PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Australia data dodania: 2008-07-26      
autor: Gacus,

Nowa Zelandia

ocena: 3.16przeczytano 185 razy


Z kamerą wśród zwierząt: pingwiny (12.IX.2006)

Od 4 już dni przebywamy na terenie Nowej Zelandii. Jest tu tak pięknie, że czasem aż chciałoby się zobaczyć coś bardzo brzydkiego, ewentualnie jakieś szkaradne dzieło człowieka, jak na przykład Hotel Forum w Krakowie. Ale się nie da, dramatyczne krajobrazy towarzyszą na każdym kroku wędrówki. Bo jak nie zachwycać się odbijającymi się w tafli jezior i fiordów 3-tysięcznikami, na których leży wciąż śnieg i które to szczyty widać praktycznie z każdego miejsca na Nowej Zelandii... Więcej szczegółów pod koniec tygodnia, żeby wzbudzić jeszcze większe emocje musimy tu wspomnieć o plaży, na której obserwowaliśmy wczoraj życie pingwinów. W Nowej Zelandii żyje 9 z 18 gatunków pingwinów, które występują na świecie. Po godzinnym marszu przez baśniowy wręcz las dotarliśmy do rzeczonej plaży i rozpoczęliśmy szukanie tych przemiłych zwierząt. Warto było poskakać po skałach, bo w końcu ujrzeliśmy fantastyczny wręcz widok, który obudził w nas "macierzyńskie" instynkty:). Kilkoro małych pingwiniątek było wyrzucanych z morza na brzeg, gdzie czekała już matka, która podawała im ręcznik (no dobra, skrzydło) i szła z nimi do jaskini, gdzie się nie tak dawno wylęgły. Czy sobie to możecie wyobrazić, czy nie, ale staliśmy jakieś 5 metrów od całej sceny, strzelając fotę za fotą! Ale się wzruszyliśmy, teraz nawet Marcin chciałby mieć takie małe. Tak że dziewczyny, które uważacie ze jesteście trochę do pingwinów podobne - do dzieła!! :)

Pingwinek

A do tego - odwiedziliśmy 2 lodowce, przejechaliśmy przez najlepsze plaże Nowej Zelandii, spędziliśmy dzień na nartach w miejscowych Alpach i właśnie się usadowiliśmy w światowej stolicy ekstremalnych sportów...

Marcin zabiera się za foczki

A dalej już tylko Antarktyda (14.IX.2006)

Jesteśmy w Invercargill. Nigdy nie słyszałem o tej miejscowości przedtem, więc jeśli i wy nie słyszeliście - głowa do góry! Podczas tej wyprawy wydawało nam się już wiele razy, że zawitaliśmy na koniec świata, ale to chyba jednak jest tutaj! Miejscowość usytuowana jest na południowym krańcu Nowej Zelandii, obmywają ją zimne prądy mające swój matecznik na Antarktydzie. Wieje tu również tylko z południa - łeb chce urwać, a jest to niczym nie skażone, czysto antarktyczne, lodowate powietrze - wszystko to powoduje, że nawet w lecie rzadko kiedy temperatura chce tu wyjść powyżej 20-tej kreski, jakby to powiedzieli nasi synoptycy. Szkoda, że brakuje funduszy - w Queenstown spokojnie można by puścić ok. 5 tys. zł na ekstremalne rozrywki - jest nawet oferta 3 skoków na bungee w ciągu jednego dnia - skacze się ze 135, 65 i 42 metrów, różne scenerie, różne klimaty - łączy ten pakiet tylko kieszeń organizatora - pana Hacketta, do którego płyną każdego dnia ogromne pieniądze. Koszt 3 skoków w promocji to 300 NZ$ - 600 zł, pojedynczy skok to minimum 250 zł. Wrażenia - bezcenne, samopoczucie po skokach - niezapomniane. Pan Hackett rozpoczął tu biznes z końcem lat 80-tych, wcześniej wsławiając się skokiem na bungee z Wieży Eiffla. Oprócz tego tradycyjnie - canyoning, skydiving, rafting, itp., itd., na ulicach pełno jest ludzi, przy których z Marcinem wyglądamy jak łagodne chucherka ze szkoły dla młodych, dobrze urodzonych paniczów, gdzieś pod Londynem. Adrenalina, ogorzałe twarze, chęć sponiewierania się dominują w tym mieście! Czas goni, darmowy Internet w bibliotece trwa tylko 30 minut, wszystko co dobre szybko się kończy.

Światowa stolica sportów ekstremalnych na wstępie uspokaja

Fiordy oswojone - już nam z ręki jedzą (15.IX)

Pętla wokół części Południowej Wyspy Nowej Zelandii zamknięta. 2200 km na liczniku wypożyczonego Huyndaia (w końcu manual, coś się działo za kierownicą), 6 dni w podróży, 3 noclegi w hostelach, 3 noclegi u ludzi, dwa lodowce, kilka BigMac Menu w żołądku, 4 z 7 narodowych parków Południa i parę nowozelandzkich baksów za nami. Nowa Zelandia rzeczywiście poraża swoim urokiem. Na szczęście nikt nie jest doskonały i z czystym sumieniem wschodnie wybrzeże, z kilkoma wyjątkami, można sobie odpuścić. Po tym, co zobaczyliśmy, mogę zrozumieć dlaczego miłośnicy Władcy Pierścieni tłumnie ruszyli w te strony po oglądnięciu rzeczonej produkcji. Mimo że nas, chłopców twardo stąpających po ziemi, hobbity, lordy vadery i inne stwory nie za bardzo ruszają, to scenografia jest niewątpliwym atutem "The Lord of Rings". Pełno tu w każdym hotelu różnego rodzaju wycieczek śladami Frodo, można zobaczyć, gdzie Frodo to, gdzie Frodo tamto, a gdzie ustrzelili jelenia, a gdzie dojechały ich smoki.... Przepraszam za ignorancję, ale ciężko mi się zawsze było podniecać fantastyką, więc Frodo to jedyny bohater, którego pamiętam.

Wanaka

Co do podróży, to nasz firmowy Huyndai świetnie wywiązał się ze swej roli. Wypożyczyliśmy go za 27 $NZ/dobę (54 zł), w cenie dostaje się... 1 dzienny karnet narciarski na każdy dzień wypożyczenia. Coś tu chyba musi gdzieś kreatywna księgowość się uaktywniać, bo normalny karnet na region narciarski, w którym powyższa promocja ma miejsce, kosztuje... 89 $NZ (drogo, dla miejscowych studentów 60$ NZ). Ale że Polak potrafi i że Polakowi szczęście się darzy, wiadomo nie od dziś. Ledwie wylądowaliśmy na parkingu pod wyciągami, a zaczepił nas miły pan, który zaoferował się nam kuponem w promocji (kup dwa karnety za cenę jednego). Podarował go nam za obietnice postawienia kawy na stoku, naszym jedynym zmartwieniem było więc znalezienie kogoś, kto zechciałby partycypować w zakupie (przypomnijmy, że jeden z nas miał już darmowy karnet w cenie Huyndaia). Udało się i suma sumarum pojeździliśmy po jakże pożądanych wśród europejskich narciarzy Nowozelandzkich Alpach za ok 44 zł/os/dzień. Oto mapka Treble Cone, w którym byliśmy. A żeby być szczerym do bólu: w Europie można znaleźć zdecydowanie lepsze narciarskie resorty, no ale narzekać nie można, kto by kiedykolwiek pomyślał, ze dnia pewnego pięknego przyjdzie nam w środku europejskiego lata jeździć na nartach na drugiej półkuli! Z cyklu jak twardy jest Nowozelandczyk: na krzesełkowych wyciągach nie montuje się tu podpórki na narty, po wyczerpującym stoku nogi nie maja prawa odpocząć! Mimo że stoków nie było zbyt wiele, to był jeden, który długo będziemy pamiętać: długi, puściutki, sztruks prawie do samego wieczora, doskonale wyprofilowane zakręty... dobra, nie ma co się więcej zachwycać, dokonując ostatecznego porównania z europejskimi Alpami: a) mniej tras ogólnie, b) starsza i mniej rozwinięta infrastruktura, c) o wiele bardziej fascynujące widoki, d) zdecydowanie więcej "off-piste" tras, e) porównywalne ceny. Wracając do punktu c... Nie ma chyba bardziej fantastycznych widoków na ziemi niż właśnie z miejscowości Wanaka, w pobliżu której jeździliśmy, wstajesz o świcie i w tafli miejscowego jeziora odbijają się pięknie okoliczne 2- i 3-tysięczniki. Można tak stać i stać i w końcu Ci wiza się skończy.

Mickiewicz nad fiordami

Jak Nowa Zelandia to musza też i być fiordy. I znów najbardziej nieziemski fiord w Nowej Zelandii wznosi się na wysokość prawie 1700 m (najwyższy na Ziemi). Do Milford Sound, bo tak zwie się fiord, trzeba jechać 290 km od Queenstown, przez prawie kompletne pustkowie. Widoki na końcu jednak warte są tej odległości. Stoisz na poziomie morza, podnosisz głowę do góry i... musisz mieć dobry wzrok, żeby dojrzeć, co tam się dzieje 1700 m nad Tobą. A nic się niestety nie dzieje, bo w przeciwieństwie do Norwegii, gdzie z kolegami Romanowskim i Korzeniowskim staliśmy na szczycie 1000-metrowego fiordu, tu na szczyt za bardzo się wyjść nie da. Pozostaje oglądanie z poziomu morza i szybka ucieczka do samochodu, bo wysokość fiordu powoduje, że z zatrzymujących się w tym miejscu chmur prawie bez końca pada. Jest poza sezonem, wiec w Milford Sound spotkaliśmy 4 osoby, w tym 2 to byli... Polacy. Dwóch studentów z Warszawy podobnie jak my są w podróży dookoła Australii i Nowej Zelandii, z tą tylko różnicą, że robią to na rowerach. Różnica drobna, bo przecież my też czasem musimy pchać naszego Falcona i dużo wysiłku wkładać w jego uruchomienie. Ogólnie jednak o turystów z Polski w Australii i Nowej Zelandii nie łatwo, czujemy się więc trochę jak wysłannicy narodu, a czy nimi jesteśmy, to niech już historia oceni ;). Praktycznie na każdym kroku trzeba opowiadać co nieco o Polsce, przedstawiamy ją w samych superlatywach, może jakiś niewielki grant z MSZ? Jutro znów Christchurch, więc wygłosi się jeszcze jeden, ostatni wykład o Nowej Zelandii, następne odcinki będą się Drodzy Czytelnicy rozgrywały już w Sydney i w dalekim, gorącym, australijskim Queenslandzie:).



strona: 1 | 2 | 3

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Nowa Zelandia

Informacje o kraju: Nowa Zelandia
Flaga - Nowa Zelandia








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms