PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Australia data dodania: 2008-06-02      
autor: Gacus,

Australia!!!

ocena: 3.16przeczytano 2524 razy


2.IX.2006 Hobart-Melbourne by Jetstar low-cost

Wczesna wiosna w Melbourne


Z powrotem w Melbourne. Już po kilku godzinach łażenia po mieście widać, że zdecydowanie jest to miejsce do życia. Ale w Australii świetnie żyje się praktycznie wszędzie. Płace są bardzo wysokie, "australian dream" zmusza człowieka do posiadania własnego domu, większość Australijczyków żyje nad oceanem, więc zawsze można wyskoczyć na deskę, w ostateczności na snoorkelling. Od tygodnia praktycznie żyjemy w luksusie. Hobart zaoferowało nam wspaniałych gospodarzy, ciepłe, wygodne łóżka, kuchnię, że palce lizać i Piotrka Prokopa, pół-Polaka, pół-Australijczyka, zdecydowanie ze wskazaniem na to pierwsze, który był naszym przewodnikiem po Hobart i całej Tasmanii. Piotrek to człowiek, który nie zbiera na nowe kino domowe czy adidasy, ale który każde zarobione pieniądze (choć go nie podliczamy) wydaje na podróż do Polski, do której z Tasmanii nie jest zbyt blisko. Postawa godna wielkiej pochwały:) Od ostatniej relacji udało nam się zwiedzić Port Arthur. Port Arthur to miejsce, w którym wylądowali po raz pierwszy skazańcy z Wielkiej Brytanii. Jak każdy wie, to właśnie Ci ludzie byli pierwszymi osadnikami, którzy zasiedlali Australię. Do dzisiaj zresztą widać na twarzach niektórych Australijczyków, kogo potomkiem są. PA nie robi takiego strasznego wrażenia jak europejskie obozy koncentracyjne. Mało kto wie, że to właśnie Anglicy pierwsi stworzyli właśnie takie obozy i Port Arthur jest tego "dobrym" przykładem. Jego położenie jednak dyskwalifikuje go jako "piekło na ziemi". Przytulna zatoka, przyjazny klimat, chatki dla skazańców, którzy po odbyciu wyroków stawali się wolnymi ludźmi i otrzymywali nawet ziemię na własność sprawiają wrażenie, że w porównaniu z Auschwitz więźniowie czuli się tu prawie jak w sanatorium. Przysługiwał tu kawał mięsa każdego dnia, wszystkie te czynniki świadczą o tym, jak ważnym dla kontynentu australijskiego był każdy żywot.

Ja i Peter w Port Arthur


"Barrel Law" to z kolei impreza, którą mieliśmy przyjemność odwiedzić w piątek. Odbywa się ona na wydziale prawa Tasmańskiego Uniwersytetu, słowa baryła wiele tu może wyjaśnić, a takich baryłek trzeba było ze studentami prawa opróżnić kilka. Wszystko co dobre szybko się jednak kończy, więc po tygodniu "chill out" trzeba się było z Tasmanii wynosić. Na wyspie tej odwaliliśmy kawał dobrej roboty, ale reszta Australii też się chce nami nacieszyć, więc dziś właśnie Melbourne. Mamy już za sobą galerię zdjęć na kortach Australian Open, pół dnia spędzone w tramwajach (w Melbourne nie ma metra ani autobusów, jeździ się tu po mieście właśnie tramwajami, a jak już wspomniałem jest tu "australian dream", więc jedną linię podróżuje się nawet około 2 godzin). Melbourne jest świetne, nastawione głównie na 3 rzeczy: a) dobre jedzenie b) niską i wysoka kulturę i c) sport. Pełno tu parków, a w nich jeszcze więcej biegaczy (biegaczek), a wszystko to usytuowane nad brzegami zatoki i rzeki. Mieszkamy u pół-Szwajcarki, pół-Australijki, która pomimo ledwie co zrobionego prawa jazdy dobrze zaopiekowała się naszym Falconem. Trafiliśmy do tego na wieczór hinduski w jej domu, na stole cała śmietanka tamtejszej kuchni, trzeba by się w końcu gotować porządnie nauczyć, bo to wstyd patrzeć, jakie cuda potrafią inni przyrządzać. Jest znane z Malezji rota canai, czyli hinduskie naleśniki, z różnego rodzaju sosami i nadzieniami (tak się odmienia?), no i w ogóle jest fajnie. Mimo że dopiero ledwie co zaczęła się tutaj wiosna i w tym roku już nie doświadczymy słowa lato, wyprawa do Australii jawi się powoli jako jedno z najlepszych naszych życiowych posunięć... Z tych faktów nie do końca przyjemnych: za Marsa trzeba tu płacić prawie 5 zł, a i tak jest to jeden z najtańszych wyrobów czekoladowych, do których tak jesteśmy przyzwyczajeni.

Melbourne - downtown


4.IX.2006 Na australijskim Śląsku

Mamy cię!


Tym razem nadajemy z Traralgon. 2h na wschód od Melbourne, największa elektrownia i kopalnia węgla w regionie to główne tutaj atrakcje. Miasto liczy 30 tys. mieszkańców i żywcem przypomina film Truman Show. Parterowe domki są wszędzie wokoło, rozległość bierze tu tak górę nad wysokością, że dom naszych gospodarzy jest parterowy, a liczy sobie coś koło 300 kwadratowych metrów. Nasi gospodarze to znajomi rodziców Pawła Korzeniowskiego, znanego w półświatku krakowskim pod pseudonimem Pako:) Polskiej emigracji w Australii z reguły wiedzie się dobrze, pan Grzegorz jest naczelnym inżynierem górnictwa w rejonie Gippsland, jutro więc jedziemy pozwiedzać miejscowe kopalnie, trzeba sobie zdać sprawę, że Australia jest największym "producentem" węgla na świecie, z powodu innego rodzaju pokładów niż w Polsce praktycznie nie notuje się tu wypadków górniczych, a z powodu ogromnej mechanizacji zatrudnia się w węglowym przemyśle średnio 10 razy mniej ludzi niż w Polsce. Jako student Akademii Górniczo-Hutniczej, czyli przyszły górniko-hutnik muszę dodać głosem fachowca, że w przeciwieństwie do Polski wydobywa się tu węgiel metodą odkrywkową. Dziś udało się machnąć jedynie 450 km, niepokojąco silnik zmienia swe brzmienie, ale gramy dalej. Kolejny z parków narodowych, które w Australii już nawiedziliśmy pokazał się z dobrej strony. Wilson Promontory Park zaoferował nam skaczące przez drogę stado kangurów, biegające wokoło strusie emu i wombata. Wombat to taka dzika świnka, z którą trzeba przyznać nieźle się skomponowaliśmy na fotach. Pójdą w eter albo po kablu niedługo (zdjęcia, nie wombaty). Melbourne już prawie definitywnie za nami, choć może trzeba będzie w nie do końca jasnych interesach tam wrócić w czwartek. Ponoć ostatnio miasto to zyskało miano najbardziej przyjaznego na Ziemi, tak było tam "peaceful", że nawet nakarmiliśmy w Royal Botanical Garden czarne łabędzie. Wzruszające przeżycie :) No i te tramwaje... Nie no, jest sakramencko wciąż piknie tu w tej całej Australii. Tylko czasu mało, w Australii mają grubo ponad setkę parków narodowych, trzeba by tu spędzić co najmniej z rok.

Wombat




strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


7. 2010-04-26 13:04:32
gość: kasiek
Super!!! Zastanawiamy się właśnie nad emigracją do Australii. Wiadomo... drugi koniec świata, daleko od rodziny, a tutaj mamy mieszkanie i pracę (na razie) i trochę szkoda to wszystko zostawić bo lubimy nasze życie tutaj i Polskę... ale myślę, z jeszcze bardziej polubimy Australię i nasze nowe życie tam. A wasza relacja z podróży jeszcze bardziej optymistycznie nastawiła mnie do wyjazdu na antypody :). P.S. nasze dziecko na pewno będzie mówiło po Polsku i znało historię Polski :) trzeba pamiętać kim się jest !


6. 2009-11-27 18:35:42
gość:
Miło nam, że to była dla was inspiracja :) Australia jest cool...


5. 2009-11-09 00:44:38
gość: kłobuk
dzięki tej relacji odbyłem podróż po Australii,dzięki Panowie:)


4. 2009-07-13 18:33:38
gość:
chlopaki super relacja,bravo,jestem z Kielc i chce do australii nie leciec zwiedzac tylko mieszkac,ale wielki szacun do Was!! na pewno super doswiadczenie,ja za rok jak tylko skoncze inz to pisze IELTS'a,moze dostane wize i lece,pozdrawiam!!


3. 2009-04-25 18:47:45
gość: tobe
i znowu nakrecilem sie wyjazdem do krainy oz ;)


2. 2008-12-15 11:37:01
gość: Equilibri
Właśnie takiego sprawozdania z Australii szukałem, szacunek za wytrwałość i organizacje, Pozdrowienia


1. 2008-08-15 16:54:50
gość: handy
wow...ślicznie tam :) mam nadzieję że też kiedyś zobaczę to wszystko na własne oczy :D


  Mapapowiększ 

  Australia

Informacje o kraju: Australia
Flaga - Australia








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms