PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Australia data dodania: 2008-06-02      
autor: Gacus,

Australia!!!

ocena: 3.17przeczytano 2524 razy


24.VIII.2006 Gdzie są australijskie zwierzaki ???

Australijska impreza niewiele się różni od polskiej. No może tylko ubiorem bywalców, którzy jak to Australijczycy nie przywiązują do wyglądu zbyt wielkiej wagi. Mamy więc wymalowane, skąpo ubrane dziewuszki i panów w wytartych dżinsach, z kapeluszem kowbojskim na głowie i z Fosterem w ręku. Impreza bardzo powoli się rozkręca, najpierw na parkiecie nieśmiało podskakują kobiety, panowie dodają sobie kurażu kolejnym pifkiem. Co tu dużo gadać, wypisz wymaluj polsko-europejskie klimaty, zmęczeni ciągłą podróżą byliśmy w domu dobrze przed 1 am. Dziś za to w pobliskim parku polowaliśmy na koale, ale nie udało nam się żadnego wypatrzyć, mimo tego że są tu podobno w Australii już plagą, mówi się nawet o ich sterylizacji. Była możliwość pogłaskać i zrobić fotki w pobliskim koala-house, ale dranie spały i nie można było Panom Koalom przeszkadzać, wiec zrezygnowaliśmy z 11-dolarowego wstępu, będzie jeszcze okazja wziąć takiego małego na ręce. Najbardziej fotogeniczne w Australii są za to znaki drogowe, ostrzegające przed zwierzętami na drodze. Żółte znaki z wymalowanym kangurem już wcześniej obfotografowaliśmy, dziś dołączyły znaki z koalą i dziobakami.

Kolczatka na drodze


Myślę, że na Tasmanii wrzucimy zdjęcia na stronę. Niestety jest cholernie zimno, dziś z rana około 8-10 stopni, w ciągu dnia niewiele więcej. Polar i długie spodnie obowiązkowe, następne poważne słonce dopiero na wysokości Brisbane, nie wcześniej niż gdzieś za 3 tygodnie. Ludzie chodzą tu w rękawiczkach i kurtkach zimowych, łatwo wyłapać obcokrajowców ubranych w sandały i t-shirty (obowiązkowo z kangurem). Adelaida to miasto świetne do życia, ale może zbyt kolokwialnie mówiąc "bez jaj". Wszystkie ulice w centrum przecinają się pod kątem prostym, wzdłuż nich wiktoriańskie z reguły majestatyczne budowle, pamiętajmy o tym, ze Australia ma dopiero około 200 lat. Tzn. ma troszkę więcej, pewnie parę milionów, ale you know what I'm talking about :) W około 20 minut zwiedziliśmy tutejszą National Gallery, czasu nie było zbyt wiele, ale kto mnie zna ten wie, ze zrobiłem kiedyś Wiedeń w 1,5 h. Generalnie widoki żywcem wyjęte z amerykańskich miast, szerokie aleje, wielkolitrażowe fury, fast food na każdym rogu, do tego dołączamy angielskie parki i niską zabudowę i dostajemy obraz Adelaida City. Cholerny "Australian Dream", który polega na posiadaniu własnego domku, spowodował, ze odległości w miastach też są olbrzymie. Ciągnące się przez dziesiątki kilometrów zabudowania utrzymują człowieka przy życiu. U polskiej rodziny, u której dziś zjedliśmy obiad (zupa z dyni na pierwsze!) dowiedzieliśmy się trochę o tym, jak się tu żyje. Żyje się dobrze, jeśli wyznajesz zasadę : "No worries mate" (a tą zasadę wyznaje 90% Australijczyków). Luz blues, od barbecue do barbecue, piwo, telewizor i tyle. Mozesz tak żyć do końca swych dni, opływając całkiem niezłym luksusem, masz tekturowy domek, plaże pod nosem przez 300 dni w roku i samochody, których nigdy w Europie nie zobaczymy. Jeśli jednak chcesz się wybić, to możesz mieć z tym problem będąc imigrantem - większość wysokich stanowisk zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla potomków Anglików. Musisz mieć sporo samozaparcia, żeby spróbować wyjść na szczyt. Welcome to Australia - prawie końcu świata - bo prawdziwy koniec mamy zobaczyć ponoć dopiero w NZ. A nawiązując jeszcze do tytułu - gdzieś zaginęły kangury, nie widzieliśmy żadnego od ponad już 4 dni...

Polacy w Australii wielkiej biedy nie klepią


26.VIII.2006 U diabła tasmańskiego

Na Great Ocean Road


Wsi spokojna, wsi wesoła, kto twe skarby objąć zdoła - można by powiedzieć o stanie Wiktoria, mocno parafrazując słowa poety, no, ale matura była już przecież ponad 5 lat temu. Jako że doszły nas słuchy, że wielbicielki w ojczyźnie były mocno zestresowane naszą wspólną podróżą z Niemkami, tym razem w trasę z Adelaidy do Melbourne via Great Ocean Road (bagatela 1000 km) zabraliśmy Pete'a, filozofa z Kent (południowa Anglia), który odpowiedział na ogłoszenie zamieszczone przez nas w jednym z hosteli. Wybraliśmy jego, mimo że chętne były również Miss i V-ce Miss stanu Południowa Australia, które chciały posmakować troche wildlife-u... Australia dzieli się w ogóle na 6 stanów (Zachodnia Australia, Południowa Australia, Queensland, Wiktoria, Tasmania, Nowa Południowa Walia) i 2 terytoria (Stołeczne i Północne), każde z tych tworów zachowuje wielką autonomię, z rzeczy które nas najbardziej dotykają, to inne są przepisy drogowe (Ter. Północne nie wprowadza żadnych ograniczeń prędkości na drogach, Australia Zach. pozwala zarejestrować przez Internet zakupiony samochód).

Wycieczkę z Adelaidy rozpoczęliśmy o 4 nad ranem, przez te cholerne zwierzaki wszystko trzeba się starać robić tu w ciągu dnia, i jazdę i zwiedzanie miedzy 6 a 18, bo w pozostałych godzinach jest po prostu już ciemno. Z Południowej Australii do Wiktorii droga prowadzi przez najbardziej urodzajne w tej części świata ziemie, jako wzorowi uczniowie pamiętaliśmy ze szkoły średniej, że żyje na tym kontynencie więcej owiec niż ludzi, co można było stwierdzić jadąc przez te rustykalne tereny. Marcin, znany koneser wiejskich klimatów, nie mógł nacieszyć oczu widokiem dziesiątek tysięcy dorodnych owieczek, czarnych krów i koników pasących się na pastwiskach żywcem wyjętych niech będzie z Braveheart. Nawet Jacek, znany w środowisku jako Zimny Drań, zatrzymywał co chwilę Falcona, by zrobić zdjęcia z baranami i resztą bandy.

Niestety sypnął się trochę Falcon. Zepsuliśmy chyba centralny zamek, nie domykają się prawe drzwi, czasem szwankuje elektryka, ale jedziemy, niech mu droga lekką będzie.

Great Ocean Road to z kolei jedno z najbardziej malowniczych miejsc w całej Australii. Droga wije się wysokimi klifami zaraz nad oceanem. Co chwilę wynurzają się z wody malownicze budowle, Twelve Apostels, The London Bridge, The Arch to najbardziej znane i pożądane do oglądania. Olbrzymie skały wyrastające z oceanu powstały przez niszcząca działalność fal. Super fajna sprawa, ale to znowu trzeba na zdjęciach zobaczyć, bo pisane o tym to jak gadanie ze ślepym o kolorach. Marcin twierdzi, ze ostatnie kilometry tej drogi przypominają Chorwację, ale ja jestem przeciwny takiem stawianiu sprawy, bo po co byłoby jechać taki szmat drogi...?

Piknie


Wiele się dzieje, więc wysondowaliśmy wieczorem też Melbourne. Tzw. opinia publiczna dowodzi, że jeśli Sydney jest odpowiednikiem Warszawy w Australii, to Melbourne imituje nasz Kraków. Trzeba to będzie sprawdzić za tydzień, bo w Melbourne zostawiliśmy tylko Falcona pewnej znajomej Szwajcarce i wsiedliśmy rano do samolotu do Hobart - stolicy Tasmanii. Virgin Blue to lokalny low-cost, który za ok. 100 zł przerzucił nas na tą wyspę. Dzięki kontaktom Jacek --> Ala --> Kasia S --> Magda P. --> jej rodzice Zofia i Jan Pakulscy zamieszkaliśmy u tych ostatnich. Jest nam tu jak u Pana Boga za piecem, Hobart to wymarzone miejsce do życia w świętym spokoju, położone jak San Francisco nad zatoką, gdzie kończą się najsławniejsze na świecie regaty z Sydney do Hobart. Nasi gospodarze to polska emigracja z 1975 roku, profesor Pakulski jest prorektorem na miejscowym Uniwersytecie Tasmańskim, w łóżku gdzie teraz zamieszkał Marcin bywali ostatnio Jacek Fedorowicz i Tadeusz Konwicki. Dom jest świetny, gospodarze również i długo by nam się było rozpływać w samych superlatywach nad naszym losem. Okazało się, że trafiliśmy dziś na walne zebranie miejscowej Polonii, nasi są wszędzie, zebranych w organizacji jest 500 osób, ok. drugie tyle jest niezrzeszonych. Większość Polaków to jednak osoby mocno już podstarzałe, żołnierze z II-giej wojny światowej, armia gen. Andersa. Młodzi tez tu jednak działają, ok. 50 młodych Polaków tańczy w miejscowym zespole oberka i krakowiaka, a w międzyczasie młodzi jak to młodzi w Krakowie - popijają Żywczyka, sprowadzanego z naszej ojczyzny. Zobaczymy, co tydzień przyniesie, zostajemy tu do następnej niedzieli.

Mgr inż. Gabryś, lek. med. Mika i prof. Pakulski


28.VIII.2006 Hobart - epizod drugi

Cooles Bay


Na człowieka w Hobart czają się tylko 2 niebezpieczeństwa. Pierwsze to dziura ozonowa, która największa jest nad Antarktydą, czyli nie tak daleko stąd (bliżej na Południowy Biegun jest tylko z Patagonii), a drugie to załoga napędzanych nuklearnym paliwem lotniskowców amerykańskich, które przybijają tu 2-3 razy do roku, w celu pobrania prowiantu i naładowania akumulatorów (to jedyne miejsce w Australii gdzie taki stateczek może wpłynąć). Kilkuset, kilka tysięcy amerykańskich chłopców po miesiącach siedzenia na łajbie schodzi na lad, no i wiadomo, że jedno im w głowie. Wszystkie grzeczne dziewczęta nie wychodzą wtedy na miasto, z całej Australii zjeżdżają, a w zasadzie zlatują, bo samolot pełni w Australii rolę Pekesu, się córy Koryntu i przez dni kilka trwa prawdziwa Sodoma i Gomora. Zawsze po wypłynięciu amerykańska armia nie może doliczyć się kilku marines, którzy wśród miłych tutejszych panien znaleźli kobiety swojego życia. Jest fajnie i w ogóle. Nasz czas na Tasmanii mija bez takich ekscesów, dziś mała wizyta w Cooles Bay, zaliczanej do 10 najlepszych plaż świata (nie wiem, kto te badania prowadził, ale myślę, ze każdy sobie takie może zrobić i opublikować) i kilkugodzinny spacer po buszu, gdzie spotkaliśmy kilka wallabi (kuzyni kangura). Jadły nam dranie z ręki (prawie jak fiordy w Norwegii), niestety ciężko będzie spotkać tu diabły tasmańskie, ponoć cierpią teraz na jakiegoś wirusa i zamelinowały się z dala od cywilizacji. Wybrzeże przypomina Dalmację z domieszką Bałtyku, znów Europa mści się więc na nas, że przyjechaliśmy szukać tu egzotyki. Mimo ze trwa jeszcze zima, temperatura jest mega, dziś prawie 20 stopni, ponoć mają tu prawie 300 słonecznych dni w roku i nigdy nie ma tu więcej niż 30 kresek na termometrze. Trzeba się będzie wbić tu na emeryturę, Marcin już teraz zaprasza urocze 20-latki, które za lat 60 spędzą tu z nim razem tzw. jesień życia. Jutro kajaki i może w końcu pojawią się zdjęcia, powoli rozpracowujemy eMaca, na których pracuje 3/4 Australii...

Hobart




strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


7. 2010-04-26 13:04:32
gość: kasiek
Super!!! Zastanawiamy się właśnie nad emigracją do Australii. Wiadomo... drugi koniec świata, daleko od rodziny, a tutaj mamy mieszkanie i pracę (na razie) i trochę szkoda to wszystko zostawić bo lubimy nasze życie tutaj i Polskę... ale myślę, z jeszcze bardziej polubimy Australię i nasze nowe życie tam. A wasza relacja z podróży jeszcze bardziej optymistycznie nastawiła mnie do wyjazdu na antypody :). P.S. nasze dziecko na pewno będzie mówiło po Polsku i znało historię Polski :) trzeba pamiętać kim się jest !


6. 2009-11-27 18:35:42
gość:
Miło nam, że to była dla was inspiracja :) Australia jest cool...


5. 2009-11-09 00:44:38
gość: kłobuk
dzięki tej relacji odbyłem podróż po Australii,dzięki Panowie:)


4. 2009-07-13 18:33:38
gość:
chlopaki super relacja,bravo,jestem z Kielc i chce do australii nie leciec zwiedzac tylko mieszkac,ale wielki szacun do Was!! na pewno super doswiadczenie,ja za rok jak tylko skoncze inz to pisze IELTS'a,moze dostane wize i lece,pozdrawiam!!


3. 2009-04-25 18:47:45
gość: tobe
i znowu nakrecilem sie wyjazdem do krainy oz ;)


2. 2008-12-15 11:37:01
gość: Equilibri
Właśnie takiego sprawozdania z Australii szukałem, szacunek za wytrwałość i organizacje, Pozdrowienia


1. 2008-08-15 16:54:50
gość: handy
wow...ślicznie tam :) mam nadzieję że też kiedyś zobaczę to wszystko na własne oczy :D


  Mapapowiększ 

  Australia

Informacje o kraju: Australia
Flaga - Australia








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms