| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2009-03-08
|
|
autor: kefirm, Miłosz Maślanka |
Budapeszt, Bratysława, Wiedeń |
|
| ocena: 3.40 | przeczytano 402 razy |
Już nad ranem słychać było jak wiatr szarpie namiotem, niebo przysłoniła grubsza warstwa chmur i znacznie się ochłodziło. Trochę po 6 wygramoliłem się ze śpiwora, wrzuciłem wszystko do sakw i po drodze zrobiłem jeszcze zakupy. Mimo, że od stolicy Słowacji – Bratysławy dzieliło mnie zaledwie 30 km, to dystans ten pokonałem aż w 3 h. Wiatr prosto w twarz, ból kolana, wszystko to powodowało, że jechałem niewiele szybciej niż bym szedł. Poza tym ścięgna Achillesa miałem owinięte bandażami elastycznymi, bo podejrzewałem ich zapalenie. No ale w końcu udało mi się i z uczuciem ulgi opuściłem ten kraj. Kraj, w którym nie mogłem się dogadać ani po angielsku, ani nawet francusku, kraj, którego 80 % przejechałem ignorując znak zakazu wjazdu rowerom. Na Słowacji czułem się nawet lepiej niż u siebie w kraju. Wszystko i wszystkich rozumiałem, ludzie bardziej przyjaźni i otwarci, drogi lepsze, a ceny nawet i niższe. Zwiedziłem tylko zamek i stare miasto w Bratysławie i postanowiłem się stąd zbierać. Co chwila nachodziły mnie chwile zwątpienia czy nie lepiej wsiąść w najbliższy pociąg do Ziliny i wrócić do domu, ale będąc zaledwie 60 km od Wiednia, miasta, do którego od dawna chciałem wrócić, nie mogłem zwątpić. Pojechałem więc znów pod wiatr i kawałek za miastem przekroczyłem granicę i wjechałem na międzynarodową ścieżkę rowerową, która prowadziła parkiem narodowym wzdłuż Dunaju. Pośród drzew przynajmniej tak nie wiało, ale co chwilę straszyło deszczem, a że jedyne ubranie jakie zabrałem miałem właśnie na sobie, temu też co chwilę musiałem ubierać pelerynę, która przy większej prędkości działała jak spadochron dusząc mnie przy okazji w szyję. Coś za coś. Dopiero przed samym centrum zaczęło mocniej padać, na szczęście szybko przestało. Przy wjeździe do miasta zauważyłem kamping, ale uznałem, że zawsze tu mogę wrócić. Tak więc jadę dalej i zwiedzam na szybko po kolei Albertina platz, przy którym w informacji dostaję mapę miasta, rowerową mapę okolicy i ulotkę z kampingami i hotelami w mieście. Następnie przemieszczam się w kierunku Josefs platz, Holden platz i biblioteki, przez Volksgarten pod parlament, a następnie pod muzea na Maria Theresien platz i w stronę Karlskirke na Karlsplatz. Chciałem jeszcze zrobić jakieś zakupy, ale wszystkie sklepy w sobotę popołudniu w mieście były już zamknięte. Poza tym byłem głodny, było mi zimno i robiło się już ciemno, a nigdzie nie mogłem w dodatku znaleźć pizzerii na co w tym momencie miałem ochotę. Jedyne co mi pozostało to udałem się na dworzec Sudbahnhof i złapałem pierwszy lepszy pociąg do Hochenau przy granicy czeskiej, gdzie znów przesiadłem się na pociąg do Breclav i tam znalazłem o 22 kamping. Przynajmniej na dworcu najadłem się do syta i zaopatrzyłem w prowiant, a nie chciało mi się już jeździć po Wiedniu i szukać noclegu. 132.9 km.
W Breclav rano też trochę wiało, z tym, że tym razem łapałem wiatr w plecy, a w dodatku świeciło słońce. Ruszyłem więc skoro świt przed siebie, z początku po płaskim terenie przez Moravy, który stopniowo, w miarę zbliżania się do Beskidów robił się pagórkowaty. Planowałem dotrzeć na kamping do Vsetina, ale była dopiero 16, pogoda dość dobra, i znaczy zapas sił, tak wiec jechałem dalej. Pogoda też się troszkę zmieniła i zaczęło straszyć deszczem, więc znów musiałem na zmianę zakładać i ściągać swój spadochron. W miarę upływu czasu i kilometrów, robiło się już powoli ciemno, chłodno, zaczęło mi brakować jedzenia i kończyło się picie. Kamping znalazłem dopiero we Frenstacie pod Radhostem, po 176, 2 km przejechanych w ciągu dnia. Rozbiłem sobie spokojnie namiot i wreszcie udałem się na upragnioną pizzę.
Ostatniego dnia miałem już niewiele do przejechania, jednak wciąż były to Beskidy i droga raz pięła się w górę, a opadała w dół. Szybko dotarłem do Frydka – Mistka, potem pojechałem boczną drogą na Cesky Tesin, gdzie przekroczyłem granicę i ponownie znalazłem się w kraju. Oczywiście asfalt pozostawiał wiele do życzenia, ale powrót do domu nie zajął mi już wiele czasu. Jeszcze na pożegnanie 10 km przed miastem, jakaś osa wleciała mi pod koszulkę i nieźle narozrabiała.
Mimo, momentami ogromnego zmęczenia, w palącym słońcu dnia, pod górę i w dół, z całym domem na bagażniku, stwierdzam jednoznacznie, że było warto. Choć po drodze wmawiałem sobie, że nigdy więcej, to choć ścięgna i kolano jeszcze bolą już planuję dokąd następnym razem. Choć do Węgier się troszkę zraziłem, głównie ze względu na język i te zakazy. Jednak Słowacja mimo, że bywam tam kilka razy do roku, ponownie wywarła duże wrażenie, przede wszystkim ze względu na przyjaźnie nastawione osoby spotykane po drodze. Czechy z kolei świetnie nadają się do uprawiania turystyki rowerowej, ze względu na wręcz idealne oznaczenia dróg. Na każdym prawie, że skrzyżowaniu w byle wiosce stoją drogowskazy, czego nie można powiedzieć o Węgrzech, a doskonale rozwinięta sieć ścieżek rowerowych, powoduje, że wielu naszych południowych sąsiadów uprawia ten sport. No a Austria to wiadomo, wszystko mówi samo za siebie. Wszystko perfekt, everyone English.
Serdecznie zapraszam na:
http://www.trekearth.pl/uzytkownicy/kefirm
http://picasaweb.google.co.uk/kefirm
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|