| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2009-03-08
|
|
autor: kefirm, Miłosz Maślanka |
Norwegia |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 509 razy |
Wjazd do Trondheim jest płatny (25 NOK), a samo miasto nie jest ani duże, ani zbyt ciekawe. Warta uwagi jest XII w. katedra Nidaros - największa w Skandynawii, tudzież stary most Gamle Bybro w kolorze czerwonym – drugi symbol miasta umieszczany na większości pocztówek. Miłośnicy sportu i nie tylko mogą się udać pod skocznie narciarskie w Granasen, na której obecnie na rozbiegu zamiast igielitu zakładana jest porcelana. Dalej na południe mija się park narodowy Dovrefjel, gdzie jest najbardziej zróżnicowany ekosystem górski w Europie i żyją tam dziko m.in. łosie, renifery czy woły piżmowe. Od Dumbasu jedziemy znów w górę również piękną, jak wszystko w tym kraju doliną Romsdalen, aż do słynnej drogi Troli, czyli podjazdu o nachyleniu 10% i 11 ostrych, 180° zakrętach. Droga jest czynna od maja do końca sierpnia i stanowi jedną z większych atrakcji turystycznych. Przed wjazdem stoi jedyny taki znak ostrzegający przed trollami, a w połowie jej wysokości przerzucony jest kamienny mostek nad wodospadem Stigfossen, gdzie każdy przystaje na chwilę i robi zdjęcia. Warto jednak zatrzymać się podczas zjazdu w dół, przy kilku luźno rozstawionych domkach, pokrytych trawą na dachu i podejść kilkanaście metrów w górę strumienia do wodospadu. Nie jest on może wielki, ale przy dobrym oświetleniu wraz z kamiennym mostem robi ładne wrażenie. Na dole po zjeździe czeka nas kolejna – 10 min. przeprawa promowa, kolejny podjazd i oto naszym oczom ukazuje się pierwszy raz słynny fiord Geiranger w otoczeniu strzelających pionowo do góry skalnych ścian. Jeszcze tylko jeden zjazd na dziś, tym razem Drogą Orłów – nachylenie 10% i jesteśmy w wiosce na dole. Warto mieć wcześniej zarezerwowany jakiś nocleg, ponieważ jest to typowe miejsce w harmonogramie wizyt po Norwegi, a zasada jest taka, że im później zjeżdża się na nocleg, tym trudniej znaleźć cos wolnego. Za wszystkie natomiast kampingi można spokojnie płacić kartą. To samo tyczy się większości atrakcji turystycznych, przepraw promowych czy sklepów. Wyjątkiem jest bodajże Rema. Warto mieć przy sobie jednak różne rodzaje kart, ponieważ niektóre automatyczne stacje benzynowe nie akceptowały zazwyczaj którejś, a odległości między niektórymi stacjami w górach są naprawdę znaczne. Mimo ciepłego wieczoru noc w namiocie była troszkę chłodna i niestety przychmurzyło się. Rano udajemy się na rejs po Geirangerfjord podczas, którego mijamy kilka wodospadów, m.in. Welon ślubny, Siedem sióstr i spadający z przeciwległej ściany Zalotnik, a także opuszczone farmy, ostatnie w latach ’60 ubiegłego wieku. Na stromych zboczach klifu, niegdyś mieszkano, uprawiano ziemię, polowano i łowiono ryby w morzu. Żyjący tam ludzie byli całkowicie samowystarczalni. Dzieci podczas zabawy przywiązywano do palików by nie spadły, a poborcom podatkowym zagradzano drogę ogromnymi głazami i wracali oni z pustymi rękami. Fiord jest na tyle głęboki (258 m.), że swobodnie wpływają do niego pełnomorskie statki pasażerskie, które cumują tuż obok małych żaglówek i motorówek.
Tuż nad wioską, po 30 minutach marszu w górę można dojść do wodospadu, którego atrakcją jest to, że da się go obserwować od środka, zza spadającej ściany wody. Wydostanie się z Geiranger drogą lądową jest możliwe tylko przez góry, tak więc jedziemy dalej następnym odcinkiem Złotej Drogi, aż do jeziora Djuprane, które w połowie wciąż pokryte jest lodem, a śnieg leżący na poboczu przewyższa jednokrotnie wysokość samochodu. Za 75 NOK jest jeszcze możliwość wjazdu na szczyt Dalsnibba ( 1495 m.n.p.m.), z którego rozpościera się widok na fiord Geinranger, a kawałek dalej na płacie śniegu w dolinie, pierwszy raz zauważamy wylegujące się renifery. Po podejściu do nich bliżej z aparatem trochę się spłoszyły.
W miejscowości Lom, stoi duży i dobrze zachowany kościół typu stav. Zbudowany pod koniec XII w. i rozbudowany w latach późniejszych do dzisiejszego kształtu. Z Lom na południe biegnie droga nr 55 zwana Sognefjell, wiodąca przez góry wzdłuż parku narodowego Jotunheimen, w którym wznosi się ponad 250 szczytów przekraczających 1900 m. n.p.m. a wysokie partie gór są pokryte lodowcami, których liczba przekracza 60. Sognefjellsvegen prowadząca z Lom do Sondal została stworzona specjalnie z myślą o turystach, którzy chcieli by zwiedzieć Jotunheimen bez wysiadania z samochodu. Droga przez dach Norwegii jest najwyżej położonym szlakiem drogowym Skandynawii i wspina się na wysokość 1434 m. n.p.m. w punkcie widokowym Fantestein. Na wysokości Røisheim można również skręcić na Visdalen i płatną drogą dojechać do schroniska Spiterstulen skąd w odległości dnia wędrówki wznosi się 17 szczytów sięgających ponad 2300 m. n.p.m., skręcając natomiast w Galdestrand można dojechać do schroniska Juvassytta ( 1800m. wys.) skąd można się udać na najwyższy szczyt Skandynawi - Galdhopiggen (2496 m.). W miarę podjazdu do góry drogą 55 zaczynają nam się ukazywać ośnieżone górskie szczyty, a przy drodze ponownie zalegają kilkumetrowe warstwy śniegu, które raczej nie zdążą już stopnieć do jesieni. Jeszcze tylko kilkanaście serpentyn w dół karkołomnego zjazdu i znów jesteśmy na poziomie morza.
Odbijając w Gaupne z głównej drogi po ok. 30 km. dojeżdżamy pod lodowiec Jostedalsbreen (486 km2), a raczej jeden z jego wielu jęzorów, przypominający literę „S” – Nigardsbreen. Lodowiec ten stopniał całkowicie ok. 5000 lat temu podczas ostatniego globalnego ocieplenia, a swój największy rozmiar osiągnął podczas tzw. małej epoki lodowcowej ok. 1750 r. Według najnowszych badań nie grozi mu zmniejszenie, bo wpływ ma nie tylko temperatura, ale również opady śniegu, które w ostatnich latach są znaczne. Z pod informacji turystycznej i parkingu można dojechać pod lodowiec płatną drogą (25 NOK) lub przejść pieszo przez morenę czołową pełną głazów i kamieni pozostawionych przez lodowiec. Po jakichś 40 min. docieramy do następnego parkingu skąd jeszcze bliżej do lodowca można podpłynąć łodzią lub iść kolejne 30 min. Jostedalsbreen jest nie tylko największy w Europie, ale od innych lodowców różni się tym, że ma czysty kolor mieniący się niezliczonymi odcieniami błękitu. Pod samo czoło lodowca teoretycznie nie można podchodzić, bo jest w ciągłym ruchu i w każdej chwili może się oderwać kilkumetrowa bryła lodu, jednak nikt się tym raczej nie martwi i podchodzi najbliżej jak się da by zrobić powalające znajomych zdjęcia. Po samym Nigardsbreen organizowane są wycieczki z przewodnikiem o różnym stopniu trudności.
W Laerdal czeka na nas kolejny prom, a później przejazd najdłuższym obecnie tunelem świata długim na 24,5 km. W tunelu tym zastosowano białe światło, które uznano za bliższe dziennemu, a co 6 km. znajdują się powiększone groty z niebieskim i zielonym światłem mającym wybić z monotonii jazdy. Działa także specjalne tunelowe radio, telefony komórkowe, ponieważ umieszczono w nim nadajniki.
We Flam podobnie jak w Geiranger warto mieć zarezerwowany nocleg wcześniej, lub będzie trzeba bardzo intensywnie go poszukiwać, np. we wsiach wcześniej. Rano ruszyliśmy słynną Flamsbana do Myrdal. Pociąg pokonuje długość 20 km. i różnicę poziomów 836,5 m. Prawie 80% torów ma nachylenie 55,56%, a bezpieczeństwo zapewnia 5 niezależnych systemów hamowania. Na całej trasie zbudowano aż 20 tuneli o łącznej długości 6 km, z czego 18 z nich wykopano ręcznie. Natomiast wydrążenie 1 m. zajmowało robotnikom miesiąc. Dobrze jest zająć sobie miejsce w wagonie 6-7 po lewej stronie, ponieważ gdy pociąg staje przy wodospadzie Kjosfossen to okna tego wagonu znajdą się vis à vis. W Myrdal można się przesiąść na pociąg kursujący do Bergen lub Oslo, albo po prostu zejść pieszo z powrotem do Flam – 21 km. Oczywiście znów co rusz to wodospad, i skąd inąd płynące górskie potoki. Po zejściu na parking kierujemy się w stronę Bergen szukają po drodze jakiegoś kampingu. Jak się jednak okazuje szosa prowadzi samym skrajem fiordu i częściej wiedzie tunelami niż odkrytą powierzchnią. Dopiero kilkanaście kilometrów przed samym miastem robi się bardziej płasko i znajdujemy dogodny, w miarę pusty kamping.
Następnego ranka wybieramy się na zwiedzanie Bergen, drugiego co do wielkości miasta norweskiego, którego mieszkańcy mówią o sobie, że nie są z Norwegii tylko z Bergen, co ma odbicie m.in. w produktach na targu, gdzie napis czy metka głosi właśnie „Made in Bergen”. Co więcej, w mieście tym pada przez 260 dni w roku, nam się jednak trafiła całkiem ładna pogoda. Moim zdaniem, w centrum warto przede wszystkim zwiedzić Bryggen – ulicę z hanzeatycką zabudową wpisaną na listę UNESCO oraz targ. Koniecznie rybny, na którym można nie tylko kupić, ale zdegustować wędzonego mięsa wieloryba czy łososia (całkiem smaczne), bądź krewetek (gorzej wygląda niż smakuje, kolor i kształt dżdżownicy, smak kurczaka). Mięso wieloryba można kupić tylko tu i w Japonii. Co więcej, sprzedawcy na poszczególnych straganach mówią w przeróżnych językach wschodnio, środkowo, północno i zachodnioeuropejskich, a także niektórych azjatyckich. Po krótkiej wizycie opuszczaliśmy Bergen i kierowaliśmy się na dół w stronę sztandarowego punktu w planie wycieczek po Norwegii – Prekestolen. Po drodze czekały nas jeszcze kolejne dwie przeprawy promowe i zatrzymaliśmy się również przy podwójnym wodospadzie Latefosen, który pojawia się czasem na widokówkach z kraju trolli. Pogoda wciąż nam dopisywała, może i nie świeciło non stop, ale jeśli już padało to tylko podczas jazdy samochodem lub w nocy. W dzień było zawsze ładnie i ciepło.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2009-12-07 23:13:49 | gość: Łukasz
| Nie 55% tylko 55‰, czyli 5,5%. Tory o takim nachyleniu na dystansie 20km doprowadziłyby na wysokość ponad 24 000m, a nie 864m.
Pradziwe informacje techniczne na:
http://www.flaamsbana.no/eng/Index.html
|
|
|
|