| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2009-04-01
|
|
autor: marcinsen, Marcin Kreczmer |
Okruchy Camino |
|
| ocena: 3.00 | przeczytano 131 razy |
Ribadiso – Pedrouso (Arca) 25.06.08 środa
20:50
Jutro wielki dzień. Choć myślałem, że najważniejsza jest dla mnie droga, a samo Santiago nie ma aż takiego znaczenia, to jednak świadomość
tego, że jutro dojdziemy do celu wprowadziła mnie w odświętny nastrój. 32 dni drogi, rozmów, ludzi, śmiechu i refleksji. To było niesamowite
przeżycie. Gdybyśmy zaczęli Camino dzień wcześniej, albo później, to byłaby to całkiem inna droga. Nigdy nie powstałaby nasza grupa, dni,
przygody i przemyślenia byłyby całkiem inne.
Przed chwilą rozmawiałem z Nickiem o niepokoju jaki czuję przed kolejną zmianą. Kiedy zdecydowałem się na Camino, przerażały mnie zmiany, nowe
miejsca, w których będę, czy nowi ludzie, z którymi będę musiał mieć coś do czynienia. Później przyzwyczaiłem się do drogi i do przyjaciół,
których na niej spotkałem. Niestety jutro początek nowej sytuacji. Koniec znajomego rytmu; pobudki o szóstej rano, 7-8 godzinach marszu,
gotowania dla wszystkich, rozmowach i walce o sen, który czasami nie mógł się przebić przez orkiestrę chrapania i charczenia.
Dochodzimy do Santiago, kupujemy bilety do Madrytu, może uda nam się wziąć prysznic w jakimś albergue i wieczorem jedziemy. Znowu znajomy rytm
zamieni się w wielką nieznaną. Poszukiwanie pracy, nowy kraj, nowi ludzie (oby Bóg zesłał nam serdeczne serca i szczerych przyjaciół).
Tak więc to właśnie powiedziałem Nickowi, który odpowiedział na to:
- Facet, myślisz, że sam tylko przez to przechodzisz? Wielu ludzi tak ma, może nawet większość. Ja czuję dokładnie to samo i nawet gorzej, bo
wydaje mi się, że na lotnisku w Liverpoolu będą czekać na mnie gangsterzy.
- Co?!
- Poważnie. Na tym właśnie polega moja choroba. (Nick z powodu swojego wcześniejszego nałogu cierpi na paranoję). Mój umysł działa tak, że
wyobraża sobie różne dziwne scenariusze i nie jestem w stanie nad tym zapanować.
- Ale skąd wziąłeś tych gangsterów?
W jakiś sposób poprawił mi humor. W ciągu tego miesiąca polubiłem go jak starszego brata.
Przed chwilą przyszedł do nas Martial i powiedział, że powinniśmy jutro iść całą drogę razem, bo to ostatni dzień. Fajnie, że to wyszło od
niego. Do tej pory miałem wrażenie, że on najmniej jest przywiązany do idei naszej grupki, ale chyba się myliłem.
Zbieram się do spania.
Pedrouso (Arca) – Santiago de Compostella 26.06.08 czwartek
20:30
Jest już wieczór, choć raczej wygląda to na późne popołudnie. Słońce stoi jeszcze dosyć wysoko na niebie i pewnie będzie jasno jeszcze z dwie
godziny.
Zatrzymaliśmy się z Tulasi w małym hoteliku, w samym centrum miasta.
Pożegnaliśmy się już z Nickiem, który choć odlatuje dopiero o 23:00, to pojechał na lotnisko już około szóstej. Wcześniej całą grupą poszliśmy
na obiad do Trainglo de las Verduras, małej restauracyjki, zaraz obok hotelu Garego i Martiala. Była bardzo miła atmosfera i choć dużo się
śmialiśmy, w powietrzu czuć już było smutek. Porcje były mikroskopijne i musieliśmy dopchać chlebem, ale nie przeżywałem tego już tak bardzo,
jak przeżywałbym jeszcze z tydzień wcześniej.
Kiedy odprowadziliśmy Nicka do hotelu, myślałem, że pożegnamy się męskim uściskiem dłoni, ale Nick przełamał swoją brytyjskość i wyściskaliśmy
się po polsku. Na koniec powiedział mi, żebym się tak bardzo nie przejmował życiem i nie dawał się depresji. Miło było usłyszeć te pełne otuchy
słowa od niego, wiedząc jak ciężkie problemy z umysłem ma on sam. Będzie mi brakować jego humoru. Mam nadzieję, że jakoś się jeszcze spotkamy.
Santiago 27.06.08 piątek
19:30
Wczoraj żegnaliśmy Nicka, a dziś przyszła kolej na resztę Klubu Niedołęgów. Ugotowaliśmy u nas w hostalu obiad z trzech dań, kupiliśmy butelkę
dobrej Riojy i przed drugą Tulasi poszła po Garego i Martiala, z którymi umówiliśmy się pod katedrą. Przy obiedzie była przesympatyczna
atmosfera. Wspominaliśmy Nicka i Martial powiedział na, że miał młodszego brata, którego wykończyły narkotyki i Nick bardzo mu go przypominał.
Kiedy Martial poszedł objąć Santiago, poprosił o błogosławieństwa właśnie dla niego. Wszystkim nam napłynęły łzy do oczu i nawet Gary z
zażenowanie ściągnął okulary, żeby wytrzeć oczy, a Tulasi uciekła z kuchni do pokoju. Później otwarliśmy drugą butelkę wina, którą przyniósł
Gary i kiedy wyszliśmy na pożegnalny spacer, Gary był już na niezłym rauszu. Poszliśmy na kawę do małej kafejki przy katedrze, gdzie wypaliłem
swojego ostatniego papierosa, co wszyscy przypieczętowali głośnymi oklaskami. Później jeszcze trochę spaceru, zakupy, aż wreszcie rozstaliśmy
się przy supemarkecie, koło fontanny. Kiedy odchodziliśmy w swoją stronę, Gary ciągle stał przy fontannie i nam machał, aż wreszcie straciliśmy
go z oczy.
Jestem wdzięczny Bogu za to doświadczenie. Ciągle nie wiem, jak byliśmy w stanie tak się zaprzyjaźnić; 45 letni były narkoman z Glaucester, 65
letni rozwodnik z Kanady i 55 letni, nie znający nawet słowa po angielsku, instruktor jazdy z Qubecu. No i my. Pomimo różnic energia między
nami swobodnie płynęła i mieliśmy wrażenie, że znamy się od lat.
Po tym miesiącu w drodze czuję się lepszą osobą i choć moje problemy nie zniknęły i czekają na mnie tuż, tuż za rogiem, to jednak myślę, że
udało mi się nabrać odpowiedniego dystansu do tego wszystkiego i mam więcej siły na mierzenie się z nimi.
Buen Camino.
Autobus do Barcelony 28.06.08 sobota
14:30
Jesteśmy już w drodze do domu. W Barcelonie mamy być o siódmej rano, a samolot z Girony wylatuje o 12 w południe. Później pociąg do Katowic i
następny już do Rycerki, gdzie mamy dojechać już około północy.
Pochodziliśmy dziś jeszcze po Santiago, wypiliśmy cafe con leche i zjedliśmy po kawałku tarta de Santiago. Przy wyjściu z hotelu pożegnała nas
jazzowa orkiestra dęta i grupka cyrkowców. Po drodze okazało się, że w Santiago jest festyn i ulice pełne były stoisk z biżuterią i ubraniami,
które w większości były prowadzone przez zarośniętych dredami wagabundów. Spotkaliśmy nawet chłopaka, od którego Tulasi kupiła kolczyki na
festynie w Sarrii. Kupiliśmy sobie po parze szalonych spodni, które Tulasi dopiero musi nauczyć mnie ubierać.
Po drodze mamy przejeżdżać przez niektóre znajome miasta, jak Astorga, Leon, czy Burgos i może uda nam się zobaczyć gdzieś spóźnionych
pielgrzymów.
Camino ma dla każdego inną rzecz. Nie wiem do końca od czego zależy to co daje poszczególnym osobom, ale wydaje mi się, że zależy to od
indywidualnych, głębokich pragnień.
Barcelona 29.06.08 niedziela
10:25
Jednak nie zdążyliśmy pożegnać się z tatą. Właśnie zadzwoniłem do domu i Ania powiedziała, że zmarł dziś rano.
Buen Camino tato…
Koniec
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|