PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2008-02-21      
autor: Agata Owczarek

PRAWIE jak w domu

ocena: 3.00przeczytano 133 razy


Rozkładamy się na tylnich siedzeniach autobusu i uszów naszych dobiega coś na kształt "Dobry wieczer" - to obsługa autobusu ze Stambułu do Bułgarii wita pasażerów na pokładzie. Tym miłym słowiańskim akcentem zaczyna się nasza krótka podróż do Bułgarii – kraju wina, miodu i... zawsze poprawnych odpowiedzi.
Dlaczego trójka polskich studentów postanowiła chwilowo odstawić na bok atrakcje egzotycznego Orientu i zapuścić się za północno-wschodnie rubieże Turcji? Bo tam jest: blisko, równie ciekawie i taniej. Takie to pobudki kierowały nami przy wyborze Bułgarii jako kolejnego celu podróży. Około dwie godziny spędzone w środku nocy na granicy, wyproszone bułgarskie pieczątki od celnika (a bo to wiadomo, czy jeszcze będzie okazja?) i... jesteśmy w Unii! WRESZCIE EUROPA!!! Mimo zalegających ciemności, wszechobecnej cyrylicy i nadal setek kilometrów dzielących nas od domu, jakoś tak nagle zrobiło się swojsko...
Bladym świtem docieramy do Płowdiw – drugiego co do wielkości miasta Bułgarii, liczącego... 380 tys. mieszkańców (podejrzewamy, że to mniej niż w niektórych osiedlach stambulskich!). Mało kto wie, że to maleńkie w porównaniu ze Stambułem miasto jest od niego dużo starsze, bo zamieszkałe nieustannie od ponad 6000 lat. W starożytności znane jako Filipopolis (na cześć Filipa Macedońskiego), na początku naszej ery przez Rzymian nazwane Trimontium ("miasto na trzech wzgórzach"), w średniowieczu było graniczną twierdzą bizantyjską, później bułgarską (IX w.), wreszcie turecką (XIV w.)... i znowu bułgarską. W listopadzie 2007 r. do miasta wkroczyło radośnie troje niewyspanych Polaków – emigrantów, napawających się dziwnie znajomym klimatem miasta (może to zasługa szerokich ulic obsadzonych drzewami? może socjalistycznej architektury albo nawet koszy na śmieci, których w Turcji nie uświadczysz?). Ku naszemu zaskoczeniu natknęliśmy się w Płowdiwie na kilka świetnie zachowanych starożytnych zabytków, a wśród nich czynny po dziś dzień amfiteatr (ze wszystkimi elementami, o których uczyliśmy się na polskim przy okazji teatru greckiego!). Z Płowdiwa skierowaliśmy się wprost do Baczkowa, do średniowiecznego monastyru. Już sama jazda autobusem przez Rodopy była dla nas niesamowitą frajdą: pomieszanie krajobrazów beskidzkich i z okolic Ojcowa, wiszące nad drogą skały, rwący potok... wszystko to w jesiennej szacie, po raz kolejny przyprawiające nas o irracjonalne poczucie "znajomych terenów". Gdzieś tam w Rodopach postawiono przed wiekami monastyr, który cudem przetrwał saraceńskie najazdy i spustoszenia. Obecnie poza sezonem kręci się tam kilku turystów, trwają renowacje, na dziedzińcu beczy owca i od czasu do czasu przemyka chyłkiem brodaty pop. Przy drodze prowadzącej do świętego miejsca można kupić na straganie miód z szyszką i ognistą wodę o winnym posmaku w plastikowej butelce (ognistość owego napoju oceniliśmy doświadczalnie na jakieś 40-45%).
W przeciwieństwie do Turcji, w Bułgarii istnieje coś takiego jak znakowane szlaki turystyczne oraz mapy, na których są one zaznaczone – dzięki temu mogliśmy następnego dnia wypuścić się w góry, mijając na szlaku jednego Bułgara z dwoma osiołkami, pozostałości schroniska i zadbaną cerkiew. Starą, sprawdzoną metodą autostopu przetransportowaliśmy się później do polskiego zakonu franciszkanów – ostatniego punktu programu. Zastanawiające, że ilekroć zamienialiśmy kilka zdań z kierowcami, momentalnie odgadywali oni, że jesteśmy Polakami – może to pozostałość naszych przyjacielskich relacji z czasów ZSRR? Nie bacząc na związki polityczne, my z kolei zapałaliśmy serdeczną sympatią do Bułgarii między innymi dlatego, że:
1) kawa "na mieście" kosztuje 1,20 zł, herbata w automacie 60 gr, a dobre wino w sklepie 4 zł (z korkiem prawdziwym, nie plastikowym!!),
2) kierowcy przepuszczają pieszych (coś, o czym w trakcie 3 miesięcy pobytu w Turcji dla własnego bezpieczeństwa całkiem zapomnieliśmy) i nie trąbią jak oszaleli,
3) gospodarze na kwaterze na wstępie częstują dzbankiem przedniego wina,
4) życzenia spełniają się tam od ręki (tylko trzeba w tym względzie uważać, bo ja dla przykładu zażyczyłam sobie w górach, żeby nie było widać samochodów w dole... po chwili znaleźliśmy się więc w chmurach, a po drugiej chwili zaczęło z nich kapać...),
5) można się zakwaterować w klasztorze u Franciszkanów... a przy okazji: obejrzeć polski film na dvd, pojeść polskiej kiełbasy, skosztować przedniej wisnióweczki, najeść się ogórków kiszonych (bo akurat ojciec wrócił z wizyty w domu... nie ma jak wstrzelić się w odpowiedni moment!) i jeszcze wzbogacić się o poświęcone różańce, figurki Matki Boskiej oraz wino na drogę,
6) kelnerzy i sprzedawcy nie przyswoili sobie na szczęście typowej dla Turków nachalności i nikt nie zaczepia przechodniów łamaną angielszczyzną, zaciągając do swojego lokalu czy sklepu,
7) drugie co do wielkości miasto ma 380 000 mieszkańców... a nie 5 mln...
8) można się bez problemów porozumieć w ojczystym języku, a nawet znaleźć w sklepie polskie produkty (np. "ciasteczka domowe" albo czekoladę "Bałtyk")
9) żeby tam wjechać nie trzeba płacić 10 €, jechać po wizę do Warszawy ani stać w kolejkach po pozwolenie na pobyt... wystarczy okładka paszportu, żeby celnicy przepuścili z uśmiechem,
10) Bułgarzy mają w zwyczaju kiwać głową na nasze "tak", gdy mają na myśli "nie" – i na odwrót. Przysporzyło nam to wielu nieporozumień, gdy np. pytaliśmy zatrzymanego kierowcę czy jedzie w interesującym nas kierunku... z drugiej strony jednak – dzięki temu zawsze otrzymywaliśmy satysfakcjonującą odpowiedź :).
Od naszych franciszkańskich gospodarzy dowiedzieliśmy się trochę więcej o życiu w Bułgarii. 83 % ludności to chrześcijanie (w tym większość prawosławnych i 0,5 % katolików). Wielu ludzi zarabia ok. 200 lew miesięcznie (1 lewa = ok. 2 zł). Emerytura wynosi ¼ tego, co nie zawsze wystarcza nawet na opał na zimę. Świadomość biedy nieco naruszyła naszą wizję "rajskiej Bułgarii", co nie zmienia faktu, że wyjechaliśmy urzeczeni tym krajem – z mocnym postanowieniem powrotu w przyszłości. Bułgaria – do tej pory wiązana w mojej wyobraźni raczej z wybrzeżem Morza Czarnego i słynnymi Złotymi Piaskami, gdzie jeszcze 20 lat temu tylu Polaków spędzało wczasy - teraz stała się krajem pięknych i dzikich jeszcze gór, nadspodziewanie interesującej historii i serdecznych ludzi. Dobrze, że nie posłuchaliśmy tych Turków, którzy przestrzegali nas przed grożącym niebezpieczeństwem (?) i dziwili się nam, stwierdzając "tam nie ma nic ciekawego".



strona: 1

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Bułgaria

Informacje o kraju: Bułgaria
Flaga - Bułgaria








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms