| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-08-30
|
|
autor: Przemysław Skibiński |
Kaukaz 2008 |
|
| ocena: 2.60 | przeczytano 269 razy |
GRUZJA
2008-07-11, pt, Zaqatala->Balakan->Telawi
Śniadanie jemy w tej samej restauracji, co wczoraj. Następnie szukamy marszrutki do Balakan, ale chyba
niedawno odjechała, więc bierzemy dość tanie taxi. Stąd już nie ma innego transportu, więc bierzemy
kolejne taxi na granicę. Tutaj chowamy głęboko nasz przewodnik, który zawiera także opis Armenii, co
może być powodem jego konfiskaty. Przekroczenie granicy zajmuje około pół godziny. Wiza jest
darmowa.
Ku naszemu zaskoczeniu nigdzie nie ma kantorów lub koników, żeby wymienić pieniądze. Z granicy też nie
ma transportu, więc bierzemy taxi, które zawozi nas do banku. Wymieniamy dolary, ale azerbejżańskich
manatów nie przyjmują. Dowiadujemy się, że manaty trzeba było wymienić w Balakan. Teraz konik proponuje
kurs 1.55 przy oczekiwanym 1.72. Szkoda, że nie znaleźliśmy nic o wymianie pieniędzy w
przewodniku.
Od godziny 10:00 (w Azerbejdżanie 11:00) do 12:00 czekamy na wyjazd marszrutki do Telavi. Nie tak łatwo
ją znaleźć, bo w Gruzji jest inny alfabet, nie podobny do niczego. Na szczęście większość liter ma swoje
łacińskie odpowiedniki i można się jakoś połapać. Do Telavi jest tylko 80-100 km, ale przejechanie tego
dystansu zajmuje nam około cztery godziny. Po znalezieniu noclegu jemy obiadokolację, po której Dominik
ma kłopoty żołądkowe (przez kołduny). Nasz wniosek jest taki, żeby uważać na gotowane mięso, bo z
pieczonym nie było kłopotów. Jest już za późno, żeby zwiedzać, więc idziemy na targ kupić owoce. Jest
godzina 17:00 a słońce grzeje jeszcze tak mocno jak w Polsce w sam środek dnia.
2008-07-12, so, Telawi->Tbilisi
W cenie noclegu mamy dostać śniadanie. Nie powiedzieliśmy wczoraj, o której godzinie chcemy zjeść
śniadanie przez co musimy na nie czekać ponad godzinę. Po śniadaniu idziemy na marszrutkę, którą
jedziemy do katedry Alaverdi. W środku jest prawosławne nabożeństwo i jako katolicy zostajemy
wyproszeni. Czekamy do końca nabożeństwa i oglądamy ubogą, kamienną świątynie, w której wystroju
przeważają ikony i świece. Wracamy do Telawi, gdzie dowiadujemy się, że nie ma bezpośredniego połączenia
do miasta Kazbegi i musimy jechać przez stolicę. Dojazd do Tbilisi zajmuje około dwie godziny. Z dworca
Ortachala jedziemy autobusem 108 do Marjanishvili, gdzie znajdują się tanie noclegi. Wieczorem para
Szwedów proponuje nam wspólny wyjazd wynajętą taksówką do Davit Gareja. Planowaliśmy tam jechać później,
ale korzystamy z okazji i się zgadzamy.
2008-07-13, nd, Tbilisi->Davit Gareja->Tbilisi
Po śniadaniu, o 10:00 wyjeżdżamy do Davit Gareja. Dojazd zajmuje około dwie godziny. Na początku
zwiedzamy cerkiew i domy mnichów wykute w skale. Domy mnichów są wciąż w użyciu i nie można ich
zwiedzać. Następnie idziemy na ponad dwugodzinną wspinaczkę. Wdrapujemy się na górę, z której w dole
widać Davit Gareja. Z drugiej strony, w oddali jest już azerska granica. My idziemy dookoła góry,
szlakiem dawnych kapliczek. Na ścianach widać wypłowiałe pozostałości fresków. Około 15:00 wyjeżdżamy z
powrotem do Tbilisi. Idziemy na kolację a później jedziemy metrem do katedry Tsminda Sameba, której
złota kopuła jest dobrze widoczna w całym mieście.
2008-07-14, pn, Tbilisi->Kazbegi
Od rana zwiedzamy stare miasto w Tbilisi. Odwiedzamy głównie cerkwie, jeden kościół i synagogę. Około
13:00 zabieramy plecaki z hostelu i jedziemy na dworzec Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do Kazbegi.
Na początku droga jest bardzo dobra, ale później się pogarsza. W Kazbegach jesteśmy około 17:00.
Jesteśmy na wysokości 1700 m.n.p.m. i nie jest tu już tak gorąco jak w poprzednich dniach naszej
podróży. Nocujemy w Reso, z pełnym wyżywieniem, na którego namiary dostaliśmy w Tbilisi. Jest jeszcze
kilka godzin do zachodu słońca, więc postanawiamy wybrać się do cerkwi Elia, oddalonej wg znaków o 40
minut od centrum miasta. Po drodze gubimy szlak, ale i tak udaje nam się dotrzeć do tej małej cerkwi.
Miejscowy pop zaczyna z nami rozmowę i daje nam świeczki, które zapalamy w cerkwi. Po powrocie mamy
kolacje, przygotowaną przez matkę właściciela, która jest tak obfita, że cztery osoby też by się
najadły. Właśnie tak opisywali nam ten pensjonat inni turyści.
2008-07-15, wt, Kazbegi
Dowiedzieliśmy się wczoraj w Mountain Hut (sponsorowanej przez polski rząd w ramach programu Polska
Pomoc/Polish Aid), że dopiero jutro niebo będzie mniej pochmurne. Dlatego po porządnym śniadaniu
wypożyczamy rowery i jedziemy do Doliny Sno. Większość trasy jest łatwa, ale ostatnie 2-3 kilometry są
stromo pod górę i prowadzimy rowery. Po 3 godzinach i 19 km znajdujemy się w miejscowości Juta. Widoki
są tu rewelacyjne, z tego miejsca startują alpiniści wspinający się na pobliskie, ośnieżone szczyty.
Pytamy się, gdzie tu można coś zjeść i pierwszy napotkany tubylec prowadzi nas do swojego domu, gdzie
jego matka przygotowuje nam obiad. Siedzimy sobie przed domem i patrzymy na otaczające góry. Pani
przeprasza, że gotowanie tak długo jej zajęło, ale jest przerwa w dostawie prądu. My jesteśmy
szczęśliwi, że znalazło się coś dla nas do jedzenia. Nie wiemy jak podziękować, więc dajemy w prezencie
czapkę z daszkiem. Przed nami jeszcze 19 km, ale już z górki. Pod koniec naszej trasy strasznie wieje,
że zakładamy kurtki. Około 17:00 oddajemy rowery a 30 minut później zaczyna padać deszcz. Okazuje się,
że pomimo częściowego zachmurzenia i posmarowania się kremem do opalania, słońce nieźle nas przypiekło.
Wieczorem dostajemy rewelacyjną kolację, na którą w pełni zasłużyliśmy.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2008-10-28 21:57:04 | vicealigator
| Z calym szacunkiem, ale katolicyzm nie dominuje w Armenii, tylko Ormianski Kosciol Apostolski, ktorego glowa jest patriarcha z Eczmiadzyna z tytulem katolikosa.
|
|
|
|