14.VIII.2006 Australia - nocleg u Jack'a Nicholson'a
Po 4,5 h lotu z Tygrysem wylądowaliśmy w Darwin, Northern Territory, Australia. Samolot linii Tiger Airways miło zaskoczył swoją
nowością - Airbus A320 spod igły, wypełniony co najwyżej w połowie. Australia jest chyba drugim po Stanach najbardziej policyjnym krajem na
świecie, ledwie wyszliśmy z samolotu, a
rzucił się na nas sympatyczny piesek zowiący się Buddy, biały labrador, który oprócz wykrycia transportu koki ma za zadanie
sprawdzić, czy nie przywiozłeś 3 kilo polędwicy sopockiej, czy też chińskiej zupki Lao Cheg Chi. Australijczycy
kompletnie zwariowali na punkcie
kwarantanny, zabrania się przywozu praktycznie jakiejkolwiek żywności, ze ścian lotniska patrzy na nas znany z Animal Planet Crocodille Hunter,
firmując swoją osobą slogan w stylu
"Czy Ty i Twoje jedzenie poddaliście się już kwarantannie?". Dopada nas paranoja, sami zgłaszamy puszkę tuńczyka, obawiając się 200 AUD kary.
Jacek usiłuje, nie do końca świadomie, przemycić cukierki, które i tak szybko wykrywają strażnicy i służby celne.
Przy okazji wychodzi na jaw, ze
w dobie londyńskiego czerwonego alarmu, udało mu się w Singapurze (jednym z najlepiej strzeżonych lotnisk na świecie) wnieść na pokład
szwajcarski scyzoryk (co nie udało się Marcinowi
na podrzędnym lotnisku w Damaszku). Już pierwszy kontakt z australijskimi cenami mógł uszczuplić nasze portfele, ale udało nam
się skaperować dwie sympatyczne młode plecakowiczki, które zabrały się z nami taryfą do centrum.
Owo centrum stanowi Mitchell Street,
przy której usadowiło się wszystko, co mieszkańcowi Darwin i turyście do życia potrzebne. Przypadkowo mieszka tu też nasz gospodarz Frank,
którego
nie wiadomo skąd Jacek wytrzasnął. Za taksówkę z lotniska do centrum zapłaciliśmy w czwórkę 24 australijskie dolary (1AUD = 2,4zl), pod domem o
4 rano
czekał już wspomniany Frank, który akurat podlewał kwiatki:). Po pierwszym spojrzeniu przeleciało nam przed oczami
kilka scen z filmów,
gdzie główną role grał Jack Nicholson, do którego nasz gospodarz jest łudząco podobny. Emerytura z dala od paparazzich w Darwin ?
Marcin twierdzi, ze zabudowa miasta przypomina amerykańskie prowincje, budownictwo
na pewno z nóg nie powala. Domki-bliźniaki trochę w stylu także europejskim, z reguły na dole kuchnia z salonem, na górze 2-3 sypialnie,
łazienka + ogród z basenem, w którym jak wiadomo powszechnie każdy
Australijczyk trzyma swojego 7-metrowego pupila - udomowionego krokodyla. Razem nie więcej niż 100 kwadratowych metrów, tak podobno mieszka cała
Australia, ale przyjdzie nam to jeszcze zweryfikować. Pod domkiem
z reguły zaparkowane Fordy Falcony, widzieliśmy również żółtą Corsę, która przyjęła tu imię Holden. Generalnie na razie mało Australii w tej
Australii, ale myślę, ze tej liźniemy dopiero w Outbacku. Na koniec warto napisać o zmianie czasu, zegarki przesuwa się tu o 7,5 h (!!) w
stosunku do Polski. Ciekawe, bardzo ciekawe... (Tzn. nie to, że się przesuwa, ale to, że się nie przesuwa o pełne godziny).
15.VIII.2006 Darwin
Próbujemy się w Australii jakoś ustawić. Dom już mamy, teraz dorabiamy się samochodu. W Darwin jest miejsce, gdzie turyści handlują używanymi
furami, ale wczoraj stał tam jeden, słownie jeden, samochód. Ford Falcon, rocznik 1990, silnik 3.9L (!), do wczoraj wydawało nam się, ze w
Citroenie Picasso jest z tyłu dużo miejsca na nogi, jeśli w Picassie jest dużo, to w Falconie można swobodnie urządzać wieczorki taneczne. Z
zewnątrz wygląda ładnie, ale kto wie, co się pod maską kryje? Jak nam się rozkraczy w połowie Outbacku, to już nic nie pomoże nam, bo o zasięgu
w komórce nie ma co marzyć, a satelitarnego telefonu nie mamy i mieć nie będziemy. No dobra, co 2 godziny ktoś tam przejeżdża, wiec może nie
zjedzą nas skorpiony i grzechotniki, szkoda jednakowóż, że nie podróżuje z nami jakiś przyboczny mechanik, który sprawdziłby stan techniczny
pojazdu. Mamy jeszcze z ogłoszenia Forda Fairlane, Holdena Commodore'a (wyposażonego pewnie w komputer pokładowy Commodore 64), ale są to
sedany, a nam przydałoby się jakieś kombi, bo trzeba będzie w tym chwilowo zamieszkać. Co do transportu w Australii, wiele osób ogłasza się w
hotelach, że wezmą kogoś do samochodu, bo jadą np. tam i tam, wiele też osób ogłasza, że chętnie komuś się wbije do fury, dzieląc oczywiście
koszty podroży. Gdyby nam się udało więc przynajmniej połowę trasy pokonać z kimś, a potem sprzedać samochód na końcu podroży, tracąc na nim
nawet 30-40%, bylibyśmy wielkimi zwycięzcami finansowymi i moralnymi wyprawy Australia 2006. I taki jest plan. Tak na prawdę tańszą opcją jest
tu tylko autostop (miejscowi mówią, że go tu nie ma, ale co oni mogą wiedzieć) albo tandem, którego ktoś chciał nam sprzedać wczoraj za 1000
dolarów.
Ogólnie życie w Darwin toczy się wokół jednej, dwóch ulic. Trochę jak w miasteczkach na Dzikim Zachodzie, mimo że liczy to miasto sobie prawie
100 tys. mieszkańców. Nieograniczona możliwość zabudowy powoduje, że gdzieś te 100 tys. rozmyło się wokół. Jest trochę drożej niż nam się
wydawało, że jest w Australii, dla tych, którzy używają tzw. przelicznika piwnego, aby określić koszty życia podaję, że za 0,4 L miejscowego
sikacza trzeba zapłacić w knajpie ok. 5 AUD (12 zł).
13.VIII.2006 Pierwsze spotkanie z Aborygenami
Garść faktów:
- chodzą na bosaka po mieście, ale równocześnie ubierają się w jakieś mega kolorowe ciuchy typu koszula
hawajska w żółtoróżowe paski i bermudy zielone w różowe grochy, naprawdę (!!!);
- niestety są często pijani (znajoma stwierdziła, ze łatwo się upijają, bo nie mają
enzymu, który jest odpowiedzialny właśnie za alkohol, ale ja nie wiem, czy jest to prawda, może powtarzam głupoty, w każdym bądź razie w
niektórych stanach, miejscach, mają zakaz zakupu alkoholu);
- dla mnie osobiście są najbrzydszą rasą, jaką kiedykolwiek widziałem, uroku nie
dodają im nosy, przy których nos Gerarda Depardieu jest jak powiedzmy, młody wiosenny ziemniak przy starym kartoflu;
- w Darwin zamieszkują w jakiejś wysokiej trawie tuż poza miastem
- przesiadują całymi dniami w różnych miejscówkach Darwin, z reguły nie pracują, mają
bowiem kasę od rządu, który czuje się winny za ich obecny opłakany stan;
- po mieście jeździ policja z klatkami z tyłu, prawie żywcem wyglądająca jak hycel,
znajoma opowiadała mi, ze przewożą w nich właśnie głównie pijanych albo rozrabiających Aborygenów;
- od czasu do czasu na ulicach słychać różne biało-aborygeńskie pogaduszki, my
zasłyszeliśmy następującą: Lekko Pijany Aborygen: -"It's our land, what did you do with us???"
Biała Australijka: -"What did we do?? If we weren't here, you would still do only the shit all around
you - the only thing you can do is just shit". Nie ma co, jest zrozumienie i szacunek wzajemny. Zobaczymy dalej, trzeba wierzyć, że Ci
Aborygeni to fajne chłopaki. I dziewczyny. Żal ich.
Super!!! Zastanawiamy się właśnie nad emigracją do Australii. Wiadomo... drugi koniec świata, daleko od rodziny, a tutaj mamy mieszkanie i pracę (na razie) i trochę szkoda to wszystko zostawić bo lubimy nasze życie tutaj i Polskę... ale myślę, z jeszcze bardziej polubimy Australię i nasze nowe życie tam. A wasza relacja z podróży jeszcze bardziej optymistycznie nastawiła mnie do wyjazdu na antypody :). P.S. nasze dziecko na pewno będzie mówiło po Polsku i znało historię Polski :) trzeba pamiętać kim się jest !
6.
2009-11-27 18:35:42
gość:
Miło nam, że to była dla was inspiracja :) Australia jest cool...
5.
2009-11-09 00:44:38
gość: kłobuk
dzięki tej relacji odbyłem podróż po Australii,dzięki Panowie:)
4.
2009-07-13 18:33:38
gość:
chlopaki super relacja,bravo,jestem z Kielc i chce do australii nie leciec zwiedzac tylko mieszkac,ale wielki szacun do Was!! na pewno super doswiadczenie,ja za rok jak tylko skoncze inz to pisze IELTS'a,moze dostane wize i lece,pozdrawiam!!
3.
2009-04-25 18:47:45
gość: tobe
i znowu nakrecilem sie wyjazdem do krainy oz ;)
2.
2008-12-15 11:37:01
gość: Equilibri
Właśnie takiego sprawozdania z Australii szukałem, szacunek za wytrwałość i organizacje,
Pozdrowienia
1.
2008-08-15 16:54:50
gość: handy
wow...ślicznie tam :) mam nadzieję że też kiedyś zobaczę to wszystko na własne oczy :D