioni, celowo wybrałem ten właśnie pojazd, co miało
pociągnąć za sobą pewne znamienne skutki, o których będzie jeszcze mowa.
Dogadaliśmy się co
do ceny (60 lari), zapakowaliśmy nasze bagaże do bagażnika i ruszyliśmy w
drogę. Vardzia znajduje się naprawdę daleko od Achałcyche. Jazda zajmuje ponad
dwie godziny. Mając do dyspozycji tyle czasu, spokojnie zagłębiłem się w
pogawędkę z taksówkarzem, który okazał się całkiem interesującym rozmówcą. Był
w końcu inżynierem mechanikiem o wieloletnim doświadczeniu zawodowym, więc nic
dziwnego, że rozmowa była ciekawa.
Miał – jak wielu
Gruzinów – poczucie, że upadek ZSRR był dla niego i jego bliskich katastrofą.
To, co dla nas Polaków, może być nieco dziwne, to to, że odsunięcie od władzy
komunistów i niepodległość wcale nie były dla wielu spośród tych ludzi warta
ceny, którą w związku z tym musieli zapłacić. A miały u nich miejsce takie
zjawiska jak destabilizacja społeczna i polityczna, zamieszki (zakończone
oderwaniem od Gruzji części jej terytorium i exodusem wypędzonej ludności),
bezrobocie i utrata oszczędności gromadzonych w bankach. U nas w Polsce to
jednak komunizm kojarzył się z niskim standardem życia i wiedzieliśmy, że
obalenie go zwiększy poziom naszego życia. Większość Polaków nie pomyliła się
zresztą w tych oczekiwaniach.
Im zaś za komuny
żyło się całkiem nieźle, a obalenie systemu wcale nie podniosło standardu ich
życia. Prawdę mówiąc, do tej pory żyje im się trudniej niż za komuny.
W ten sposób
gawędząc o odmiennościach kulturowych i ekonomicznych, jechaliśmy do Vardzii.
Droga, jak to w Gruzji bywa, była okropna. Mimo że nominalnie była to jedna z
głównych dróg, ważna ze względu na to, że prowadziła do granicy z Armenią,
momentami przechodziła w drogę gruntową częściowo utwardzoną żwirem.
W końcu zjechaliśmy
z głównej trasy. Przez jakiś czas jechaliśmy zadziwiająco niezła drogą
asfaltową, w końcu jednak asfalt się skończył. Góry zrobiły się wyższe i jadąc
żwirową drogą pokonywaliśmy kolejne serpentyny, a pnąc się w górę, musieliśmy
dodatkowo uważać na stada krów, które potrafiły wyłonić się w ostatniej chwili
zza zakrętu.
W końcu zza
kolejnego zakrętu wyłoniło się zbocze poznaczone otworami tak, że wyglądało
jakby było zrobione ze szwajcarskiego sera. Przejechaliśmy przez ostatni mostek
i stanęliśmy na parkingu obok niedużego budynku. Tu spotkała nas niespodzianka.
Na parkingu stał dobrze znanym nam odlotowy samochód mówiącego po polsku Niemca
Williego, którego spotkaliśmy w Kazbegi.
Nie musieliśmy długo
czekać i zjawił się sam Willi, razem z resztą naszych młodych rodaków, których
poznaliśmy w guesthousie u stóp Kaukazu.
Przywitaliśmy się,
ale długo nie pogadaliśmy. Okazało się, że byliśmy na parkingu, na którym
zgodnie z obowiązującymi regułami należało zostawić samochód przed udaniem się
w górę zbocza, gdzie znajdowało się wejście do skalnego miasta. Ze względu na
dziecko przyjaźni pracownicy obsługi postanowili jednak zaoszczędzić nam trudów
wchodzenia pod górkę i zezwoli wjechać nam na położony jeszcze wyżej parking, z
którego dojście do skalnego miasta jest znacznie łatwiejsze. Ponieważ upał był
trudny do wytrzymania, był to bardzo wspaniałomyślny gest.
Tak więc od rodaków
tylko zdążyliśmy usłyszeć, jak pięknym miejscem jest nadmorskie Batumi.
Chłopacy chwalili się, że udało im się trafić na polski dzień w Batumi,
przygotowany ze względu na wizytę delegacji z jakiegoś zaprzyjaźnionego
polskiego miasta. Dzięki temu wkręcili się na zorganizowaną z tego powodu
uroczystość i załapali się na picie wina z rogów.
I na tym pogawędka
skończyła się. Wsiedliśmy z powrotem do naszej wołgi i pojechaliśmy na górny
parking. Tam nasz szofer rozłożył się pod drzewkiem, otwierając na oścież drzwi
samochodu, by nie nagrzał się zbytnio podczas oczekiwania, a my poszliśmy
oglądać skalne miasto.
Vardzia ma całkiem
inny charakter niż Upiscyche. Upliscyche jest płaskie, składa się z kilku
tarasów, z których wchodzi się do poszczególnych pomieszczeń, a po schodkach
lub prowadzącą pod górę ścieżkę można dostać się na kolejny poziom, gdzie
wszystko wygląda mniej więcej tak samo. Dlatego też trudno zobaczyć Upliscyche
jako całość. Zazwyczaj widzi się tylko kawałek – taras, na którym stoi
aktualnie zwiedzający, ewentualnie widok w dół. Vardzia zaś to strome, niemal
pionowe zbocze pocięte wejściami do poszczególnych pomieszczeń – stąd też
skojarzenie ze szwajcarskim serem jest w tym przypadku naprawdę adekwatne. Ze
względu na stromość zbocza barierki chroniące zwiedzających przed upadkiem z
wysokości nie są bezużyteczną ozdobą i raczej odradzałbym zwiedzanie Vardzii
osobom z silnym lękiem wysokości.
Zwiedzanie zabrało
nam mniej więcej godzinę. Vardzia sprawia duże wrażenie, z pewnością większe
niż Upliscyche. Wnętrza są zachowane w lepszym stanie, tu i ówdzie ściany
ozdabiają freski (w tym słynny fresk z królową Tamarą, ponoć jeden z niewielu
wykonanych za jej życia obrazów przedstawiających tę wybitną władczynię
średniowiecznej Gruzji), jest nawet cały kościół z ikonami i świecami. Przed
kościołem siedział pop, pozdrowiłem go więc po chrześcijańsku w języku
starocerkiewnosłowiańskim („Sława Izusu Christu”). Nie odpowiedział, ale chyba
zrozumiał, bo kiwną głową, a później pobłogosławił Prosiaczka.
Jedną z atrakcji
Vardzii jest również długi tunel wewnątrz góry, wiodący dość stromo w dół,
momentami raczej ciasny. W tunelu jest założone oświetlenie, więc można iść
dość wygodnie i bezpiecznie. Jestem duży, a nosidło z dzieckiem na grzbiecie
dodatkowo zwiększa moje rozmiary. Dlatego też w pewnym momencie musiałem
poprosić Małgosię, żeby pomogła mi ściągnąć Prosiaczka z pleców, i dalej
prowadziliśmy go już za rączkę. Było to – rzecz jasna – całkiem bezpieczne dla
niego.
Na samej dole
wychodzi się do dużej komnaty. Sąsiednia sala ma okna na zewnątrz i jest oświetlona
przez światło naturalne. Ma tu się znajdować sadzawka zwana łzami Tamary.
Podobno woda z niej jest bardzo smaczna i orzeźwiająca, ale jakoś tej sadzawki
nie mogliśmy znaleźć. Po pierwsze, nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie jej
szukać, i nie byliśmy nawet pewni, czy znajdujemy się we właściwej komnacie, a
po drugie ze względu na charakter oświetlenia spora część komnaty tonęła w
mroku. Dlatego też wyszliśmy na zewnątrz – wyjście znajdowało się obok
kościoła, który już wcześniej zwiedziliśmy.
Vardzia znajduje się
po jednej stronie skalistego zbocza, po drugiej zaś stronie jest kilka domków.
Prócz nich jest tam jeszcze duży budynek hotelu Inturist. Dziś jest to tylko
ruina. Od naszego kierowcy dowiedzieliśmy się, że za czasów ZSRR do Vardzii
przyjeżdżali ludzie z całego kraju. Rozpad ZSRR przerwał gwałtownie rozwój
turystyki. Do dzisiaj – mimo zwiększonego zainteresowania Gruzją – nie udało
się zrekompensować straty turystów z ZSRR. Hotel trzeba było zamknąć. Zgodnie z
informacjami w przewodniku w Vardzii można gdzieś ostatecznie przenocować,
warunki są jednak spartańskie i ciężko jest z jedzeniem. Dlatego też większość
turystów – tak jak my – robi do Vardzii wycieczkę z Achałcyche i nocuje w tym
mieście przed dalszą podróżą.
Pokręciliśmy się
jeszcze trochę po Vardzi, po czym ruszyliśmy z powrotem do naszego samochodu.
Nasz kierowca rozłożył się wygodnie pod drzewkiem i odpoczywał. Niestety,
musieliśmy przerwać mu odpoczynek.
Wyjechaliśmy z
Vardzi. Po drodze do najbliższej wioski minęliśmy naszych polskich znajomych.
Zaparkowali samochód obok drogi, by podziwiać widoki.
W wiosce nasz
kierowca zwolnił i zatrzymał samochód. Okazało się, że złapaliśmy gumę w tylnym
prawym kole. Wysiedliśmy i patrzyliśmy, jak nasz kierowca wymienia koło. Jakoś
wydawało mi się, że w oponie z przodu po prawej też jest trochę mało powietrza,
ale powiedziałem o tym tylko Małgosi. Jakoś doszedłem do wniosku, że nie będę o
tym mówił kierowcy, bo chyba wie, co robi.
Jak się okazało,
lepiej bym zrobił, gdybym mu zwrócił uwagę na to koło, bo kilka kilometrów za
wioską znowu złapaliśmy gumę – w prawym przednim kole. Nasz kierowca nie miał,
rzecz jasna, dwóch kół zapasowych. Dlatego też nasze położenie było nie
najciekawsze. Poszliśmy z Prosiaczkiem posiedzieć na łączce obok drogi, a nasz
kierowca zaczął ściągać koło. Liczył, że ktoś będzie jechał drogą i udzieli nam
pomocy, ale byliśmy przecież na jakiejś bocznej, mało istotnej drodze, która
prowadziła do Vardzii i do jednej oddalonej od cywilizacji wioski. Samochody
jeździły tu z częstotliwością około jednego na godzinę. Gdy więc w końcu któryś
się zatrzymał, nasz kierowca dowiedział się tylko tego, że nikt w okolicy nie
ma wołgi.
Zaoferowałem
kierowcy swoją komórkę, licząc na to, że może wezwie, jeśli nie pomoc drogową,
to może jakichś znajomych, ale nie skorzystał. W końcu zdjął oponę, wyjął dętkę
z obu zepsutych kół. Jedną z opon wraz z kompletnie rozdartą dętką od razu
wyrzucił z wyraźną wściekłością. Przy pomocy młotka i monety usiłował załatać
dętkę, co wydało mi się nieco beznadziejnym zajęciem. Potem pompował oponę i
założył ją z powrotem do samochodu. Zaprosił nas do środka i ruszyliśmy.
Nasz kierowca mówił
nam, że modlił się, by udało nam się dojechać chociaż do Aspindzi (jest to
nieduże miasteczko mniej więcej w połowie drogi do Achałcyche), bo tam jest
przynajmniej jakaś infrastruktura. Ale jego modlitwy najwyraźniej nie zostały
wysłuchane. Nie wiem, czy udało nam się przejechać choćby kilometr, gdy
usłyszałem dochodzący zza okna wyraźny syk uchodzącego z dętki powietrza.
Jechaliśmy z
uchodzącym powietrzem, aż w końcu jasne się stało, że nie ma go tam już wcale.
Kierowca na chwilę tylko zatrzymał samochód. Z przodu mieliśmy kompletnego
flaka. Tym razem jednak nie podjął się kolejnej naprawy. Zamiast tego kazał nam
zająć miejsce w samochodzie i pojechaliśmy na flaku. Jazda po kamieniach na
oponie bez powietrza dostarcza niezapomnianych wrażeń. Tak muszą się pewnie
czuć pasażerowie czołgu. Po jakimś czasie nasze wrażenia sensoryczne zostały
wzbogacone o smród palonej gumy. Opona zablokowała się i przestała się kręcić,
a felga trąc o nią, sprawiła, że guma zaczęła się palić.
Kierowca kazał nam
wyjść, powiedział, że spróbuje dojechać do najbliższej wioski, a my mamy pójść
pieszo. Do wioski nie było już daleko i spotkaliśmy kierowcę przy pierwszych
zabudowaniach. Nie miał najlepszych wieści. Nikt tu w okolicy nie miał wołgi.
Wsiedliśmy zatem znowu do samochodu i na feldze oraz resztkach opony
dojechaliśmy mniej więcej do środka wioski. Siedzieli tam na kłodach drewna
jacyś ludzie: młodzi mężczyźni i kobieta, a obok bawiły się dzieci. Oczywiście
oni również nie mieli wołgi i koła zapasowego, ale mieli dętkę od żiguli. Nasz
kierowca wziął dętkę i chciał ją włożyć do opony, ale kiedy zajrzał pod spód
samochodu, okazało się, że nie ma gdzie już tej dętki włożyć, bo z opony
pozostały tylko jakieś strzępy.
Zatem na coraz
bardziej zrujnowanej feldze przejechaliśmy jeszcze kilometr czy dwa i
znaleźliśmy się na głównej trasie. Dochodziła już piąta, a ruch na drodze
zamierał. Mimo że nasz kierowca próbował zatrzymać jakąś wołgę lub samochód,
który mógłby dowieźć nas do Achałcyche, okazało się, że jest to właściwie
niemożliwe. Na marszrutkę również nie mogliśmy już liczyć. Minęła nas tylko
jedna, jadąca w przeciwnym kierunku. Jej właściciel powiedział nam, że właśnie
kończy pracę.
Sytuacja stawała się
naprawdę beznadziejna. Co prawda miejsce, w którym się znajdowaliśmy, było na
skraju wioski, więc liczyłem, że w razie czego ktoś nas przenocuje, ale
zdecydowanie bardziej wolelibyśmy znaleźć się w przyzwoitym hotelu w Achałcyche
niż szukać noclegu w jakiejś stodole. W każdym razie nie byliśmy sami. Z wioski
przyszły miejscowe dzieci, a nawet kilku dorosłych. Cóż, trudno się dziwić, że
stanowiliśmy dla nich pewnego typu dziwowisko.
W otwartym bagażniku
mogliśmy podziwiać nasze uświnione do granic niemożliwości plecaki. Niestety,
brudne od smarów felgi oraz pompka do pompowania koła spowodowały nieodwracalne
szkody. Nie przyszło nam do głowy, by wsiadając do taksówki, założyć na nasze
bagaże pokrowce. Był to duży błąd. Zwłaszcza Małgosia bardzo rozpaczała,
musiałem obiecać jej, że własnoręcznie spróbuję jakoś wyczyścić nasze plecaki w
Achałcyche.
Od czasu do czasu
ktoś się obok nas zatrzymywał, ale nie były to wołgi. Nasz kierowca zdołał
namówić nawet jednego z kierowców na próbę założenia koła zapasowego od Łady
Niwy, ale próba ta nie zakończyła się powodzeniem.
Nasz kierowca dwa razy
opuścił nas na dłużej. W sąsiednich wioskach byli podobno ludzie z wołgami.
Jednak w jednym przypadku okazało się, że wołga została już sprzedana, a
drugiego właściciela wołgi nie było aktualnie w domu.
Po kilku godzinach
tej walki w końcu przy pomocy miejscowych ludzi nasz kierowca znalazł pewnego
typu rozwiązanie. Kluczem do niego okazało się wyłowione z pobliskiej rzeki
stare koło i dętka od żiguli. Zadziwiające, ale okazało się, że to jakoś
działa. Całe szczęście, bo słońce chowało się już za górami i ochłodziło się.
W każdym bądź razie
mogliśmy ruszyć z miejsca.
Gdzieś w okolicy
Aspindzi z naprzeciwka nadjechał nowoczesny samochód terenowy, wyglądało to jak
jeden z terenowych modeli Suzuki lub Kia, ale że było już ciemno, trudno nam
powiedzieć, jaki był to model. Samochody zatrzymały się, nasz kierowca wysiadł.
Po chwili usłyszeliśmy, że otwierany jest bagażnik naszego samochodu, i
usłyszeliśmy hałas czegoś ciężkiego wrzucanego do środka. O nasze biedne
plecaki!
Po chwili nasz
kierowca wsiadł i ruszyliśmy dalej. Okazało się, że w międzyczasie udało mu się
jakoś zadzwonić do zięcia, który – jak wyjaśnił – jest gruzińskim
parlamentarzystą. Ów zaś, mimo że mieszka w Tbilisi, grubo ponad dwieście
kilometrów od miejsca, w którym się znajdowaliśmy, załatwił dwa koła zapasowe
do wołgi i pojechał do nas. Daje to wyobrażenie o sile więzi rodzinnych w
Gruzji, ale również o tym, ile czasu nam zleciało na próbach rozwiązania
problemu opony.
Koło zapasowe
przydało się. Po ujechaniu kolejnych kilkudziesięciu kilometrów na odcinku, na
którym nie było asfaltu, tylko jakiś tłuczeń, znowu złapaliśmy gumę – w
przednim prawym kole, na którym była założona wyłowiona z rzeki opona z dętką
od żiguli. I tak cud, że tak długo dało się na niej jechać. Wkoło było ciemno, że
oko wykol. Tym razem jednak uśmiechnęło się do nas szczęście, bo wkrótce
nadjechał jakiś samochód. Okazało się, że byli to znajomi naszego kierowcy,
mieszkający w jego sąsiedztwie w Achałcyche. Stanęli naprzeciwko naszego
samochodu i usłużnie poświecili nam światłami.
Chwilę porozmawiałem
sobie z jadącą samochodem młodą dziewczyną. Najpierw starała się ze mną dogadać
po angielsku, ale gdy powiedziałem jej, że mówię po rosyjsku, zmieniliśmy język
konwersacji na ten właśnie język, stanowiący coś w rodzaju lingua franca na
terenach byłych republik radzieckich. Powiedziała, że właśnie przygotowuje się
do wyjazdu do Holandii, gdzie ma zamiar znaleźć sobie, jak wielu innych
Gruzinów, jakąś pracę pozwalającą jej na godne życie. W kraju, w którym dużo
więcej ludzi szuka pracy, niż ją – przynajmniej oficjalnie – ma, jest to
całkowicie racjonalna decyzja.
Po wymianie opony
bez żadnych dalszych przeszkód dojechaliśmy do Achałcyche. Nasza wycieczka
zamiast o 16 skończyła się o 22. Powiedzieliśmy kierowcy, gdzie chcemy
dojechać. Miał to być hotel Mescheti, zgodnie z informacjami z przewodnika
podobno całkiem niezły i ulokowany korzystnie w centrum miasta. Gdy
przejeżdżaliśmy przez Achałcyche było już całkiem ciemno, więc niewiele udało
nam się zobaczyć, nie mogliśmy jednak nie zauważyć tłumów młodych ludzi
lansujących się w centrum miasta.
Zostawiliśmy
Małgosię w samochodzie razem z Prosiaczkiem, który nie dotrwał i usnął pod
koniec drogi, i wziąwszy z kierowcą bagaże, poszliśmy do hotelu. Nocleg
kosztował jedynie 30 lari, co za pokój, który wyglądał naprawdę całkiem ładnie
i miał nowoczesną łazienkę, było ceną bardzo niewygórowaną. Uzyskanie ciepłej
wody wymagało włączenia jakiegoś przełącznika i odczekania 40 minut, ale poza
tym łazienka sprawiała wrażenie czystej i schludnej.
Ponieważ przez cały
dzień nic nie jedliśmy, skarmiając tylko Prosiaczka resztkami herbatników,
które mieliśmy poupychane w bagażach, musieliśmy jeszcze zdobyć coś do
jedzenia. Okazało się, że niedaleko od hotelu znajduje się mała kawiarenka. Jej
właścicielami byli znajomi naszego taksówkarza. Mimo więc zatem że teoretycznie
właśnie ją zamykano, udało nam się zdobyć chaczapuri. Pożegnaliśmy się z
kierowcą, umawiając się na następny dzień na 11. Zapłaciłem mu 70 lari, dając
10 lari napiwku. Dla niego był to – jak dla nas – ciężki dzień, a to, że złapał
gumę, nie było jego winą. Uznałem zatem, że należy mu się drobne dodatkowe
wynagrodzenie trudów.
W hotelu zjedliśmy
chaczapuri, szybko umyliśmy się i poszliśmy spać.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|