29-04-09
Dziś ostatni
„pełny” dzień we Lwowie L Dość
relaksacyjnie zaplanowałam zwiedzanie Muzeów, spacer do dawnej fabryki wódek
Baczewskiego i wspinaczkę na wieżę ratuszową.
Kierunek na
pomnik Mickiewicza i dalej w stronę Opery. Na ileż ludzi patrzył wieszcz z
góry... Szczęśliwie stoi naprzeciw balkonów hotelowych, z których kilka
dziesiątek lat temu koncerty dawał sam Kiepura, z samym centrum lwowskiego życia,
więc na brak ciekawostek nie może narzekać. Mijam gmach Muzeum Narodowego,
wrócę tu za kilka godzin, i Operę, idę w stronę Starego Rynku. Będę spacerować
po najstarszym lwowskim kwartale; tutaj, już przed czasami Kazimierza
Wielkiego, który to nadał Lwowowi prawa miejskie, tętniło życie, ruskie w owych
czasach. Dziś o dawnych dziejach świadczą jedynie nazwy ulic: Pidmurna,
Zamkowa, Niski Zamek itp. Tutaj znajdują się najstarsze kościoły, z Matki
Boskiej Śnieżnej na czele. Ten ostatni zachował resztki architektury gotyckiej,
tak rzadko spotykanej w mieście z uwagi na liczne pożary, jakie trapiły Lwów w
dawnej przeszłości. Kościół niestety zamknięty. No tak, przecież turystów nie
ma... Rozglądam się za jakimś przyjaznym duchem świątyni, czymś na wzór zachrystii
– nie ma. Dookoła walące się budynki, sam kościół nijak nie przystaje do
otoczenia swoją odnowioną elewacją.
Idę dalej
ulicą Chmel’nyc’koho (Chmielnickiego – następny bohater narodowy!)
w stronę Starego Rynku. Ulica, jak niemal wszędzie, brukowana „kocimi
łbami” – ciekawa sprawa z tymi kotami we Lwowie, na każdym niemal kroku można
je spotkać. Wyciągają się i prężą zupełnie spokojne, na obcych patrzą
zmrużonymi ślepiami, poruszając ogonem w sposób zupełnie ... nie koci
(lwi???). Ciarki po plecach przechodzą, kiedy je dłużej poobserwować. Może w
dziewięciu życiach kotów jest nieco prawdy? Sprawiają wrażenie, jakby
faktycznie były z innego świata. Tego pełnego polskiej gwary, żydowskich mycek
i ukraińskich przyśpiewek. Ze świata, w którym ulica Badery nadal jest
ulicą Sapiehy, a prospekt Szewczenki to nic innego jak Akademicka. Mijam
pomnik ofiar Holocaustu, okazuje się, że społeczność żydowska została niemal
doszczętnie wytępiona przez hitlerowców, pogromy przeżyło około 8% lwowskich
Żydów.
Idąc dalej
napotykam na cerkiew i klasztor św. Onufrego, zapewne niewielu wie,
że właśnie tutaj pierwotnie znajdowała się ikona Matki Boskiej, wywieziona
w 1382 roku do klasztoru paulinów w Częstochowie. Tak, tak, chodzi o cudowny
obraz Czarnej Madonny! Kolejną ciekawą cerkwią jest świątynia Piatnycka (św.
Paraskewy), wewnątrz której znajduje się wspaniały ikonostas w stylu
bizantyjskim, z sześcioma rzędami ikon, datowany na początek XVII wieku.
Usiadłam cichutko w kąciku i z zapartym tchem wpatrywałam się w przepięknie
oświetlone promieniami słońca wizerunki świętych. Nie jestem specjalnie
religijna, ale to było wręcz mistyczne przeżycie!
Zmierzam w
stronę zabudowań, jakie pozostały po dawnej fabryce wódek Baczewskiego. Dziś po
dawnej świetności pozostały jedynie dwa kamienne lwy, strzegące głównej bramy,
i rok 1782, który dumnie widnieje na ścianie jednego z budynków.
Klucząc
lwowskimi zaułkami trafiam w okolice wzgórza zamkowego i wreszcie
na Starówkę. Po drodze spotykam starszych ludzi, nowe auta i niezniszczalne
koty – kwintesencję XXI-wiecznego Lwowa. Pozostało jeszcze wspiąć się na
ratuszową wieżę, 360 schodów w nogach, drobiazg...
Z góry więcej
widać – żadna nowość. Widać ... blaszane dachy. Tak, drodzy czytelnicy, nie
szukajcie czerwonych dachówek znanych, ot, choćby z czeskiej Pragi. Nie – we
Lwowie dominuje blacha. I jeszcze jedno widać lepiej – lwowskie dachy mocno się
rozsypują i pełno w nich dziur. Wąskie jak studnie podwórka, na horyzoncie
„nowoczesne” blokowiska, w których za metr płaci się po kilka tysięcy dolarów
(!), szeroka arteria ulicy Łyczakowskiej, błyszczące złotą farbą kopuły cerkwi
św. Jura i strzeliste wieże kościoła św. Elżbiety. A tuż na wyciągnięcie ręki
Katedra, z której dobiegają dźwięki polskojęzycznej liturgii...
Po półgodzinie
spędzonej na wieży i wpatrywaniu się w każdy widoczny lwowski kąt obieram kurs
na Muzeum Historyczne i tutaj pierwsze rozczarowanie – interesujące mnie
wystawy zamknięte! „No tak...” – mruczę nieco rozczarowana – „można
poczuć się jak w domu...” We Lwowie jednak muzeów pod dostatkiem,
wracam na prospekt Swobody, do Muzeum Narodowego. Czynne, oczywiście. Tak,
na wszystkie dostępne wystawy. Oj, cena troszkę mnie ... zaskoczyła. To była
połowa moich dziennych wydatków! Niby to ostatni dzień, ale... coś trzeba jeszcze
zjeść... Było, nie było – idę oglądać XV- i XVI-wieczne ikony. No ładne...
Stare... Kiwam nad każdą głową jak największy ikonolog. Ostatnia wystawa
to malarstwo współczesne, dla mnie kompletnie nieczytelne, ale zapłacone,
więc zobaczyć trzeba J
Z uwagi na
opłakany stan finansów inne muzea postanowiłam pozostawić historykom, ja jestem
tylko turystką, więc idę w stronę Opery, spróbuję dostać się do środka, a nuż
uda się zobaczyć słynną kurtynę Siemiradzkiego?
Wchodzę. Czuję się
nieco niezręcznie, ale w najgorszym razie ktoś mnie nieuprzejmie wyprosi. Jest
ochroniarz – z miną „zdychającego kota” grzecznie pytam, czy można popatrzeć na
wnętrza? I nagle widzę szeroki uśmiech – ależ proszę! No dobrze, powiedział
po ukraińsku, ale szeroki zapraszający gest nie mógł znaczyć niczego
innego. Szerokie schody, wokół purpura i złoto, wspaniałe freski na suficie.
Stoję z zadarta głową, kręcę się wszędzie szukając lepszych ujęć i nagle
dzwonek – antrakt! Wokół mnie pojawiają się pięknie ubrane pary, a ja w
postrzępionych dżinsach i nieco przybrudzonej bluzie... Hmm... Chyba pora
wyjść. Rzucam okiem na widownię, ale kurtyny brak, przedstawienie jeszcze
potrwa L
I to byłoby tyle
pierwszorazowych wrażeń, pozostało podsumowanie owych dni. Wybaczcie Państwo,
że pozwolę sobie przytoczyć wiersz, napisany przez Andrzeja Szczepkowskiego,
ale te kilka wersów najlepiej oddają wrażenia i tęsknoty, jakie pozostają we
wrażliwych sercach po wizycie w mieście Lwa:
„Ten lwowski świat
pełen urody,
świat pachnącego
chleba, czystej wody
świat poetyckich
pięknych wizji,
bez komputerów,
telewizji,
bez zgrzytów,
mitów, satelitów,
po nocach czasem
nam się śni...
Ach, gdzież są
kwiaty z tamtych dni?
łza pod powieką
piecze, że się rozwiało gdziesi...
że spisano na
straty i że jak mówią braci Czesi:
Czlovecze! To se
uż ne vrati!”
|