| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-03-08
|
|
autor: Gacus, |
Liban i Syria |
|
| ocena: 4.20 | przeczytano 461 razy |
SAN SIMON - czyli o dwóch męczennikach
W ten sam dzień, kiedy wybraliśmy się do tak pięknie i z pasją opisywanych przez Marcina Dead
Cities, widziano nas rano w ruinach bazyliki Św. Szymona nieopodal Aleppo, wspomnianego wcześniej
chyba już, 3-milionowego, największego miasta Syrii. W Aleppo zamieszkiwaliśmy luksusowy, poł-
gwiazdkowy Spring Hostel, gdzie również, jak na całym Bliskim Wschodzie, goście wstawali wcześniej
niż recepcjonista, właściciel i kucharz (zazwyczaj w jednej osobie). Po hotelu krążyła od rana
grupa zdenerwowanych trampów, którym właściciel obiecał dzień wcześniej śniadanie, my znając realia
postanowiliśmy zjeść "na mieście".
Śniadania w Aleppo to była czysta poezja - z reguły słodkie bułki z daktylami za 10 SP (50-60 gr),
lub gorące "sandwicze" z serem za taką samą kwotę, popijane sokiem ze świeżo wyciśniętych świeżych
owoców. Soczki po 0,5 dolara, lejąca się witaminowa bomba! Naładowani taką mieszanką, wyruszyliśmy
na poszukiwania busa do San Simon. Ledwie znaleźliśmy się w zasięgu "pracowników" dworca
miejscowego Pekaesu, a już wiedzieliśmy, że znów to bus nas znajdzie, a nie na odwrót. Chwila
pertraktacji z kierowcą i mamy następujący deal: za 3 $ w 2 strony zabiera nas tam (po drodze
rozwożąc pasażerów), daje około godziny i wraca z nami do Aleppo, które leżało około 60 km od
SamnSimon. Opisanie tej sytuacji to około 3 linijek i 3 minut, ale w rzeczywistości pertraktacje,
gdy jedna ze stron zna tylko arabski, a druga co z tego, że kilka innych języków, nie należały do
łatwych. Pojechaliśmy więc, mijając po drodze niezliczone ronda, na których straszył nas bez końca
młody albo i stary Asad, którzy tutaj traktowani są jak prawdziwi Ojcowie Narodu (niech ktoś w
Polsce spróbuje tak nazwać Lecha czy Olka). Jedziemy przez pola, krajobrazy jak w górskich rejonach
Grecji, tocząc ożywioną handlową rozmowę z kierowcą, który oprócz prowadzenia, palenia fajek i
rozmawiania z pasażerami, ogląda mój aparat. Spodobał mu się, informuje mnie, że go ode mnie
kupuje. Ja na odczepnego rzucam jakąś kwotę z księżyca, ale on, niezrażony, rozpoczyna zbiórkę
wśród pasażerów!!! Zaraz chce wręczyć mi umówioną kwotą, zawyżam ją więc kilkakrotnie, mówiąc, że
zaszło nieporozumienie, znów musiałem zrobić z gęby cholewę, nie pierwszy raz w życiu...
Przemierzając rozciągający się na północ od Aleppo pustynno kamienisty obszar, trafimy na doskonale
zachowane pozostałości bazyliki św. Szymona. Nazwa tego miejsca pochodzi od imienia bardzo
ciekawego i oryginalnego indywiduum - Szymona Słupnika. Urodzony w 392 AD, syn pasterza, już w
młodym wieku podejmuje decyzję o wstąpieniu do klasztoru i oddaniu się pustelniczemu życiu. Jednak
bardzo szybko dochodzi do wniosku, że zakonny żywot nie jest wystarczająco ascetyczny, tak więc
decyduje się opuścić klasztor i zamieszkuje w odludnej, kamienistej okolicy, przyjmując jaskinie za
schronienie i miejsce pobytu. Wieść o niesamowicie pobożnym życiu Szymona szybko rozchodzi się po
okolicznych miejscach, a także po innych krajach. Ludzie pielgrzymują w celu uzyskania łask i
błogosławieństwa, zaniepokojony taką inwazją przenosi się na 3-metrowy słup, z którego spokojnie
głosi kazania, udziela odpowiedzi pielgrzymom, ale także gdzie śpi, medytuje, modli się i żyje.
Legenda mówi, że w miarę upływu czasu i spadku jego tolerancji do ludzi, przenosił się na coraz
wyższe słupy, skończywszy na 18-metrowej kolumnie.
Łącznie spędził 40 lat żyjąc na słupach i z tego powodu nazwany został przez dalekich pielgrzymów z
Anglii i Francji Szymonem Słupnikiem. Moda na wchodzenie i medytowanie na słupach przyszła też do
Europy, jednak ze względu na surowszy klimat nie przyjęła się. Co ciekawe św. Szymon odmawiał
rozmowy z kobietami i nawet matkę traktował ze swego rodzaju obojętnością, nie pozwalając jej się
do niego zbliżyć. W chwili śmierci, w 459 AD, Szymon Słupnik był najpopularniejszą postacią w
średniowiecznym świecie. Po przybyciu islamu na te tereny, bizantyjscy chrześcijanie zostali
zmuszeni przekształcić wcześniejszą świątynie ku czci św. Szymona w twierdzę obronną. Obecne
pozostałości są świetnie zachowane, choć sam słup Szymona został przez pobożnych pielgrzymów przez
wieki rozłupany i rozwieziony po całym chrześcijańskim świecie jako święte relikwia. Niewątpliwym
atutem tego miejsca są wspaniałe widoki roztaczające się z ruin na kamienistą pustelnię, która jak
wieki temu nadal pozostaje tajemnicza i nie zasiedlona.
Wszystkie powyższe informacje o św. Szymonie uzyskuje od Marcina Miki, któremu serdecznie dziękuje
w tym miejscu za zainwestowanie przed wyjazdem w przewodnik Lonely Planet i inne mądre księgi,
które dźwigał na swoim garbie przez cały bliskowschodni pobyt. Dokonuje więc przeklejenia doskonale
spreparowanych przez niego info i dalej zapuszczam się w bajanie na temat św. Szymona. Marcinie!
Bez Ciebie świat nie byłby takim jakim dziś jest! Przy wejściu na teren ruin po raz kolejny okazuje
się jak wspaniałą inwestycją była dla nas karta ISIC - z kartą bilet za 60 gr, bez za 10 zł -
płatne oczywiście w miejscowych funtach, znanych tu także pod nazwą lirów. Łazimy po olbrzymich
ruinach, jak na 1600 lat całkiem nieźle zachowanych. Nachodzą nas myśli, pierwsza to taka, że może
warto by tu zostać i trochę ponaśladować Szymona, wchodzimy na wszystkie możliwe słupy, ale
wytrzymać tam dłużej niż pół godziny naprawdę nie idzie! Szacunek dla tego człowieka, Marcin mający
od zawsze problemy z płcią piękną szczególnie zazdrości mu tego, że potrafił się od niej tak
odseparować. Nie wiem jakby to przeżyły jednak fanki, które codziennie rano wystają pod oknem na
Senatorskiej. W powrotną drogę powoli zapełnia się bus, gaworzymy z na oko 90-letnim dziadziusiem,
którego fotki znajdują się w jednej z galerii.
Nie wiem o czym i w jakim języku, ale jest kontakt, stwierdzamy, że ma pewnie ma ładne prawnuczki.
Wertuję numer Przekroju, jest artykuł o wyuzdanej warszawskiej młodzieży, ilustrowany dość śmiałymi
zdjęciami. Widzę, że współpasażerowie ciekawie zerkają, nie chcą dopuścić do zepsucia narodu
zmieniam stronę na wywiad z Lepperem. Wszyscy natychmiast odwracają głowy... Na dworcu w Aleppo już
chcą nas z powrotem gdzieś wysłać w głąb tego pięknego kraju, ale my chcemy odpocząć, zwiedzamy
miejscowe targowe okolice, kupując banany - ten globalizm, chcieliśmy palestyńskie, a na naklejkach
stoi: Chiquita. Sam je spożywam, bo widzicie, różnica miedzy mną, a Marcinem jest taka, jak między
bananem Chiquita, a zwykłym bananem. Trafiamy na palarnię kawy, rodem z czasów Wokulskiego i
wiktoriańskich podbojów - częstujemy się kilkoma jej rodzajami, w końcu Marcin kupuje paczkę -
zapraszam na Senatorską w celu jej degustacji, bo jakoś nawet najbliższa jego rodzina nie chce mu
sprawić radości i przyjemności, dalej popijając poranną neskę. Ale fakt, czarna jak smoła i nieźle
daje! Wracamy na dworzec, gdzie czeka już na nas grupa rozstawionych chłopaków, którzy wyglądają,
jakby ich jedyną robotą było bezpieczne dostarczenie nas do Dead Cities...
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2010-08-06 18:32:42 | gość:
| HAHA ALE SUPER
|
|
|
|