| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Afryka |
data dodania: 2009-03-30
|
|
autor: lbt, |
Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć |
|
| ocena: 4.56 | przeczytano 1771 razy |
20-02-2009 Marrakesz -> Erg Chebbi
Wyruszyliśmy wcześnie, o 6 rano naszą Kią Picanto, ale prawie godzinę kluczyliśmy przy wyjeździe z miasta. Wreszcie ruszyliśmy w drogę - w
kierunku przełęczy Tizin-Tischa na wysokości 2600 metrów n.p.m. "Przerażające i przyprawiające o zawrót głowy" zakręty, okazały się całkiem
znośne, a dodatkowo otoczone pięknymi krajobrazami. W wyższych partiach leżał śnieg.
Mijały nas grupy wycieczek w terenowych samochodach, specjalnie przystosowanych do tak trudnej trasy. Nasza Kia się z nich śmiała.
Za górami skęciliśmy do Aid Banhadou, około 10 kilometrów od głównej drogi, krętą i wąską, ale bardzo przyjemną dróżką. Zatrzymaliśmy samochód
daleko od czegokolwiek, ale i tak zaraz pojawił się człowiek chcący pieniądze za pilnowanie auta.
Okazało się, że między kazbą a wioską płynie rzeka, ale osiołki (i ich właściciele) chętnie przewiozą nas na drugi brzeg. Tak zdecydowanie
odmawialiśmy, że jeden z miejscowych zapytał: "Polska?"...
Przeszliśmy sami przez rzekę. Przy wejściu do kazby siedział koleś i jakiś mundurowy. Zaufanie do munduru przekonało nas, że trzeba zapłacić 10
DRH, choć gdy wracaliśmy nie było tam nikogo.
Za 10 DRH dostaliśmy się do korytarza ze sklepami z pamiątkami. Nie wiedzieliśmy gdzie iść, ale bardzo miła pani pokazała nam drogę. Okazało
się, że trasa zwiedzania prowadzi przez jej mieszkanie i należy jej się 10 DRH. Jak by ktoś chciał dokładnie poznać kazbę, to za 10 DRH może
wejść jeszcze do kolejnego mieszkania.
Po przejściu ponownie przez lodowatą rzekę pojechaliśmy dalej. Wybraliśmy krótszą drogę, nie przez Er Rachidię. W ostatniej wiosce przed Erfoud
wzięliśmy autostopowicza, który po krótkiej chwili chciał nam sprzedać wycieczkę wielbłądową, oczywiście po okazyjnej cenie, zapewniając przy
tym, że nasz "friend" do którego jedziemy, nas oszuka, że Internet kłamie itd. Na koniec prawie oddalił by się z naszym telefonem...
Czekając na sms od Hassana (z CouchSurfingu) kupiliśmy chleb i wodę. Gdy wróciliśmy do auta, do którego mieliśmy 3 minuty drogi, dopadła do nas
grupa młodzieży : "Pilnowałem auto - daj pieniądze, nie robiłem nic - daj pieniądze, daj papierosa, daj pieniądze, daj cole, daj pieniądze...".
Ostatecznie umówiliśmy się z Hassanem, że będzie do nas przy drodze świecił światełkiem (jak się okazało z telefonu).
Przyjechał z kolegą motorkiem. Wyjaśnił, że nie może już przyjmować gości w Merzoudze, bo pobliscy hotelarze donieśli policji - nie wierzą, że
nie bierze od gości pieniędzy. Teraz przyjmuje (my jesteśmy drudzy) w namiocie berberyjskim w Erg Chebbi. Jako, że się do tego bardzo palił, a
my byliśmy zmęczeni, daliśmy mu kluczyki do auta i zjechaliśmy z drogi. Jechaliśmy około pół godziny przez ciemną pustynię, a Kia, jako
prawdziwe auto terenowe (zwane tutaj 'scorpion of desert') radziła sobie świetnie. Hassan śmiał się i powtarzał, że teraz możemy spokojnie
wyruszyć na rajd Paryż - Dakar.
Na miejscu wypiliśmy z nim herbatkę, zjedliśmy do tego słone orzeszki - jak to na pustyni - i poszliśmy spać. I choć rano zobaczyliśmy, że
pomiędzy kocami budującymi namiot są wielkie dziury a w naszym namiocie skarabeusz, noc minęła spokojnie i przyjemnie.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2009-05-15 14:41:43 | gość: Przemysław Frąc
| Ciekawy artykuł
Dzięki i pozdrawiam
Przemysław Frąc
|
|
|
|