| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Australia |
data dodania: 2008-06-02
|
|
autor: Gacus, |
Australia!!! |
|
| ocena: 5.00 | przeczytano 2165 razy |
4.X.2006 Bilans wyjazdu - kangury, wombaty, emu, dingo, węże, żółwie, rekiny, delfiny - spotkane w terenie. Reszcie menażerii wizytę
złożyliśmy w zoo.
Po sprzedaży samochodu poczuliśmy dotkliwie, ze, jaki Grat był, każdy widział, ale użyteczności mu nikt nie mógł odmówić. Jak to mówią: lepszy
wróbel w garści niż kozie śmierć. Trzeba było gdzieś wydąć otrzymane w gotowce po 775 $, to przecież niebezpieczne nosić je tak w portfelu.
Wybór padł na Australia Zoo Ś.P Steva Irwina. W jedną stronę nie poszło najgorzej, 1,5 pociągiem całkowicie za darmo - konduktor nie kazał nam
kupować biletu, opowiadając przy tym jedna z miliona zasłyszanych już w Australii opowieści z cyklu "czyjej miłości owocem jestem". Najbardziej
popularny model to "ojciec - Australijczyk walczący podczas II wojny światowej, matka - brytyjska pielęgniarka, opiekująca się rannym dzielnym
żołnierzem". Wysupławszy w Zoo, ok. 80 km od Brisbane na północ, po 32$ promocyjnego wstępu, przyszło nam spotkać się z: koalami (można głaskać,
przytulać, whatever...), dingusiami. kuguarami, strusiami emu, najbardziej jadowitymi wężami Australii (rekordzista swoim jadem może uśmiercić
180 dorosłych stworzeń), wombatami i oczywiście kangurami. Te ostatnie skaczą sobie swobodnie po zoo, można podejść, pogadać, a nawet zrobić
fotkę z małym w kangurzej torbie (na prawdę, so sweeeeeet...). Tzn. żeby nie było nieporozumień, nie można wejść do kangurzej torby! Atrakcją są
jednak pokazy karmienia najgroźniejszych krokodyli Australii - bohater dnia, Arco, miał ponad 5 m długości!!! Nieprawdopodobne rzeczy wyczyniał.
Pomimo, że uznawane są za największych w Australii morderców i drani, krokodyle i rekiny naprawdę rzadko atakują człowieka. Od 1971 r., od kiedy
prowadzi się statystyki, ofiara krokodyli padło 31 osób. I wszystkie te osoby a) wiedziały, że rzekę, przy której się znajdowali, zamieszkiwały
krokodyle i b) stały na jej brzegu specjalnie ich wypatrując!!! Czy możecie w to uwierzyć??? Sami mogliśmy doświadczyć, jak szybko działa
krokodyl, obserwując rzeczone show. Zaraz na jego początku, zniknął on pod powierzchnia zamieszkiwanego jeziorka (nie było szans dojrzeć go z
brzegu) i nagle wyskoczył w górę po trzymane przez tresera surowe mięso! To był moment! 1 sekunda, 5-metrowe bydle odgryzłoby drogi niemiecki
turysto (ulubiony przysmak krokodyla) nie tylko twojego nochala. Na lądzie krokodyl traci zupełnie swoje walory, jest wolny i ociężały i nie ma
szans, żeby dogonić szybko idącego człowieka. Tak wiec - reasumując - krokodyle w Australii zabijają zdecydowanie mniej ludzi, niż umiera np. ze
świątecznego przejedzenia.

Co do rekinów - w ostatnich kilkunastu latach były tylko 2 ich ofiary. Są jeszcze dingo - jedna śmiertelne
pogryzienie, ostatnie kilka lat temu na Fraser Island. No i węże - ale każde dziecko w Australii wie, co należy po ugryzieniu zrobić. W Zoo
przyszło nam spędzić prawie 4 godziny, szkoda, ze Steva już tam nie było, bo ponoć rzeczywiście wsadzał głowę w paszcze krokusia. Jak już było
wspomniane, ZOO to ogromny biznes, na każdym kroku kamery Animal Planet kręcące coś do swojej ramówki. Powrót z wycieczki zdecydowanie gorszy -
prawie 5h podroży, oprócz Sydney i Melbourne komunikacja publiczna w Australii to jedno wielkie dziadostwo - droga, rzadka, spóźniona. W tym
kraju własna fura, podobnie jak w Ameryce, to absolutny MUST HAVE, a samolotem lata się częściej niż w Krakowie jeździ tramwajem. Co jeszcze
pewnie będzie przedmiotem naszej uwagi - gdyby komuś nie zależało na czasie i na pieniądzach przeznaczonych na bilet do Polski - zdecydowanie
Australie jako miejsce migracji polecam (zapomnijcie o Irlandii, Londynie, Szwecji). Zaobserwowaliśmy jednak, ze mimo ze Polacy tu spotkani żyją
na w miarę wysokim poziomie, dramatycznie szybko trąca kontakty z ojczyzna - powroty raz na 10-15 lat, a co trochę smutne, mimo ze są z reguły
pierwszym pokoleniem w Australii, to ich dzieci przeważnie nie mówią dobrze po polsku (a często w ogóle). No, ale nie nam oceniać, widocznie tak
musi być. Przykładem tego jak długa i męcząca podróż do Polski być jednak może jesteśmy my - dziś, w czwartek, o 21 (13 czasu polskiego)
wylatujemy z Brisbane do Darwin. Tam 25 h przerwy i w noc z piątku na sobotę kolejny lot, tym razem do Singapuru. W Singapurze tym razem ok 17 h
postoju :) i w kolejna noc podróż przez Stambuł do Europy. Na dworcu w Krakowie stawimy się więc dopiero w niedziele wczesnym wieczorem, mając
za sobą prawie 78 godzin!!! podróży. No ale nikt nie kazał nam korzystać z najtańszej opcji podróży na Antypody... Nikt nam w ogóle nie kazał
nigdzie wyjeżdżać, do Pcimia mięliśmy niecałe 40 minut przyjemnej całkiem przyjemnej i widowiskowej drogi, więc żalić się nie zamierzamy;)

7.X.2006 W drodze
Australia już nieodżałowanie za naszymi plecami. W Darwin, do którego dotarliśmy po ponad 4-godzinnym locie ze wschodniego wybrzeża, upchanym
na bezczelnego fotelami Jetstarem (miejsca na nogi mniej niż we Fiacie 126p), zamknęliśmy australijską pętlę. Zdrowia, szczęścia i pomyślności
temu, kto zamierza odwiedzać Australię podczas naszej zimy, a ich lata. W porównaniu z dwoma miesiącami do tyłu, tym razem w Darwin pogoda
prawdziwie piekielna. Dobrze ponad 30 stopni, do oceanu nie da się wejść (śmiertelnie groźne meduzy uniemożliwiają pływanie miedzy
październikiem, a kwietniem i słonowodne krokodyle, które w ogonie mają kalendarz), dobrze, że chociaż każdy z mieszkańców dysponuje swoim
basenem. Dysponował i znajomy Hindus, u którego zatrzymaliśmy się na jeden dzień, odpoczywając po jakże nużącej podróży i trudnej do pokonania
dla organizmu półgodzinnej zmianie czasu ;). Ostatnie spotkania z Aborygenami, którzy ani nie wyładnieli, ani nie zaczęli się lepiej ubierać (na
wschodzie praktycznie w ogóle się ich nie spotyka) i polecieliśmy dalej. Na szczęście Jacek wyleciał, mimo że jego paszport był dokładnie
poprześwietlany. Tylko czy będzie jeszcze mógł tutaj wrócić? O 3.15 w nocy kolejny lot i od 7 czasu lokalnego (4,5 h lotu, 1,5 h manewrowania
zegarkiem) wyrypani stawiliśmy się w Singapurze. Tu jeszcze gorzej niż w piekle. Mało kto wie, ze każdemu podróżującemu w tranzycie przysługuje
w Singapurze darmowy tour po mieście, więc właśnie teraz ledwie stojąc na nogach, toczymy się po tym molochu. Jest cholernie upalnie, do tego
olbrzymia wilgotność, co + nieprzespana noc daje piorunującą mieszankę. Do mitów można zaliczyć opowiadania o taniej singapurskiej elektronice -
Marcin polujący na jakiegoś IPoda utargował może ze 90% europejskiej ceny. A co z gwarancją, co z jakością towaru? Jakość jest niewiadoma,
gwarancja co najwyżej na rok - jak robić tu interesy, to tylko w hurcie i tylko bezpośrednio w fabrykach - twierdzi Marcin, który kiedyś
handlował z Wietnamem kurczakami, przyczyniając się do rozprzestrzenienia się ptasiej grypy, ale mając przez to na nową Corsę. No nic, trzeba
się zbierać i nie marudzić, jeszcze prawie 2/3 drogi do Polski przed nami.

8.X.2006 To już jest koniec
Po 12-godzinnym przelocie z Singapuru do Istambułu, 2-godzinnym znad Bosforu nad Wisłe i kolejnych kilku godzinach w IC, jesteśmy w Krakowie.
Nie za bardzo wiadomo, co z sobą zrobić, gdzie wcisnąć się. Już brakuje nam: przestrzenii Falcona, australijskiego nieba, bezkresnych pustyń
Outback'u, przydomowych basenów, no worries mate, misia koali, ciągłego pośpiechu, 4-litrowych silników, żółto-czarnawych znaków, fast-foodów,
azjatyckiej kuchni i wszędobylskiego kiczu, nowozelandzkich owiec i luzu, kangurzycy z maleństwem, no i oczywiście codziennych relacji. Nie
widzę innego wyjścia niż rozglądac się za nową wyprawą, do tego czasu przyjdzie się jeszcze rozliczyć z tą. Kilkadziesięciu tysięcy kilometrów
pokonanych samolotami, koleją, samochodami, promami, rowerami, kajakami, na butach i na bosaka nie da się łatwo wymazać. Dziękujemy wszystkim
czytelnikom za wyrozumiałość i cierpliwość w czytaniu raz lepszych, raz gorszych relacji. Nie zawsze pióro lekkim jest. No worries mate!

|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 7. | 2010-04-26 13:04:32 | gość: kasiek
| Super!!! Zastanawiamy się właśnie nad emigracją do Australii. Wiadomo... drugi koniec świata, daleko od rodziny, a tutaj mamy mieszkanie i pracę (na razie) i trochę szkoda to wszystko zostawić bo lubimy nasze życie tutaj i Polskę... ale myślę, z jeszcze bardziej polubimy Australię i nasze nowe życie tam. A wasza relacja z podróży jeszcze bardziej optymistycznie nastawiła mnie do wyjazdu na antypody :). P.S. nasze dziecko na pewno będzie mówiło po Polsku i znało historię Polski :) trzeba pamiętać kim się jest !
|
| | 6. | 2009-11-27 18:35:42 | gość:
| Miło nam, że to była dla was inspiracja :) Australia jest cool...
|
| | 5. | 2009-11-09 00:44:38 | gość: kłobuk
| dzięki tej relacji odbyłem podróż po Australii,dzięki Panowie:)
|
| | 4. | 2009-07-13 18:33:38 | gość:
| chlopaki super relacja,bravo,jestem z Kielc i chce do australii nie leciec zwiedzac tylko mieszkac,ale wielki szacun do Was!! na pewno super doswiadczenie,ja za rok jak tylko skoncze inz to pisze IELTS'a,moze dostane wize i lece,pozdrawiam!!
|
| | 3. | 2009-04-25 18:47:45 | gość: tobe
| i znowu nakrecilem sie wyjazdem do krainy oz ;)
|
| | 2. | 2008-12-15 11:37:01 | gość: Equilibri
| Właśnie takiego sprawozdania z Australii szukałem, szacunek za wytrwałość i organizacje,
Pozdrowienia
|
| | 1. | 2008-08-15 16:54:50 | gość: handy
| wow...ślicznie tam :) mam nadzieję że też kiedyś zobaczę to wszystko na własne oczy :D
|
|
|
|