Dziś wizytowaliśmy miasto Nara. W czasach, kiedy w
Japonii świetnie się powodziło, zmieniano stolicę
wraz ze śmiercią cesarza, zaczynano calą zabawę od
nowa. Nara była więc stolicą w latach 710-785, co
nie przeszkodziło przez kilkadziesiąt lat
nabudować pagod, świątyń, dzwonnic, itp. Potem ten
kosztowny zwyczaj zarzucono, Kyoto, Edu i Tokio
zostały stolicami na długie lata, a to ostatnie
nawet do dziś. W Narze tytułowa historia zdażyła
się w świątyni Todai-Ji, mieszczącej Wielkiego
Buddę, dosyć wielkiego, bo mającego 16 m wysokości,
zbudowanego ze złota i brązu, w proporcjach
oczywiście 1 do 5000, bo złoto było już wtedy w
cenie.
Za posągiem Buddy (wstęp 500Y) znajduje się filar,
a w tym filarze wydrążony otwór wielkości dziurki
od nosa Buddy, kto przez tą dziurkę się przeciśnie,
ten cudownym zrządzeniem stanie się oświecony.
Damian postanowił podjąć wyzwanie, my mogliśmy co
najwyżej potwierdzić, to co on chciał osiągnąć.
Nie przeszedł przez ucho, w momencie kiedy chciałem
mu pokazać co i jak, stała się rzecz bardzo zła:
firmowy telefon zsunął się z kurtki do wielkiej
szkrzyni z podarunkami dla Buddy, skrzyni ONE WAY,
bez możliwości otwarcia od zewnątrz. Aby
potwierdzić czy to na pewno telefon, Łukasz
postanowił do Buddy zadzwonić - tak, ze środka
odezwał się charakterystyczny dźwięk - byłem w
wielkich opałach! Na szczęście Budda wyciągnął
pomocną dłoń w postaci swoich świątynnych
strażników, po chwili pojawiło się ich kilku ze
specjalną łapą o szerokości wystarczającej do
wsunięcia do skrzyni - po 15 minutach udało się,
telefon UPM-Kymmene byl w moich rękach, kara Buddy,
do którego mniejszej świątyni nie chciałem
wcześniej wejść, okazała się niezbyt surowa.
Trzeba przy tym napomknąć, że na wycieczce byliśmy
z poznanym u naszej gospodyni Francuzem,
pielęgniarzem w szpitalu psychiatrycznym,
zakochanym w Japonii, bardziej japońskim niż
cesarz, jego życie w Japonii to ciągłe ukłony i
wymachiwanie pałeczkami, ale ogólnie chłop jest w
porządku, oby tylko nie chciał w dalszą podróż udać
się z nami. Ukłony to narodowa profesja w tym
kraju, kiedy kontroler wchodzi do wagonu tylnym
wejściem, najpierw przechodzi na sam przód, tam
kłania się w pas i dopiero stamtąd zaczyna
sprawdzać bilety, przypadkiem przy tym nie
zauważając pod żadnym pozorem potencjalnego
gapowicza, który tu chyba zresztą nigdy się nie
pojawił, orpócz pewnie paru Polaków. Kolejarzy jest
w tym kraju więcej niż psów, których notabene w
ogóle tu nie ma, pociągi i tory widać dosłownie
wszędzie, na każdym przystanku po kilku
odprawiających pociągi, upychających ludzi, pociągi
przyjeżdżają co kilka minut, shinkanseny co
kilkanaście, szlabany są częściej opuszczone niż
podniesione. Japończycy to synowie i córy
kolejarzy. Ewentualnie kolejarzy i rybaków.
Wracając do Nary - bardzo warto poświęcić jej
jednodniową wycieczkę, kompleks świątyń położonych
na wzgórzach obchodzi się 5 kilometrową drogą,
wokół trasy spotkać można pareset wyluzowanych
sarenek, kotków i innych ulubieńców Buddy, żadnego
naciągactwa i naganiactwa, kulturalni i spokojni
Japończycy chcą nieba przychylić, przypadkiem nie
wchodząc "białemu" w drogę. Po drodze kilka
przybytków, w których można napić się zielonej
herbaty, która w Japonii wszędzie jest darmowa i
oczywista jak woda, dobrze robi szczególnie po
sushi, barów sushi w Japonii jest sporo, te z
jeżdżącymi na taśmie talerzykami, zapełnianymi na
bieżąco, serwują sushi na prawdę tanio, jakieś 120
Y, co daje aktualnie około 3,50 zł (100Y=2,80 zł).
Po powrocie do naszej kanciapy dostaliśmy jeszcze
zaproszenie na Halloween, swięto równie japońskie
jak Manifestu Lipcowego, ale Amerykę tu lubią i
chętnie małpują, boisk do baseballa tu wiecęj niż
grzybów. Halloween w barze naszej gospodyni wypadł
dość dobrze, średnia wieku oscylowała koło lat
sześciu, na szczęście serwowano alkohole i
uruchomiono bingo, ja z Damianem wygraliśmy po
porcelanie, a Łukasz jak zwykle wyszedł na
hazardzie najlepiej - wygrał plastikowe pudełko na
banana, oczywiscie w kształcie banana!, rzecz
niezbędna w codziennym życiu.
Nieśmiałe, aczkolwiek ładne Japonki udzieliły nam
lekcji kaligrafii japońskiej, są 3 rodzaje
alfabetów, kanji (z Chin, praktycznie nie do
opanowania), hiragana (oparty na sylabach, da się
zmęczyć w kilka miesięcy) i katakana (symbole
zagranicznych słów, w tym naszych imion, Jacek,
Damian i Łukasz). Ten ostatni już mieliśmy prawie
opanowany, ale w knajpie została kartka z wykładem,
więc motyla noga, kurczę pióro, ale znów nie wiemy
jak się podpisać. Został nam tylko po Halloween
chudszy portfel, standardowe ceny napitków to 500Y,
na szczęście pizzę i jakieś pieczone ziemniaczki
przyszły z baru jako prezent dla szanownych
"gaijinow".
Tytułem ciekawostek, cała Japonia wypełniona jest
automatami czy to z fajkami, czy to z napojami, w
tym piwem, stoją one na łąkach, pod światyniami, na
bulwarach i mostach, można w nich kupować napoje w
wersji HOT lub COLD, puszki z kawą w tej pierwszej
nie dało się w rękach utrzymać Jeszcze fajniejsze
są piętrowe parkingi, podjeżdżasz samochodem w
miejsce gdzie zasięg ma pseudowinda, która gdy
wysiądziesz porywa twoje auto i sama szuka dla
niego miejsca, układając samochody niczym drewniane
klocki. Cool. Dobra, jest druga trzydzieści rano,
pora w naszym pokoju wielkości mat czterech (w
Japonii tak podaje się powierzchnię sypialni)
zgaśic światło i macintosha, bo rano wyjazd do
Kyto.