| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-03-08
|
|
autor: Gacus, |
Liban i Syria |
|
| ocena: 4.20 | przeczytano 461 razy |
DEAD CITIES - czyli 120 km/h z "Człowiekiem Muchą"
Po wizycie u Szymona Słupnika, podjęliśmy karkołomną wyprawę do Dead Cities. Karkołomna, bo primo
po pierwsze Jackowi się średnio chciało, primo po drugie było już grubo po południu, a nie mieliśmy
żadnego direct bus'a. Mimo tego zdecydowaliśmy - jedziemy! Po znalezieniu odpowiedniego Karnaku
(dworca małych busików), o którym kierowca busa do Szymona nic nie wiedział albo nie chciał
wiedzieć (gdyż oferował nam podróż z nim do D.C. za bagatela 700 SP (14$), co skwitowaliśmy salwą
śmiechu), władowaliśmy się do serviski i ruszyliśmy do Al Ma'ara. Z tą nazwą też mieliśmy 7
światów. Miejscowi znają tą miejscowość pod nazwą Ma'arat an-Nu'aman, ale wypowiadają to tak nie
zrozumiale, że głowa mała jak dogadaliśmy się z autochtonami. Po dotarciu do Ma'arat, wysypaliśmy
się z busa i zaczęliśmy wypytywać o minibusika do Kafr Nabl. Wsiadamy, jedziemy. Trochę śmierdzi,
ale to tylko 10 km. Dojeżdżamy. W miejscowej cukierni kupujemy za jedyne 30 gr po kawałku placka
ucieranego. Tam też dowiadujemy się, że resztę drogi musimy pociągnąć z buta, gdyż zaoferowana cena
taryfą jest nie do zaakceptowania (5$). Nie mija kwadrans kiedy zagaduje nas Rudzielec, miejscowy
nauczyciel arabskiego na Petrze (motocykl) i oferuje podwiezienie.
Ja wybucham śmiechem na myśl, że pojadę na kierownicy, bo Jacek już siedzi, a dla mnie nie ma
miejsca. Udaje nam się scisnąć. Jedziemy. W słonku i przy prędkości 40 km/h szybko łapiemy dobry
nastrój. Rudzielca żegnamy na rozstaju dróg i wymieniając e-maile ruszamy do Serjilla, która wg
niego jest jakieś "two kilomiters from hir". Po chwili marszu, chcąc się upewnić, pytamy dziadka w
warzywniaku czy dobrze idziemy i ile km nas czeka. Tu już słyszymy gorszą odpowiedź - 12 km. Na
szczęście łapiemy busa, który nas wyrzuca w szczerym polu i na pożegnanie rzuca "Don't wori,
Serjilla only 7 kilomiters". Fak, a miało być tak pięknie. Nic to, ruszamy. Mija pół godziny.
Krajobraz księżycowy, pagórki zasłane kamieniami o dziwnych kształtach. Nagle ktoś do nas biegnie.
Cały czarny, z rękami niemytymi chyba dobrych parę dni, 17 letni Pastuszek-Palacz, wyciąga od nas 2
fajki Alhambra i żegna uściskiem dłoni. Ja przełamuje obrzydzenie i przyjaznym gestem żegnam go.
Jacek tylko wzrokiem.
Po 1,5 h marszu docieramy do ruin. Zadowoleni wchodzimy w bizantyjskie miasto duchów. Cykamy
zdjęcia. Cieszymy się, że osiągnęliśmy cel. Naszą radość mąci inny Pastuszek-Poliglota, który mówi
nam: "dis no Serjilla, dis Bauda. Serjilla tu kilomiters, 15 minits from hir". Nie wiemy, czy sie
śmiać, czy płakać. Rzucamy monetą. Los decyduje za nas, może i dobrze, bo byśmy nigdy nie poznali
tajemniczego Człowieka Muchy! Dochodzimy do parkingu. Asfalt nówka. Wita nas 13-letni Cinkciarz-
Parkingowiec. Inwigiluje nasze ISIC-i. Są O.K., wpuszcza nas za opłata 10 funtów (60gr). Wydając
resztę zauważyliśmy, że mały Rockefeller miał nie tylko syryjską walutę, ale również zielone zza
oceanu i twardą gotówkę z Eurolandu - w końcu trząsł zabytkiem klasy "0" na światowej liście
UNESCO. Z nieukrywaną radością wkraczamy do Serjilli. Miasto jest nasze. Szybko okazuje się, że nie
tylko. Robimy fotki, piękne zachodzące słońce ożywia na krótką chwilę "ghost town". Spotykamy grupę
hiszpańskich oficjeli - VIP-s. Ich kierowca, zastraszony Arab, odmawia zabrania nas busem,
wykręcając się brakiem ubezpieczenia - Kiciarz. Wcześniej rozpytaliśmy się u Herszta bandy, 13-
letniego Ciecia jak dostać się z powrotem na busa do Aleppo. To, jak się potem okazało, uratowało
nas przed niechybna zagładą w środku pustkowia.
Tak więc tuż po porażce z Kiciarzem i nieudanym hitch hike'u dojeżdża nas tajemniczy Człowiek Mucho
Wiatr. Próbuje milczeniem porozumieć się z nami. Chyba bardzo się przejął swoją misją, zaplanowaną
przez Herszta, gdyż tuż po dobiciu targu (2$ za podrzucenie na do Allepo-bus) i otrzymaniu
pieniędzy, kurczowo zacisnął ręce na kierownicy Petry wraz z tymi bucks'ami i ruszył na złamanie
karku przed siebie. Siedząc w trójkę na tym motorku o pojemności dobrej M-Zety z przerażeniem
śledziliśmy rozwój wydarzeń. 40....zjeżdżamy ze wzniesienia na luzie... 60,70,80 km/h. Nagle, nie
wiadomo skąd, dołącza się Herszt 13-letni Cinkciarz z kolega w klapkach (temp ok. 5C).
Przekrzykując się po arabsku, wychwytuję słowo RACE. By ich szlag.... Pędzimy 100,110,120 po krętym
i trudnym OS-ie. Łeb w łeb. Gaz do dechy. Już nie próbuje przekrzyczeć skowytu wykręconego na maksa
silnika Petry. Wiatr próbuje wyszarpać arafatkę obwiniętą wokół szyi jak boa panien z Moulin Rouge.
Wdzięczni Allachowi dojeżdżamy do Al Ma'ary. Jacek drżącymi z emocji palcami naciska spust aparatu.
Jest fotka z Człowiekiem Muchą.
Potem to już "bułka z masłem". Idąc głównym deptakiem Al Ma'ary i dzierżąc w dłoni ciepłe
podpłomyki prosto z kamiennego pieca, zostajemy przechwyceni przez mafię lokalnego PKS'u. Kupujemy
w ich melinie bilety do Aleppo po 25 funtow (1,60 zł, 80 km). Są bardzo gościnni. Zapraszają do
zadymionego i gwarnego pomieszczenia, gdzie miejscowi mężczyźni proponują nam turkish coffee i
tytoń. Autobus jest zaskakująco punktualny. Kierowca kluczy po okolicy, co nas trochę irytuje i
niepokoi. Okazuje się, że musi nabrać trochę Diesl'a po 7 funtow syryjskich/litr - taniocha. Po
drodze kierowca zamienia się z pasażerem, który miał ochotę przejechać się autobusem - no i się
przejechał, ale nie daleko, co za dżezy!! 1,5h w podróży. Padamy ze zmęczenia. Dojeżdżamy do Aleppo
i próbujemy zlokalizować się. Jesteśmy na Pullman. Bus Station.
DEAD CITIES - godna uwagi atrakcja okolic Aleppo. Tworzą ją liczne wymarłe miasta (ghost
towns): Jerada, Ruweiha, Bauda, Serjilla, Al-Bara, rozproszone na obszarze rozciągającym się na
wschód od rzeki Orontes, wzdłuż autostrady Aleppo-Hama. Pozostałości te, od pojedynczych łuków i
kolumn podpierających resztki dachów, przez wioski z domami, kościołami, a kończąc na winnicach,
datuje się na okres bizantyjskiego chrześcijaństwa (4th/5th cent AD). Tajemnicą pozostaje przyczyna
opuszczenia tych miast przez ówczesnych mieszkańców. Istnieje przypuszczenie, że powodem były
zmiany szlaków handlowych, a co za tym idzie migracja ludności. Eksplorując Serjillę - osadę dawnej
świetności, opuszczoną ponad 15 wieków temu, ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że po zapadnięciu
zmroku miasto to "odżyje". Doskonale zachowane fasady domów z wyraźnymi rzeźbieniami we framugach
drzwi i okien, gęsta zabudowa, brak dzikich chaszczy, porastających okolice i odosobnienie, a do
tego dość dziwne powietrze, w którym zdaje się czuć "ludzką obecność", nadają tym miejscom
niepowtarzalny klimat.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2010-08-06 18:32:42 | gość:
| HAHA ALE SUPER
|
|
|
|