| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-03-08
|
|
autor: Gacus, |
Liban i Syria |
|
| ocena: 4.20 | przeczytano 461 razy |
BEJRUT - luksus wśród ruin
Dzień po przylocie do Syrii podjęliśmy wspólną, męską decyzję, że opuszczamy na 2-3 dni gościnny
ten kraj i udajemy się do Libanu. Co do wjazdu do tego drugiego, sytuacja jest następująca:
przysługują bezpłatne wizy tranzytowe do 48 h, co w praktyce oznacza, że można wjechać o godz.:
00.01 np. 1 stycznia i wyjechać o 23.59, 3 stycznia, daje to pełne 3 dni. Marcin nie dowierzał, bo
myślał, że wpisują dokładną godzinę i minutę wjazdu i ze stoperem i batami czekają, aż ją
przekroczysz po czasie, ale ja swoje wiedziałem. Na stronach Ministerstwa SprawZagranicznych Syrii
wyczytaliśmy, że obywatelom Polski przysługują dłuższe wizy bezpłatne, ale jak się potem okazało,
dotyczy to tylko przybywających samolotami. Busy do Bejrutu odjeżdżają z Baramke Garage, co chyba
po syryjsku oznacza dworzec. Tam się skierowaliśmy i od razu niespodzianka: mimo że miały odjeżdżać
co 15 minut, to panie w informacji oświadczają kategorycznie, nie przerywając cerowania sweterków,
że "noł bus to Bejrut!". Przez kilkanaście sekund odbijamy piłeczkę, mówiąc, że "jes bus to
Bejrut", ale w końcu pasujemy. Na szczęście od razu po wyjściu przejmują nas miejscowi stacze,
którzy przerzucają nas z rąk do rąk jak worki ziemniaków i po 5 minutach stroimy już przy właściwym
busie.
Nie wiemy jak to się dzieje, ale na Bliskim Wschodzie człowiek szybko staje się ufny. Tu nasza
ufność dała o sobie znać tym, że jak pocieszni przedszkolacy Jacuś i Marcinek oddaliśmy nasze
paszporty pierwszemu lepszemu typowi, który gdzieś zniknął, pojawiając się jednak zaraz z biletami
w rękach (5$ za sztukę). Ruszamy, ładujemy się na sam tył, jest fajnie, miejscowi co chwilę patrzą
na nas z zaciekawieniem, dziewczęta w czadorach puszczają oczka, szkoda, że tylko w rajstopach. Po
stronie syryjskie dwa godne odnotowania wydarzenia, które mocno nami wstrząsnęły: a) samochody
jadące autostradą pod prąd, co będzie nam towarzyszyło przez cały już pobyt b) światła na
autostradzie, bądźcie czujni, bo nigdy nie wiadomo, kiedy bus będzie musiał na pięćdziesięciu
metrach zwolnić do ze 110 do zera... Dojeżdżamy do granicy, stoi już przed nią kolejka żółtych
Chevroletów, Syryjczycy lubią wyskoczyć sobie taryfą do sąsiadów zza gór, powiedzcie mi, ilu
Polaków jeździ w ten sposób do Pragi??? Pewni siebie, cykamy fotkę za fotką, mimo że wokół roi się
od wojskowych.
Pewność siebie tracimy, kiedy okazuje się, że Marcin zgubił tzw. Exit Card, którą dostaje się przy
wjeździe do Syrii. Jest panika, ja prorokuję, że mogą go zabrać do Guantanamo, on twierdzi, że
będzie tylko czekał na granicy do czasu jak wrócę, przezornie jednak wciska mi do ręki 50 dolarów i
mówi: "zaopiekuj się moją rodziną i powiedz, ze ich kochałem, choć nigdy tego im nie mówiłem."
Kończy się jednak na 2 $ kary i znalezieniu tej karty w plecaku, już chwilę za granicą... Widać, że
granica budzi w nim strach i zdenerwowanie, czyżby to pamięć po licealnej lekturze??? Sakramentalne
"Welcome to Syria" kończy pierwszy etap naszej syryjskiej przygody. To dopiero początek, po granicy
syryjskiej następują 2 km ziemi niczyjej i dojeżdżamy do posterunków libańskich. Widać na czyim
pasku chodzą, amerykańska broń i mundury, Wranglery pod budą strażników.
Wpadamy jak po swoje, widzą kto my, bo od razu kierują nas do okienka dla dyplomatów. Chcemy
dłuższe wizy, straszymy generałem Szwajri (naczytaliśmy się na forum, że to nazwisko powoduje w
Libanie drżenie łydek), ale dostajemy 2 razy po 48. Na Bliskim Wschodzie zupełnie inaczej wygląda
odprawa paszportowa: zgraja facetów przepycha się do kamiennego kontuaru, podwyższonego półmetrowej
wysokości szybą. Między szybą, a tym kontuarem szpara, przez którą klienci wypychają paszporty do
odprawy. Mundurowi siedzą po drugiej stronie i wszystkich mają w ...nosie. Teraz najciekawsze. Co
jakiś czas mundurowy (po wklepaniu danych do komputera i wbiciu stempla) wykrzykuje czyjeś imię, a
po chwili rzuca w górę (trajektoria balistyczna) paszport, który przelatuje nad szybą i ląduje w
kłębiącym się tłumie Arabów. Wtedy z tej bandy wyskakuje, jak pies za rzuconą kiełbaską, jeden z
nich i chwyta w locie swój paszport. Szczęśliwcowi pozostaje już tylko wycofać się ze zbiegowiska i
oddać miejsce następnemu. Tłum momentalnie zapełnia powstałą lukę i ciągle napiera na okienko...
Jesteśmy w Libanie, wokół leży śnieg, bo to 2500 m n.p.m. Na odcinku, nie wiem, 80 km, trzeba
zjechać nad samo morze, więc praktycznie cały czas zjeżdżamy, ratując dobytek współpasażerów swoimi
ręcami, bo jak wiadomo, leży za naszymi plecami ułożony warstwami. Krajobraz zmienia się
niesamowicie szybko, Libańczycy chwalą się tym, że jako jedyni na świecie do południa mogą jeździć
na nartach, a po południu pluskać się w Morzu Śródziemnym. Nie chce ich denerwować, ale Hiszpanie z
okolic Malagi i Sierra Nevada też mogą.
BEJRUT - to miasto ma swoją duszę. Całkowicie zniszczone podczas wojny domowej, która
toczyła się między chrześcijanami, a muzułmanami, apogeum której przypadło na lata 80-te. Od tego
czasu sporo się tu zmieniło, na powrót staje się finansowym centrum Bliskiego Wschodu, choć rany
widać na każdym kroku. Kosztem wielu miliardów dolarów odbudowano całe Downtown, ciągle jednak
straszą kikuty zniszczonych budowli. Najnowsze modele Hummerów i Mercedesów kontrastują z wybitymi
szybami kamienic. No nic, próbujemy się zalogować w jakimś hotelu, ponoć brakuje tu tanich, ale my
za 12 $ za dwójkę znajdujemy Al Shahbar, melinę prowadzoną przez dziadków żywcem wyjętych z
kubańskiego klimatu dekadencji. Wychodzimy od 16 $, ale gdy okazuje się, że nie ma tu ogrzewania,
zbijamy o 4, choć wydaje mi się, że dałoby się i więcej. To i tak chyba sukces, bo ciężko było
nawiązać kontakt z recepcjonistą, bardzo zajęty był bowiem miejscową kanastą czy innym brydżem.
Miasto chyba jest dość bezpieczne. Na każdym, powtarzam każdym rogu stoi albo ochroniarz albo
żołnierz ze strzelbą. Non-stop patrole zaglądające z lusterkiem pod auta, panowie w hipermarketach
sprawdzający plecaki. Jest chyba czego chronić, bo tyle Beemek nie widziałem w Monachium, a tylu
Jaguarów w Londynie. Cieszę się, bo panie w Intercontinentalu wzięły mnie za swojego, a ja tylko
wstąpiłem po mapkę. Z tego hotelu luksus wylewał się oknami i drzwiami, jak zwykle skromny Marcin
stwierdził, że on zostanie przed, pooglądać podjeżdżające szejkówny (z tego co się domyślam miał
plan rzucenia się pod koła i brania na litość). W Bejrucie bardzo ciekawy jest Uniwersytet
Amerykański. Uczęszczają do niego miejscowe bananowe chłopaki, jak również bardzo ładne i światłe
dziewczyny. Udajemy się tam niby pooglądać architekturę, ale kto uwierzy... Generalnie czesne
wynosi kilkanaście tysięcy dolarów za rok, w zależności od kierunku, ale kto skończy tą szkołę, ten
naprawdę ma życie jak w ... Bejrucie. Campus dla mnie żywcem wyjęty z Beverly Hills 90210, Marcin
upiera się przy Harvardzie. Położony na wzgórzu, dysponuje własną plażą, amerykańską ochroną,
kortami tenisowymi, ciekawym parkiem z jeszcze ciekawszymi drzewami. Naprawdę, bardzo przyjemnie
musi się tu studiować!
Przy uliczce naprzeciwko uniwerka usadowiły się McDonald's, KFC, Dunkin Donuts, gdyby ktoś miał
wątpliwości jakiego stylu życia tu uczą. Poznajemy jakieś licealistki, które wskazują nam drogę do
czegoś tam, na fali hossy postanawiam wypożyczyć samochód, którym zamierzamy zwiedzić jutro
południe Libanu. Powiemy szczerze: mieliśmy wątpliwości natury moralnej, ponieważ, czy
backpackers'om przystoi wypożyczać samochód??? Backpacker's ma przecież żywić się robalami,
podróżować na zderzaku, ewentualne na osiołku, unikać wydawania pieniędzy i wykłócać się z
kambodżańskim dzieckiem, czy jego noga na pewno została urwana przez minę. Wyniesione z domów
umiłowanie do luksusu bierze górę. Znajdujemy sobie Car Rental, jest w centralnym punkcie miasta.
Sytuację komplikuje fakt, że jest sobota i chcą nam wypożyczyć samochód na całe 2 dni, a po co nam
to?? Pani ze zdziwieniem patrzy na kolesi, którzy targują się o każdego dolara. W końcu staje na
40, wychodzimy z siebie i mimo że w niedzielę mają zamknięte, to specjalnie dla nas brat tej miłej
niewiasty (notabene o aparycji nasuwającej skojarzenia z najstarszym zawodem) odbierze wieczorem od
nas samochód.
Nie da się ukryć, czar działa. Widzę, że trochę pękają, jak im mówimy, że jedziemy na południe
gdzie jeszcze niedawno latały rakiety, pukają się w czoło jak stwierdzamy, że w jeden dzień zrobimy
60% Libanu i robią gały, kiedy się okazuje, że suma przejechanych przez nas automatikiem kilometrów
równa się 10, ale w końcu dają kluczyki. Pusty śmiech wzbudza pytanie, czy tu autostrady są płatne,
no ale rzeczywiście nie było to pytanie na miejscu, w regionie gdzie w wielu krajach nie ma w ogóle
podatków. Jak zwykle zgrywamy cwaniaków, ale nowiutkim Nissanem Sunny nie idzie w ogóle wyjechać.
Głupi ja, głupi, myślałem, że jak pomrugam migaczem, to się włączę do ruchu. W końcu ruszyłem, ale
się z fotela kierowcy na fotel pasażera, a Marcin ruszył, choć minę miał nietęgą.
Powiem Wam, że Polakom nietrudno się przystosować do ruchu. Po dobrej godzinie jazdy już bez
żadnych zahamowań dajesz na czerwonym, skręcasz w prawo ze skrajnie lewego pasa, zapominasz o
kulturze na drodze, zapinaniu pasów, włączaniu kierunkowskazów. Bujamy się po mieście, jest super,
robię małą grandę na stacji, bo myślałem, że benzyna będzie zdecydowanie tańsza (jest po 2,40 zł),
w końcu trafiamy do miejscowego Społem. Tam Marcin poznaje Palestynkę, która musiała prosić o azyl,
otacza ją swoją opieką i zainteresowaniem, a że jest to "mocna ósemka" traktujmy tylko w kategorii
przypadku, bo wiemy jak Marcin z sercem na ręku do każdej podchodzi... W poczuciu dobrze
spełnionego obowiązku wracamy do hotelu, a że gubiąc się po drodze ze 30 razy, to już temat na inne
opowiadanie...
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2010-08-06 18:32:42 | gość:
| HAHA ALE SUPER
|
|
|
|