| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
13.09
Rano w miarę swych
ograniczonych możliwości postarałem się oczyścić nasze plecaki, zwłaszcza zaś
paski, które mogły pobrudzić ubranie.
Potem poszliśmy
zjeść śniadanie do kawiarenki, w której wczoraj sprzedano nam chaczapuri. Na
śniadanie znowu zjedliśmy chaczapuri, a dla Prosiaczka zamówiliśmy jego
ulubione jajko.
Już kilka dni temu
Małgosia zauważyła, że w jej plecaku puścił szew. Dlatego też postanowiliśmy
gdzieś kupić nici i igłę. Obsługa kawiarni wskazała nam, gdzie znajduje się
pobliski targ, na którym podobno sprzedawano tego rodzaju artykuły.
Targ znaleźliśmy bez
kłopotu. Rzeczywiście znajdowały się tam stoiska z artykułami pasmanteryjnymi i
kupiliśmy to, czego potrzebowaliśmy. Potem zwiedzaliśmy warzywniak. Właściwie
wszystkie warzywa i owoce, które tam sprzedawano, były nam znane. Nie
wiedzieliśmy tylko, czym jest pewien rodzaj zioła z purpurowymi listkami, który
– jak się nam zdawało – widzieliśmy już wcześniej w potrawach, które nam
podawano. Próbowaliśmy się dowiedzieć tego od sprzedawcy. Powiedział, że jest
to zioło, którego smak bardzo dobrze komponuje się z pomidorami, a możemy ją
znać z odmiany o zielonych listkach. Charakterystyka ta odpowiada bazylii, ale
liście tej zieleniny zupełnie nie przypominały żadnej znanej nam odmiany
bazylii. Sprzedawca w końcu sprezentował nam zieleninę. I cóż, okazało się, że
rzeczywiście była to bazylia. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że w Gruzji
najpopularniejszą odmianą bazylii jest odmiana, której kształt liści zupełnie
nie odpowiada odmianie śródziemnomorskiej popularnej u nas (można w Polsce
kupić odmianę purpurową, ale ma ona takie same liście jak odmiana zielona).
Mieliśmy dziś w
planach wyjazd do Kutaisi. Wożenie do Kutaisi bazylii nie miało najmniejszego
sensu, więc zostawiliśmy ją w kawiarni, w której jedliśmy chaczapuri. Sami zaś
poszliśmy do hotelu i o godzinie 11 stanęliśmy w hotelowym holu, czekając na
naszego kierowcę. Czekaliśmy 15 minut, ale człowiek nie pojawił się, więc
pieszo poszliśmy na dworzec autobusowy. Szliśmy tam mniej więcej 15 minut,
głównie z górki, więc nie było to bardzo uciążliwe, mimo że mieliśmy trochę
bagaży i musieliśmy jeszcze uważać na naszego chłopaka.
Na dworcu
autobusowym kupiliśmy bilety (zapłaciłem 20 lari) i odnaleźliśmy właściwy
mikrobus. Do odjazdu pozostało niewiele czasu, jakieś 10 minut. Gdy usiedliśmy
w środku, zobaczyliśmy naszego kierowcę – chodził wokół naszego mikrobusu i
przyglądał się przez szyby podróżnym. Najwyraźniej nas szukał. Gdy nas
zobaczył, ucieszył się bardzo. Pożegnaliśmy się, życząc sobie wszystkie
najlepszego.
Jechaliśmy do
Kutaisi początkowo tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Dopiero po minięciu
wzniesień Kaukazu Niskiego skręciliśmy na zachód, podczas gdy droga do Gori i
Tbilisi wiodła na wschód. Podczas dalszej podróży zatrzymaliśmy się na 15 czy
20 minut na postój przed bramkami, które wyglądały, jak bramki na autostradzie.
Wiedziałem z przewodnika, że nie jest to jednak wjazd na autostradę, ale
początek długiego tunelu drogowego, za przejechanie którego pobierana jest
opłata.
W miejscu, w którym
się zatrzymaliśmy, jest kilka knajpek i ubikacja, można więc kupić coś do picia
i jedzenia oraz zadbać o fizjologię.
Tunel jest
rzeczywiście długi, ale wyobrażałem sobie, nie wiem czemu, że jest jeszcze
dłuższy. Za nim droga wije się po zboczach wzgórz, pomiędzy rzecznymi dolinami.
Widoki są dość malownicze.
W końcu dojechaliśmy
do Kutaisi. Przejazd trwał mniej więcej 4 godziny. Niestety, przegapiliśmy
odpowiedni przystanek i wylądowaliśmy na głównym dworcu autobusowym. Dworzec w
Kutaisi jest duży i chaotyczny, czego można się spodziewać po drugim pod
względem wielkości mieście Gruzji. Po raz pierwszy podczas pobytu w Gruzji
zobaczyliśmy tutaj charakterystyczne cysterny z rosyjskim napisem „kwas”. Potem
widzieliśmy je jeszcze w Batumi, ale – jak się wydaje – są one popularne raczej
na zachodniej Gruzji, bo na wschodzie ich nie widzieliśmy.
Małgosia bardzo
narzekała, że musimy wrócić się kilometr po drodze, którą przyjechaliśmy.
Okazało się zresztą, że operacja ta nie miała żadnego sensu, bo w niedrogim i
niezłym – wedle opinii przewodnika – hotelu Aia otworzył mi ochroniarz, który
oznajmił mi, że obiekt jest zamknięty. Chcąc, nie chcąc, wyciągnąłem komórkę i
zadzwoniłem pod podany w przewodniku numer telefonu domu gościnnego przy ulicy
Debi Iszchnelebi 26. Przewodnik bardzo zachwalał panujące tam warunki, mimo
więc, że cena była nie najniższa (80 lari za dwójkę), zdecydowałem się, że
warto skorzystać z tej propozycji. Po drugiej stronie głos starszego mężczyzny
poinformował mnie, że są wolne miejsca. Pozostało mi więc jeszcze zatrzymać
taksówkę. Nie sprawiło to żadnego problemu – w Gruzji taksówek jest mnóstwo.
Niestety, taksówkarz nie miał zielonego pojęcia, gdzie jest nasz pensjonat.
Musiałem więc jeszcze raz użyć swojej komórki i poprosić właściciela pensjonatu
o wyjaśnienie taksówkarzowi, dokąd ma jechać.
Za kurs zapłaciłem 6
lari, trochę drogo jak na gruzińskie warunki. Początkowo jechaliśmy przez
centrum miasta, wkrótce jednak wjechaliśmy na jakąś górkę i odnaleźliśmy w
spokojnej dzielnicy willowej domek o właściwym numerze. Już z ulicy widać było,
że budynek jest komfortowy. Właściciel, starszy pan, już na nas czekał.
Przywitała nas również gospodyni, starsza miła pani. Zostaliśmy ulokowani w
wielkim salonie z przeszklonymi gablotami pełnymi kryształowych naczyń i książek.
Było tam łóżko i wersalka, Prosiaczek mógł więc spać sam w swoim własnym
łóżeczku. Co prawda, nie mieliśmy własnej łazienki, ale bardzo czysta i
nowoczesna łazienka znajdowała się na tarasie dosłownie dwa kroki od naszego
pokoju.
Byliśmy podobno pierwszymi
Polakami, którzy zawitali do tego domu. Gospodarze pokazali nam książkę gości,
w której mogliśmy obejrzeć wpisy dokonane przez gości z całego świata, którzy
tu nocowali.
Poprosiliśmy
gospodynię o zrobienie czegoś do zjedzenia. W międzyczasie chodziliśmy sobie po
tarasie – widok na miasto był przepiękny. Była tam ustawiona ogrodowa huśtawka,
na dole zaś w ogrodzie znaleźliśmy piłkę. Gospodyni dała nam też rowerek. W
jednej z opon nie było powietrza (przypomniał mi się wczorajszy dzień), ale i
tak Prosiaczek bardzo polubił jazdę na rowerku. Musiałem go – co prawda – cały
czas trzymać, żeby nie upadł, ale i tak była to dla niego świetna zabawa.
Potem przyszły dwie
dziewczynki, wnuczki właścicieli, a w ogródku obok zaczął biegać królik, tak
więc Prosiaczek biegał z dziewczynkami i bawił się doskonale. I bardzo dobrze
się stało, bo zrobienie posiłku zajęło naszej gospodyni prawie dwie godziny. W
nagrodę zostaliśmy ugoszczeni wyjątkowo obfitym obiadem, czuliśmy się, jakbyśmy
zostali zaproszeni na prawdziwą ucztę.
Bardzo się nam
podobało w tym domu, do którego zupełnie przypadkiem trafiliśmy. Gospodarze
byli bardzo życzliwi. Sprawiali wrażenie wykształconych ludzi. Pani domu
czytała nawet jakieś książki o Polsce i kojarzyła podstawowe fakty z historii
naszego zakątka Europy. Jedzenie było doskonałe, pokój mieliśmy piękny, a
ogród, dzieci i króliczek umilały życie Prosiaczkowi. Zapowiedzieliśmy im, że
chyba zmienimy nieco plany i miast jednej nocy spędzimy u nich dwie.
Po obiedzie
wybraliśmy się na dół, by obejrzeć miasto.
Kutaisi ma całkiem
ładne centrum. W środku znajduje się duży park z dwiema dużymi fontannami. Na
końcu parku jest zaś jakiś pomnik.
Spacerowaliśmy po
parku, aż zrobiło się ciemno. I wtedy – ku naszemu zdumieniu – do naszych uszu
dobiegły głośne dźwięki wzniosłej muzyki, a fontanny eksplodowały światłami.
Okazało się, że po zapadnięciu zmroku w parku rozpoczyna się widowisko
światło-dźwięk. I jest to naprawdę bardzo przyjemne widowisko, w którym
uczestniczą różnokolorowe światła, fontanna wyrzucająca z siebie rytmicznie
wodę i zawierająca mnóstwo dysz i ruchomych elementów sterowanych muzyką, a
także oczywiście sama muzyka.
Obserwowanie
widowiska zajęło nam dłuższą chwilę, ponieważ jednak Prosiaczek był już dość
zmęczony i obawialiśmy się, że uśnie, postanowiliśmy wracać.
Poszliśmy spać w
znakomitych nastrojach.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|