| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2009-03-08
|
|
autor: kefirm, Miłosz Maślanka |
Norwegia |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 509 razy |
Będąc w Rovaniemi pierwsze oczywiście odwiedziliśmy bibliotekę, nauczeni zeszłorocznym pobytem w tym kraju, że jest to dobre miejsce, gdzie można skorzystać z bezpłatnego dostępu do Internetu. Samo centrum to w zasadzie nic ciekawego, dlatego po szybkim przejściu przez nie pojechaliśmy do Arcticum, czyli muzeum polarnego, w którym obejrzeliśmy m.in. krótką prezentację zdjęć z Laponii, zapoznali z ciężkimi warunkami jakim stawiają co dzień czoła mieszkańcy i zwierzęta oraz zwiedzili inne ciekawe wystawy. Moim zdaniem warte odwiedzenia. Bilety normalne i studenckie odpowiednio 12 i 8 €. W Nappapiri, 4 km za miastem znajduje się słynna wioska Św. Mikołaja i równoleżnik 66°32``07`, czyli koło podbiegunowe, które śmiało można powiedzieć wyznacza granicę między nocą, a dniem. W wiosce oprócz kilku sklepów z pamiątkami znajduje się też mikołajowa poczta, skąd można wysłać kartkę tak aby doszła zaraz, bądź dopiero na święta. Pocztą zarządzają oczywiście elfy, a w pomieszczeniu obok przy biurku świętego można sobie spocząć, przebrać się w czerwony strój i czytać listy od dzieci z całego świata. Jak informuje tablica umieszczona za plecami, mikołaj otrzymał już 12,5 mln listów, z czego aż 700 tys. w samym 2007 r. Na 3 miejscu pod względem ilości wysyłanych jest Polska. Tuż obok mieści się jeszcze biuro Św. Mikołaja, w którym codziennie między 8, a 18 można spotkać sędziwego jegomościa i skąd steruje się również ruchem ziemi. Należy więc uważać by niepotrzebnie nie wywołać burzy lub deszczu ciągnąć za niewłaściwą gałkę. Mikołaj jako człowiek światowy wiedział oczywiście gdzie są Katowice, Warszawa, Gdańsk czy Poznań. Znał również R. Kubicę i A. Małysza, a i po polsku kilka słów umiał.
Po opuszczeniu stolicy fińskiej Laponii pojechaliśmy w kierunku Norwegii przez Szwecję z postojem w Kirunie, gdzie każdej zimy budowany jest hotel lodowy, a w lecie w pobliskiej lodowej fabryce produkuje się wielkie bloki lodu, które posłużą później do jego budowy. Kiruna słynie również, albo przede wszystkim z kopalni żelaza, którą można zwiedzać z przewodnikiem. Co ciekawe w najbliższych latach planuje się stopniowe przenoszenie miasta w związku z ekspansją kopalni w jego kierunku. Nawet niektórzy Szwedzi się temu dziwią. Jadąc dalej po ok. 90 km. jesteśmy już w Abisko, gdzie rozpoczyna się park narodowy o tej samej nazwie, z którego prowadzi tzw. ścieżka królewska o długości 435 km. do parku narodowego Sarek. Szlak przechodzi w pobliżu najwyższej góry Szwecji – Kebnekaise (2111 - 2123 m n.p.m. w zależności od grubości pokrywy lodowej), a wzdłuż niego są przygotowane miejsca biwakowe i chaty. Warto przejść choćby kilka kilometrów w górę rwącej górskiej rzeki poprzecinanej co licznymi przełomami. Po pewnym czasie marszu doliną telefon gubi zasięg i zostaje się na długi czas sam na sam z przyrodą.
Przy drodze w krajobrazie zaczynają dominować góry, które będą nam towarzyszyły przez następne kilka tysięcy kilometrów. Kolejny postój w Narviku, gdzie na cmentarzu poza miastem pochowani są m.in. żołnierze polscy, a na cmentarzu w centrum znajduje się upamiętniająca tablica. Przy Groom Plass z kolei stoi pomnik marynarza z zatopionego w ’40 r. ORP Grom. Z wznoszącej się nad miastem góry Fagnernesfjellet roztacza się przy dobrej widoczności ładny widok na okolicę. Widać stąd dobrze fiord i np. port przeładunkowy, dla rudy żelaza wydobywanej w Kirunie, który dzięki ciepłemu Golfsztormowi nigdy nie zamarza. Podejście mimo, że na wysokość 600 m. n.p.m. to jest ono dość konkretne, bo idzie się praktycznie z poziomu morza, tym bardziej jeśli się wybierze nie szlak, ale nartostradę bądź ścieżkę zjazdową rowerzystów.
Po południu, jadąc już w kierunku Lofotów wreszcie na dobre wychodzi słońce i w piękny sposób oświetla wznoszące się nad fiordami ośnieżone jeszcze wierzchołki gór. Mimo, że 17° C na zewnątrz to jest naprawdę gorąco, lecz na wieczór pogoda się niestety psuje, nadciągają chmury i wieje zimny wiatr. Był to nasz pierwszy bezdeszczowy dzień i jak się wkrótce okaże, wcale nie ostatni, bo pogoda na Lofotach bardzo nam dopisywała i ułatwiała ich poznawanie. Ich w miarę dokładnie zwiedzenie zajęło nam ok. 3 dni, a ponownie na stałym lądzie znaleźliśmy się w Bodø.
33 km za miastem tuż przy drodze nr 17 w cieśninie Saltstraumen, tworzą się jedne z najsilniejszych prądów pływowych na świecie, tzw. maelstromów. Cztery razy dziennie, dokładnie co 6 h, 400 mln3 wody przepływa z prędkością 20 węzłów przez liczącą 150 m szerokości i 3 km. długości cieśninę łączącą Saltenfjord i Skjerstandfjord. Zjawisko to przybiera na sile szczególnie w okresie przypływu oraz pełni i nowiu księżyca. Tworzące się wtedy dziesiątki wirów mogą osiągać średnicę 10 i głębokość 4 m.
Jadąc dalej szlakiem wybrzeża (droga nr. 17), na którym jest już znikomy ruch i można spokojnie podziwiać otwierające się za każdym zakrętem panoramy. Szlak wybrzeża jest bardzo zbliżony do krajobrazu Lofotów, jednak góry już nie wyrastają prosto z dna morskiego i mimo swojego również ogromnego piękna w porównaniu z tym północnym archipelagiem, już tak nie zachwyca. Po ok. 7 km. za Svartistunellen, naszym oczom ukazuje się najbardziej popularny jęzor lodowca Svartisen – Engenbreen, do którego z Holand kursują regularnie łodzie przez Holandfjord. Widać go również podczas 10 min. przeprawy promowej przez tenże fiord z Jektvik do Kilboghamn – jednej z dwóch koniecznych do przebycia tego górnego, 217 km. odcinka drogi nr. 17.
Podczas następnej, godzinnej przeprawy przekroczyliśmy ponownie koło podbiegunowe, a wzdłuż jednej z burt zaczęły wyskakiwać z wody delfiny czy cokolwiek to było. Opuszczając już szlak wybrzeża i skręcając w Mo i Rana na drogę E6 po ok. 30 km. zatrzymujemy się przy ładnym choć niewysokim wodospadzie, który podobno słynie ze skaczących w górę na tarło łososi. Przy tej drodze znajduje się jeszcze kilka wodospadów, ale my odwiedzamy jeszcze tylko Tommorefossen, ok. 140 km. przed Trondheim. Zza przychmurzonego nieba ukazało się słońce i rzuciło blask na szalejącą przy wodospadzie wodę tworząc kolorową tęczę. Cała Norwegia to kraj rzek i wodospadów i gór, a z pod topniejących śniegów, po skałach spływają czy to drobne strużki, czy też ogromne ilości wody tworząc niezliczone ilości wodospadów i rzek mieniących się rozmaitymi kolorami. Nie sposób zliczyć ile takich wodospadów widziało się jednego tylko dnia.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2009-12-07 23:13:49 | gość: Łukasz
| Nie 55% tylko 55‰, czyli 5,5%. Tory o takim nachyleniu na dystansie 20km doprowadziłyby na wysokość ponad 24 000m, a nie 864m.
Pradziwe informacje techniczne na:
http://www.flaamsbana.no/eng/Index.html
|
|
|
|