PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2009-06-10      
autor: katarzyna.kno, Katarzyna Nowak

Lwów

ocena: 3.09przeczytano 192 razy


24-04-09

 

A więc stało się – jadę do Lwowa! Wyjazd planowany już od kilku lat, wstyd, zważywszy na całkiem bliską odległość, nareszcie doszedł do skutku. Nocleg zarezerwowany u Polki, paszport w kieszeni, plecak na plecach (spakowałam się w całkiem niepozorny plecak – robię postępy!). W drogę!

Początek podróży z małą korektą, powiązania rodzinne zmuszają mnie do zatrzymania się na jeden dzień w Tarnobrzegu. W piątek wczesnym rankiem (parę minut po czwartej!) siedzę wreszcie w autobusie jadącym na Wschód J W okolicach dziesiątej docieram do Medyki, na przejście graniczne. Kolejka... jest (dziwne, gdyby było inaczej), ale jej długość nie przyprawia o palpitację serca. Planowany przyjazd do Lwowa miał mieścić się w okolicach 11.00, „ale wie Pani, to wszystko zależy od nich, na granicy”. „Oni” czyli kto? Nasi czy Ukraińcy? Chyba jedni i drudzy...

Dobra nasza – po półtorej godziny (to norma) jedziemy dalej. Kręcę głową na wszystkie strony niecierpliwie wypatrując oznak „dzikiego Wschodu”, o którym tyle się nasłuchałam. Domki... jak domki, wsie jak wsie. O co chodzi? Może troszkę biedniej, domki mniejsze, ale czysto i schludnie. No tak, myślę, ale to w końcu tuż przy granicy. Poczekamy, zobaczymy...

Na horyzoncie szare bloki – Lwów! Uff, nareszcie!

Ledwie postawiłam obie nogi na lwowskim bruku, już podbiega człek i konspiracyjnym szeptem pyta: „Taxi? Centrum?” Hmm... Nie po to przyjechałam klasą turystyczną, by rozbijać się taksówkami... „Ile?” – „Pięćdziesiąt hrywien” Ech, proszę pana, gdzie u mnie ukraińska waluta! Przecież w Tarnobrzegu nie mogłam jej dostać (milczeniem pominę zdziwione spojrzenia właścicieli kantorów), a w Warszawie... Cóż, były inne sprawy na głowie J Nic to, – myślę – pierwszy raz tutaj jestem, nie znam miasta ani komunikacji, a, co mi tam, zaszaleję, pojadę taksówką. W końcu 25 zł nie majątek... Jedziemy!

Po drodze wypytuję – czy wielu Polaków przyjeżdża, jak żyje się w mieście, no i skąd taka dobra znajomość polskiego? Taksówkarz rozmowny, chętnie opowiada o sobie i ludziach. Żyją... jak wszędzie. Jednym lepiej, innym gorzej. A on sam, nie, nie ma żadnych polskich korzeni, praca zmusiła do nauki obcego języka, by lepiej radzić sobie z turystami. Miły człek...

Dojechaliśmy. Faktycznie od dworca kawał drogi. Kamienica jest, brama jest, szyfr jest (coś podobnego do naszych domofonów, choć bardziej zmyślne – w mieszkaniu nie słychać dzwonka, należy przycisnąć JEDNOCZEŚNIE kombinację cyfr i już!). Wspinam się na pierwsze piętro, pukam do drzwi. Cisza... Niedobrze, pewnie moja pani na mieście, zapowiadałam się na wczesny ranek, mamy południe... Pukam. Wyglądam przez drzwi na podwórko i nagle ktoś do mnie macha! Okazuje się, że na wewnętrznej ścianie kamienicy jest loggia, z której są dopiero wejścia do mieszkań. Takie buty...

Pokoik mały, troszkę ciemny, ale cywilizowany J Kobieta, która mnie przywitała była koleżanką pani Lucyny. Właścicielka faktycznie na zakupach.

Ledwie zdjęłam plecak, chcę już na miasto, ale pani bez herbaty nie wypuści! Mocna jak diabli, ale darowanemu koniowi... Przegadałyśmy pół godziny – skąd jestem, dlaczego do Lwowa i przede wszystkim dlaczego sama? He, kobieca ciekawość...

Południe minęło, więc dziś w planie tylko cmentarz Łyczakowski. Dojście mało skomplikowane – do końca ulicą Piekarską, która była przysłowiowy rzut beretem od mojej kamienicy. Uprzedzona o konieczności zakupienia biletu maszeruję do kasy. Sympatyczny pan pyta „sudenckij”? „A skąd, ja już po studiach” – odpowiadam z półuśmiechem. „A dawno po studiach” – on nie ustępuje. „No, kilka lat...” „A to dajtie piać hrywien” Studencki mi sprzedał! Czyżbym tak młodo wyglądała???

Cmentarz – można by tomiska o nim pisać! Piękny, duży, zaniedbany – nie wiem, który przymiotnik najlepiej go opisuje. Gdzie nie spojrzę, napotykam ślady przeszłości. Niektóre groby ładnie odremontowane, wokół nich trawa czy nawet kwiatki, ale to rzadkość. Częściej wzrok spoczywa na potrzaskanych, rozsypujących się szczątkach dawnej świetności... Im dalej od głównego wejścia, tym gorzej. Tym nagrobki mniejsze, krzyże bardziej pochylone, ścieżki węższe i bardziej zarośnięte. Kieruję się ku cmentarzowi Orląt Lwowskich – naczytałam się, że nadal jest nieodbudowany, a tymczasem miłe zaskoczenie. Witają mnie szeregi białych i szarych krzyży, uporządkowane, żwirem wysypane alejki, krótko przystrzyżona trawa. Pośród pomniczków młodzi Ukraińcy, pracują przy renowacji i sprzątaniu. Rozglądam się dookoła – jest cicho, słońce prześwieca przez chmury, wokół mnie morze białych krzyży i cichy szmer języka ukraińskiego. Ciekawe, o czym rozmawiają? Tutaj, w miejscu przez tak wielu znienawidzonym i przypominającym o nie tak znów odległych walkach bratobójczych? Nie wiem, nie śmiem pytać. Młodzi ludzie, pewnie nawet niewiele wiedzą o historii...

Z ciężkim sercem opuszczam tę część i zaraz trafiam na malutki wzgórek, gdzie szeregiem stoją żelazne krzyże. Czytam „uczestnik powstania styczniowego”, „żołnierz roku 1863”. Na każdym krzyżu przybranie wstążkami biało-czerwonymi. Ile tych krzyży! I pomnik Benedykta Dybowskiego, tego samego, który zesłany na Syberię rozpoczął badania przyrodnicze okolic Bajkału. No, no, przy 40-stopniowym mrozie, narzędziami wykonanymi własnoręcznie badać faunę jeziora, to trzeba być niezwykłym człowiekiem!

U podnóża pagórka słyszę polską mowę. Dwóch starszych panów pracuje przy kamieniu nagrobnym młodej dziewczyny z początków XIX wieku. Tym razem nabieram odwagi i zagaduję „Dzień dobry! A można wiedzieć co panowie robią”? Uśmiechnęli się i zaczęli wyjaśniać, że „społecznie” próbują ratować co bardziej zaniedbane nagrobki, ale muszą być ostrożni, bo władze cmentarza są im nieprzychylne. Cóż, te prace powinna wykonywać służba porządkowa, powinna, ale... niezupełnie się wywiązuje. Więc Polacy własnymi rękami ratują co mogą. Dopóki ktoś ich nie przegoni ustawiają pomniki w pionie, poprawiają napisy, porządkują otoczenie. Niemniej, oficjalnie „zabierają pracę Ukraińcom”, nic to, że Ukraińcy nic nie robią. Ale – zabierają! I bądź tu człowieku mądry!

Porozmawialiśmy chwilę, ale nie chcąc przeszkadzać zrobiłam tylko fotkę na pamiątkę, pomogłam przydźwigać kamień i poszłam dalej J

Wędrując mniej lub bardziej zarośniętymi ścieżkami trafiam wreszcie do części „reprezentacyjnej” – tutaj znajdują się pomniki Konopnickiej, Goszczyńskiego, Ordona i innych sławnych Polaków. Serce rośnie dumą... Ładna aleja, wyremontowane nagrobki, oczyszczone chodniki, ale wystarczy zboczyć dwa kroki w bok i można znów odnaleźć ślady pozostawionej samej sobie Natury.

 

Zrobiło się całkiem późno, a mój żołądek dość natarczywie domagał się uzupełnień; pora była wrócić w realia XXI wieku i poszukać czegoś do jedzenia. Pierwszego dnia skończyło się na wizycie w spożywczaku i suchym prowiancie. Zmęczenie wzięło górę (nie zapominajmy, że byłam na nogach od trzeciej w nocy, a dla mnie to środek nocy!), parę minut po 20-ej smacznie spałam.

 

 



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Ukraina

Informacje o kraju: Ukraina
Flaga - Ukraina








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms