| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Afryka |
data dodania: 2009-03-30
|
|
autor: lbt, |
Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć |
|
| ocena: 4.56 | przeczytano 1771 razy |
22-02-2009 Erg Chebbi -> Marrakesz
Wyruszyliśmy wcześnie rano, jeszcze przed wschodem słońca. Niebo było niesamowicie gwieździste, a tuż przed nami spadła spadająca gwiazda.
Jak Hassan się trochę obudził zaczął nam opowiadać dowcipy i zagadki berberyjskie. Dowiedzieliśmy się więc jak w trzech ruchach schować
wielbłąda do lodówki (otworzyć lodówkę, włożyć wielbłąda, zamknąć lodówkę), dlaczego japończycy mają skośne oczy, dlaczego kogut nie ma rąk
itd. Stwierdziliśmy, że takie głupoty, mogą uroić się tylko w głowach tak przypalanych słońcem i zawiewanych piaskiem.
Hassan odwiózł nas do Rissani, potem znów ruszyliśmy w długą drogę. Przystanek (niestety) był dosyś szybko, bo zatrzymała nas policja.
Jechaliśmy 71 przy ograniczeniu do 60. Panowie policjanci bardzo usilnie starali się nam wytłumaczyć o co chodzi, pokazywali radar z naszą
prędkością, ale my kompletnie nic z tego nie rozumieliśmy - przecież nous ne parlons pas frances... Skończyło się na machnięciu ręką.
Znów zjechaliśmy z głownej drogi, choć nie zaoszczędziliśmy za bardzo czasu. Między dziurami bywały rzadko kawałki asfaltu. Po części dzięki
temu, w ogóle nie było tam turystów, a miejscowi patrzyli z takim samym zaciekawieniem na nas, jak my na nich. Był to niesamowicie zielony
płaskowyż, rozwinięty dużo mniej niż reszta Maroka. Żadnych ciągników, tylko konie i osiołki. Robiliśmy dużo zdjęć i chyba ktoś na nas rzucił
klątwę ;) - zepsuł nam się aparat, a po chwili także samochód. Auto udało się odpalić spychając je z górki, kolejnym razem z pomocą
miejscowych. Potem jechaliśmy już bez przystanku do Marrakeszu. Tam znów się zgubiliśmy i nie mogliśmy znaleźć mediny. Za to 'znaleźli' nas
policjanci, już po raz drugi tego dnia. Nie wiemy, czy wielkie oczy, czy wydobywający się z samochodu zapach wielbłąda miał większy wpływ na
to, ale odjechaliśmy, jeszcze szybciej niż ostatnio.
Zobaczyliśmy przy okazji, nowy Marrakesz, z MacDonaldem, ZARĄ i wesołym miasteczkiem.
W medinie zatrzymaliśmy się w tym samym hoteliku, co przedtem. Poszliśmy też na pizzę, co by pan pizzarz nie pomyślał, że już go nie
lubimy.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2009-05-15 14:41:43 | gość: Przemysław Frąc
| Ciekawy artykuł
Dzięki i pozdrawiam
Przemysław Frąc
|
|
|
|