| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja | data dodania: 2008-08-21 |
|
autor: Gacus, |
Wietnam - ojczyzna Stadionu Dziesięciolecia |
|
| ocena: 3.00 | przeczytano 113 razy |
Po drodze do Hanoi mamy 1700 km do pokonania, pozostaje więć tzw. open ticket - deklarujesz postoje i wsiadasz, i wysiadasz w dowolnych, wcześniej zadeklarowanych miastach na trasie autobusu. Taka przyjemność kosztowała wtedy 25 $!, dziś pewnie niewiele drożej, pamiętajmy, że Wietnam to cały czas kraj komunistyczny, a w komuniźmie wiele ekonomicznych mechanizmów działa inaczej niż w kapitaliźmie. W każdym bądź razie mija się po drodze parę atrakcji, jak Hue czy Hoian, ale nie będę pisał nic więcej, bo i tak nikt tego nie zapamięta. Prawdziwe MUST SEE w Wietnamie to Sajgon, Chu Chi, delta Mekongu i zatoka Halong na północy, resztę sobie można podarować, ludzie w tym kraju nie należą do tego do najwspanialszych i najgościnniejszych. Wielokrotna walka o wszystko może zmęczyć nie jednego twardziela.
Na koniec, jak okazało się, podróży po wietnamskiej, nie zawsze przyjaznej ziemi, została nam stolica, czyli Hanoi. W mieście znajduje się kilka jezior, osobliwością są biegający wokół nich Hanoiczycy, od Nowojorczyków różnią się tylko niemarkowym obuwiem. Amerykański styl życia mocno zakorzenił się w tym mocno komunistycznym mieście, na straganach za parę dolarów hitem są koszulki Hard Rock Cafe - Hard Rock Cafe Sajgon, Hard Rock Cafe Bagdad, Hard Rock Cafe Pcim... kupiłem kilka, dobrze służą jako piżamy. No ale po co jechać tak daleko, jeśli wszystko to było na Stadionie Dziesięciolecia???
Niestety, ale nie udało się odwiedzić zatoki Halong. Tajfun zaatakował ją i jej okolice, to co nie udało nam się, nie udało się również reżyserowi "Człowieka ze złotym pistoletem", który od komunistycznych władz nie dostał zgody na kręcenie tam przygód Agenta z Licencją na Zabijanie. Musiano zadowolić się zepsutą Tajlandią. Udało się tylko Bartkowi, który odwiedził to miejsce kilka lat póżniej, oto zdjęć kilka za jego oczywiście przyzwoleniem:
Wietnam - kochaj albo rzuć. Z jednej strony niskie ceny, widoki jak wyżej, nieskomercjalizowane jak reszta Indochin rejony, duch amerykańskiej wojny sprzed lat duchem unoszącej się wokół historii, a z drugiej ludzie mało przyjaźni, z aparycją i charakterem cinkciarza z warszawskiej Pragi, kuchnia dobra, ale nie tak jak chińska czy tajska, no i komunistyczny rząd, mający się całkiem dobrze, wysyłający swoich ubeków nawet do Polski. Wietnam z Indochin albo bar Wietnam tuż obok Dworca Centralnego w Warszawie - wybór należy do Ciebie.
|
strona: 1 | 2
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|