| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2008-10-28
|
|
autor: vicealigator, |
W cieniu Pirenejów |
|
| ocena: 5.00 | przeczytano 542 razy |
Olimpijskim szlakiem
Dzień czwarty, czwartek, 15.11.2007 – Barcelona
Poranny spacer do La Pedrery dobrze mi robi po wczorajszym balu :) Tam wsiadam w BT (linia niebieska) i jadę do Placa d'Espanya. Widać stąd już bardzo dobrze leżące na wzniesieniu muzeum sztuki - Museu Nacional d'Art de Catalunya (bilet ważny 2 dni - 8.50 euro, 6.80 BT).
Ogromny Palau Nacional, choć wygląda na stary, nie ma nawet stu lat. Wzniesiono go na potrzeby wystawy światowej w 1929r. Znajdziemy w nim m.in. obrazy, rzeźby, kolekcje monet. Chętnie poświęciłbym na nie przynajmniej dzień, ale ostatecznie stanęło na blisko 5 godzinach.
Przespacerowałem się następnie do kompleksu olimpijskiego. Warte zobaczenia są zwłaszcza: stadion (wstęp darmowy) i muzeum sportu. Na olimpiadzie w 1992 r. zadebiutowały: judo kobiet, baseball i badminton. Polska reprezentacja zdobyła 19 medali (w tym 3 złote). Impreza była jednocześnie okazją do promocji katalońskiej świadomości narodowej.
Znów podjechałem kawałek BT, by wysiąść przy stacji początkowej kolejki linowej (Teleferic, 4.50 euro) do twierdzy Montjuic (Castell de Montjuic). Budowana od schyłku XVII wieku do pol. XVIII w. miała zabezpieczać port. Dziś mieści się tu muzeum wojskowe (3 euro). Widać stąd dobrze ogród botaniczny (Jardi Botanic, 3 euro) w dole.
Ponieważ wyczerpałem plan na ten dzień, zostałem na ok. godzinę pod twierdzą, uraczywszy się, kupionymi w budce: półlitrowym kubkiem pysznej schłodzonej Sangrii i pączkami.
Wreszcie zszedłem na dół i wsiadłem znów w BT. Do hostelu dotarłem ok. 21-ej.
Księstwo w Pirenejach
Dzień piąty, piątek, 16.11.2007 - Andora
Dziś całodzienna wycieczka do Andory !
Wstaje bardzo wcześnie i pomykam przez budzące się miasto na dworzec Nord. Moj autobus startuje kwadrans po 6-ej. Jazda zajmuje 3 godziny. Już przed Seu d'Urgell widoki są niesamowite: przepastne kaniony, a my jedziemy wąskimi szosami tuz przy urwiskach. Szyby autobusu są jednak niemiłosiernie brudne, wiec szybko daję sobie spokój z robieniem zdjęć :(
W końcu zatrzymujemy się na maleńkim dworcu w sercu stolicy Andory - Andorra la Vella. Według tradycji, prawa miejskie nadał jej Karol Wielki, by uhonorować męstwo miejscowych w walce z Arabami. W XIII w. Andora stała się wspólnym lennem hiszpańskiego biskupa z Seu d'Urgell i francuskich hrabiów Foix. Swoją państwową odrębność potwierdzono ponad sto lat później powołując parlament. Rodzina Foix przekazała potem swe prawa królom Nawarry, a gdy Henryk IV został królem Francji wydał edykt, który ustanowił dwóch książąt Andory: biskupa i władcę (a obecnie prezydenta) Francji. Ten ustrój, z ograniczoną ostatnio na rzecz rządu i 28-osobowej Rady Generalnej przetrwał do czasów dzisiejszych. Sprawy obronności są wspólnym obowiązkiem Hiszpanii i Francji. Podobnie rzecz ma się z pocztą: są tu placówki pocztowe obu sąsiadów.
Jeszcze do niedawna ubogi kraj pasterski, dziś bogaci się, jako raj podatkowy i strefa wolnocłowa. Są tu dziesiątki sklepów sprzedających: alkohol, wyroby tytoniowe, perfumy, sprzęt elektroniczny i fotograficzny oraz samochody, motocykle i akcesoria motoryzacyjne...
Po wizycie w otwieranej właśnie informacji turystycznej, obszedłem centrum stolicy a potem załapałem się z dwiema parami hiszpańskimi na tour po budynku parlamentu (darmo, tylko raz dziennie, godzinę można sprawdzić na tablicy przy wejściu). Bardzo mila przewodniczka, co rusz upewniała się, czy coś rozumiem z jej hiszpańskiej gadki. Mówiła jednak bardzo wyraźnie i załapałem sporo. Wielka szkoda, że nie wolno w środku robić zdjęć . zwłaszcza w sali Sądu Najwyższego. To coś, przy czym normalnie siada Ołtarz Mariacki. Ściany, sufit i meble - wszystko misternie rzeźbione w ciemnym drewnie.
Po wyjściu wsiadłem w autobus (1.60 euro) do Encamp, skąd przespacerowałem się z powrotem do stolicy. Właśnie na jej wschodnim skraju jest chyba najwięcej sklepów wolnocłowych, w których nie omieszkałem zrobić trochę zakupów.
Nie ma w tym kraju niestety wielu zabytków z wyjątkiem rewelacyjnych romańskich kościołków. Część jest w miastach, ale inne wysoko w górach - niestety tym razem musiałem je pominąć.
W okolicach dworca wsiadłem ponownie w autobus i pojechałem pod granice hiszpańską do Sant Julia. Znów spacerek, tym razem przez okolice znacznie mniej zabudowane i zrobił sie wieczór. W oczekiwaniu na autobus do Barcelony usiadłem w parku, delektując się tanim (w sensie ceny, nie jakości!) piwem i cygarem.
Trochę zmęczony przespałem niemal całą drogę powrotną.
Nocna Barcelona
Dzień piąty, piątek, 16.11.2007 – Andora
Ledwo dotarłem do hostelu, a tu okazało się, że zbiera się większa ekipa planująca nocną rundkę w okolicach portu. Wepchnąłem się pod prysznic i ekspresowo umyłem.
Przez jakąś godzinę szwendaliśmy się po jarzących się neonami i całkiem gwarnych ulicach, by osiąść w małej knajpce niedaleko Barcelonety.
Klasztor Montserrat
Dzień szósty, sobota, 17.11.2007 – Montserrat
Pobudka i szybkie śniadanie, a potem spacer na stację metra Encants. Przedostaję się na Pl. d'Espanya i tam nabywam bilet do Montserrat (20.50 euro). W cenę wliczony jest przejazd powrotny koleją pod gorę, przejazd powrotny jedną z dwóch kolejek i wstęp do klasztoru. Kolejki są do wyboru dwie (naziemna Cremallera i linowa Funicular) i od razu trzeba się zdecydować, z której zamierza się skorzystać. Minusem jest to, ze w obie strony trzeba jechać tą samą. W zależności od dokonanego wyboru, trzeba dokonać przesiadki z pociągu na rożnych stacjach: najpierw jest Montserrat Aeri (dla Funicular), a potem Monistrol de Montserrat (dla Cremallera). Ponieważ już wcześniej jechałem kolejką linową na Montjuic, tym razem wybieram naziemną.
Po ok. godzinie jestem już pod masywna górą, jest naprawdę piękna. Właśnie podjeżdża kolejka i za mniej więcej kwadrans jesteśmy na miejscu. Co nie znaczy, ze na szczycie !
Od rozległej półki skalnej do właściwie paru szczytów jest jeszcze kawałek - można tam wejść pieszo lub skorzystać z jeszcze innych kolejek. Na razie jednak skupiam się na benedyktyńskim klasztorze.
Powstał już w XI w i stał się szybko miejscem pielgrzymek do cudownego obrazu Matki Boskiej z Montserrat. W XIV w podniesiono go do rangi opactwa - obecne budynki wybudowano ok. 100 lat później. Od 1307 r. do dziś utrzymuje sie tu słynny chór chłopięcy. Jeden z zakonników - o. Bernat Boil towarzyszył Kolumbowi w jego drugiej wyprawie i stał się pierwszym apostołem w Ameryce. Mnisi trwali w tym miejscu z krotką przerwą na lata wojny domowej, gdy doszły wiadomości o mordach popełnianych na klerze przez republikanów. Mało powiedzieć, ze klasztor jest piękny. Brak słów, po prostu. Uwaga, w niektórych miejscach nie wolno robić zdjęć. Wybacz, Boże - w paru jednak nie mogłem się powstrzymać i wyczekawszy odpowiedniej chwili ...
Po wyjściu z klasztoru pojechałem jeszcze wyżej jedną z dwóch kolejek - St. Joan (6.60 bilet powrotny lub 7.45 z biletem na Sta. Cova, sama Sta. Cova 2.70). Razem ze mną wsiadł bardzo energiczny księżulo z grupą wiernych zmierzających do pustelni św. Hieronima. Pogawędziliśmy sobie chwilę po angielsku. Gdy przedstawiłem się jako Polak, zjednało mi to ich sympatię jako rodaka Jana Pawła II. Na górze jest maleńkie muzeum historii naturalnej (wstęp wliczony w cenę przejazdu). Wspaniały widok jaki się stąd roztacza, zarówno na klasztor pod spodem, jak i na całą okolice, na długo został w mojej pamięci.
Zjechałem wreszcie pod klasztor, stąd na stację kolei i ... do Barcelony.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|