| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-03-08
|
|
autor: Gacus, |
Liban i Syria |
|
| ocena: 4.20 | przeczytano 461 razy |
POŁUDNIE LIBANU - na osia zła
Nasz drugi, czyli ostatni do opisania, ale nie ostatni na tamtej ziemi dzień w Libanie zaczynamy
naprawdę z kurami. Po części wzięło się to z tego, że mieliśmy objechać całą południową część
pięknego tego kraju, a po części, bo było francowato zimno w pokoju. Problemem Bliskiego Wschodu
jest to, że tylko w styczniu i trochę w lutym i grudniu jest dość, jak na tamte warunki chłodno.
Temperatura spada do 5,6 stopni w nocy, zdarzają się także przymrozki. Nie ma tych dni jednak na
tyle dużo, żeby opłacało się tworzyć jakieś choćby podwaliny systemu ogrzewania. Nie do rzadkości
należały więc chwile, kiedy spaliśmy w polarze, śpiworze i pod kocem, namiastkę wypraw z Markiem
Kamińskim przeżywając w Krak de Chevaliers, gdzie Marcin spędził noc pod 5 warstwami, dającymi
dopiero ciepło i ukojenie...
Wracając do meritum. Z hotelu próbujemy wydostać się po angielsku. Naszły nas myśli, żeby z racji
tego, że nie donieśli piecyka, zostawić właścicielowi zamiast umówionych 12 $, trochę mniejszą
kwotę - 8 $. Próbujemy wydobyć spod jego poduszki klucze, niestety skurczybyk się budzi. Motyla
noga, no nic, czas nas goni, nie ma co kruszyć kopii, staje na tych 12-tu. Naszym wypożyczonym
dzień wcześniej Sunny'm robimy poranną przejażdżkę po opustoszałym Bejrucie - z racji
chrześcijańskiego charakteru miasta, to właśnie niedziela, a nie piątek jest tu dniem wolnym od
pracy. Wpadamy do jednego z niewielu lokali, gdzie można kupić kawę i coś do jedzenia, chyba
jesteśmy jedynymi, którzy za ciepły posiłek tu płacą. Resztę klientów stanowią żołnierze i
policjanci z amerykańską bronią przewieszoną przez ramię, która jest swego rodzaju talonem lub też
kuponem jakie w McDonaldzie na Szewskiej kiedyś dawali. No cóż, Bacon stwierdził, że "ten ma
władzę, kto ma wiedzę", ale w Libanie władzę ma chyba ten, kto ma guna...
Po posiłku ruszamy na południe Libanu. Jawił się nam ten obszar jako miejsce, gdzie tomahawki
latają w powietrzu i na który Izraelczycy wysłali kilka rakiet pod koniec grudnia, a więc 2
tygodnie przed naszym przybyciem. Sporo też nasłuchaliśmy się o osławionych grozą checkpointach,
które mimo że nie miały być tak groteskowe, jak te w okolicach Groznego, gdzie żołnierze rosyjscy
za papierosy sprzedają czołgi i amunicję, to jednak ponoć miały wywoływać sporo nagromadzonych w
nadmiarze, w mężczyznach lat 24, emocji. Na południe biegnie bardzo przyjemna, nadmorska,
trzypasmowa autostrada. Umowa jest jednak taka, że podróżuje się okrakiem między dwoma pasami, o
dziwo nie przekraczając 110. Kontrolnie wysyłamy SMS'y do Polski, złośliwie, bo złośliwie
informując, że u nas OK i że temperatura sięgnęła 20 kresek (w Polsce -10). Południowy Liban to
mikroklimat, nawet w styczniu w przydrożnych sadach widać było leniwie rosnące pomarańcze i inne
cytrusy.
Zjeżdżamy do Bettedine, letniej rezydencji prezydenta Libanu. Od razu jest pierwszy checkpoint,
emocje sięgają zenitu. Hamujemy, atmosfera jest dość nerwowa, zaczynają się pytania, a gdzie, a do
kogo, a po co. Porucznik albo i sierżant, dowódca checkpoint'a, prawie mi zęby chce wybić
przyłożoną do twarzy lufą, ale staram się nie dawać poznać po sobie strachu - w końcu 20 lat
przewoziłem w bagażniku BMW-u Marcina krem NIVEA do RFN-u. Oglądają samochód, ale w końcu się
udało, przejeżdżamy, znów dostaniemy prowizję za przewiezionych pod podwoziem Chińczyków
pracujących przy wyrębie cedrów. Chyba pora zmienić zawód, bo ileż można wmawiać rodzinie, że
jedziemy na wyjazdową sesję kursu szydełkowania. Generalnie nie jest tak źle, pokonywanie
checkpointów polega na sprawdzeniu dokumentów, wypytaniu o cel podróży i na pobieżnym obejrzeniu
samochodu, ale że wyglądaliśmy jak bojówki Hamasu...
W Libanie niesamowite są bardzo drastyczne zmiany wysokości n.p.m., co odbija się trochę na
spalaniu paliwa. Nagle, z poziomu słonej wody, lądujemy na 1000 m n.p.m, krajobrazy wzięte żywcem
jak z okolic Turbacza. Trafiamy do Pałacu Prezydenckiego, gdzie pod czujnym okiem George'a Clooneya
w mundurze i z bronią (chyba dorabiał sobie tam do emerytury!) kupujemy bilety (oczywiście prosząc
o zniżki, nie przyniosło to wielkiego skutku, bo w Libanie ulgi często dotyczą tylko miejscowych
studentów). Nie wychodzimy jednak na tej wizycie najgorzej, bo przejmuje nad nami opiekę sam
dyrektor kompleksu. Bardzo miły pan, w jego gabinecie prowadzimy interesującą konwersację na temat
spraw egzystencjonalnych, charakterystyczną dla osób na tzw. poziomie.
Nawiązujemy nić porozumienia, Dyrektor zaprowadza nas nawet do najbardziej zakazanych i
tajemniczych miejsc w pałacu. Pokazuje ciekawe miejsce, mozaikę w suficie, dopiero patrząc w
odpowiedni sposób można dostrzec krzyż, umieszczony tam w tajemnicy przez chrześcijan, gdy pałacem
i całym Libanem władali muzułmanie. Pan Dyrektor jest bardzo miły, ma fizjonomię Jean-Paula
Belmondo, Marcin stwierdza, że musi mieć piękne i bardzo interesujące córki, to się nazywa czytanie
miedzy wierszami. Była okazja poznać, bo zapraszał następnego dnia na masaż w arabskiej łaźni, ale
nie mogliśmy skorzystać. Szczyt konfidencji pokazał, gdy przyciszonym głosem zezwalał na fotki, gdy
wokół aż roiło się od znaków "NO PHOTO!", postawionych notabene na jego żądanie. O Pałacu w
Bettedine można by mówić wiele dobrego, szkoda, że jak zwykle łapę położył na takiej atrakcji
prezio. W stylu przypomina Alhambrę w południowej Hiszpanii, nie ma się co dziwić, bo była ona
zaprojektowana i zbudowana właśnie przez Arabów.
Po wizycie w pałacu ruszamy dalej, odgrywamy małą scenkę okolicznościową na opuszczonym
checkpoincie, poszła fama, że nadjeżdżamy. Pokonujemy kilkanaście kilometrów w góry, gdzie już
mocno śnieg leży, a wszystko to robimy, bo chcemy zobaczyć cedry. Być w Libanie i nie zobaczyć
cedrów, to jak być na Placu Pigalle i nie ... spróbować kasztanów. Misję uznajemy za zakończoną,
gdy namierzamy drzewa, które wyglądają jak cedry, a stwierdzamy ich tożsamość na podstawie
pieczątek wjazdowych w paszporcie (są na nich właśnie te drzewa).
Nasz Nissan ciągnie jak PeKaEs do Kielc, umiejętności kierowcy bardzo mu przy tym pomagają, już po
45 minutach jesteśmy z powrotem na wybrzeżu śródziemnomorskim, miejscowość Sidon. Sidon to bodajże
czwarta pod względem ludności miejscowość w Libanie. Okna otwarte, zimny łokieć, w tle lecą Uniting
Nations, a my wjeżdżamy do miasta, którego największą atrakcją jest Sea Castle. Zamek zbudowany
prawie tysiąc lat temu, którego rolą było bronić miasto przed wyprawami krzyżowców. Zamek na
wodzie, po 3$ za łebka bilet, nie wchodzimy więc do środka, tłumacząc się przed sobą, że pewnie
zaraz się zawali i zatonie (pamiętajcie, że stoi tu już tysiąc lat).
Zagłębiamy się za to w przepiękne stare miasto, pełne wąskich uliczek i ukrytych meczetów, życie i
czas jakby stanęły tu kilkaset lat temu. Co chwile mijamy a to salon golarza, a to małą masarnię,
sklep z przyprawami czy handlarza bananów (1/6 dolara za kg, to chyba nieźle, banany z poletek
miejscowych działkowców). Chwila zadumy w jednym z meczetów, oczywiście ściągając przed wejściem
obuwie. Modlący się ludzie nie wyglądają na terrorystów. Z żalem musimy odmówić miejscowemu
dziadkowi zaproszenia na fajkę wodną, czeka już na nas dalsze południe Libanu.
Naszym celem był Beaufort Castle, zamek położony na granicy Syrii, Libanu i Palestyny. Jedziemy tam
z zamiarem zdobycia tej twierdzy, ponoć "nie do zdobycia". Widać, że jesteśmy na gorących terenach,
na przydrożnych znakach co chwilę wiszą wielkie portrety miejscowych męczenników, którzy zginęli w
samobójczych zamachach za wiarę i za ideę. Gdy już nam się wydaje, że jesteśmy na miejscu, 1000 m
przed zamkiem górującym nad okolicą pojawia się uzbrojony po zęby checkpoint. Biorą dokumenty i po
chwili stanowczym, acz kulturalnym tonem stwierdzają, że nic tu po nas i pora wracać. Dowódca
oddziału każe zrobić w tył zwrot, przez myśl przechodzi mi by wcisnąć gaz do dechy i zdobyć tą
twierdzę, ale obawiam się, że byłaby to ostatnia taka twierdza w mym krótkim, acz pięknie przeżytym
żywocie. Jest nadzieja, każą nam jechać na sąsiedni posterunek, kilkanaście kilometrów toczymy się
przez piękne pagórki, rodem z "Ukrytych pragnień" i krajobrazów Toskanii. Szukamy miejscowej Liv
Tyler, a tymczasem zjawiamy się na wspomnianym checkpoincie, gdzie wiedzą już o naszej sprawie.
Dostajemy nakaz wizyty w General Security w Sidon, jeśli chcemy w ogóle wjechać w te okolice.
Chcielibyśmy bardzo , z tym, że w życiu już dużo rzeczy chciałem, miało być jak nigdy, a wyszło jak
zawsze.
Główną "atrakcją" tamtych rejonów był obóz wojskowy Hezbollahu i Fatima Gate - miejsce, gdzie
wściekli Libańczycy i Syryjczycy mogą rzucać kamieniami w kierunku ziem izraelskich i gdzie często
to robią, bo nienawiść do tego kraju jest dość powszechna na Bliskim Wschodzie, choć są to bardziej
konflikty na szczeblu rządów, a nie zwykłych ludzi, którzy chcą żyć w pokoju i względnej chociaż
przyjaźni... No cóż, nie udało się tym razem, może kiedyś się uda?? Twierdza BC więc nie zdobyta!
Skrajne południe. Dostajemy się tam nie wiem jakim cudem. 3 razy spotykamy jadące pod prąd na
autostradzie samochody, kilka razy wyprzedzają się na trzeciego i na czwartego na drodze pokroju
Pcim - Stróża. Święty Krzysztof jedzie chyba z nami na tylnym siedzeniu. W Tyrze, ładnym nadmorskim
kurorcie, nie przymierzając jak Kadyks, sprawdzamy temperaturę wody. Jest środek zimy, w Polsce
nadchodzi fala mrozów, a tu uwaga, uwaga, około 18 stopni, aż chce się popluskać i wzajemnie
podtopić. Nie mamy skrzydełek, więc rezygnujemy, strzelamy tylko sesję zdjęciową. Głównym celem
naszego tu przybycia był starożytny hipodrom z czasów panowania rzymskiego, najlepiej zachowany na
świecie. Ale żaden z mieszkańców nie wiedział gdzie się znajduje, a odwiedziłem nawet miejscową
siedzibę Armii Libańskiej, no ale zawsze mówiono, że wojskowi mądrością nie grzeszą. Dopiero
spotkany jogger z Europy wskazał nam ten znajdujący się na liście UNESCO przybytek. Bardzo ładne
miejsce, zaraz obok znajduje się jednak obóz uchodźców palestyńskich, który robi bardzo
przygnębiające wrażenie. Kilkanaście tysięcy żyjących bez nadziei od kilkudziesięciu już lat ludzi,
czeka na utworzenie niepodległego państwa. Wielu z nich się nie doczeka. Liban postępuje bardzo
humanitarnie przyjmując palestyńskich uchodźców, ale cieplarnianych warunków na pewno im nie
zapewnia. Ot, taka wegetacja w tekturowych budowlach, świetne miejsce do wylęgania się różnego
rodzaju bakterii.
Jako że dzień zbliżał się już ku końcowi, trzeba było się zbierać. Powrót 120 km do Bejrutu to była
chwila, nie da się ukryć, że podwyższonego ciśnienia. 110 km/h, 3 pasy, zderzak w zderzak, przy
padającym pod koniec deszczu. Stolyca stolycy równa, czy to Wagadugu, Bejrut czy też Warszawa, do
każdej z nastaniem wieczora ciągnie sznur kacyków spędzających weekend w okolicznych kurortach.
Ostatnie machnięcia naszym Nissanem, którego traktowaliśmy już jak członka rodziny i stawiamy się
pod wypożyczalnią z kolejną porcją życiowych doświadczeń w bagażu...
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2010-08-06 18:32:42 | gość:
| HAHA ALE SUPER
|
|
|
|