PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Ameryka Południowa data dodania: 2009-06-27      
autor: piootr3, Piotr Wojtkowski

Machu Picchu - Inka Trail

ocena: 3.21przeczytano 236 razy


Od jakiś 40 lat chciałem obejrzeć budowle Inków. Można powiedzieć - od zawsze. Wreszcie udało się, to marzenie zrealizować. Trochę trwało zanim wyjechaliśmy (z Panią Elą - oczywiście), ale trzeba było się przygotować. Przez ostatni rok zbierałem informacje o Peru i warunkach w jakich przyjdzie nam podróżować.Czytałem relacje, szukałem tańszych rozwiązań. Z tymi tanimi rozwiązaniami, to niektóre się udały, inne nie za bardzo. Udało się znaleźć trekking czterodniowy do Machu Picchu za 330 $, ale za to z biletami się pospieszyłem. W późniejszym terminie byłoby taniej. Jesteśmy, jednak zadowoleni, bo i tak wyszło w miarę tanio.
Pojechaliśmy w trójkę. Pani Ela, moja skromna osoba i Jacek, który przez internet, zgłosił chęć dzielenia z nami trudów wyprawy i który okazał się bardzo pomocny z uwagi na znajomość języka hiszpańskiego. Dzięki niemu, na przykład, wiedzieliśmy co zamawiamy do jedzenia...
Do Limy dotarliśmy 19 kwietnia, pod koniec pory deszczowej, wróciliśmy do Warszawy 9 maja. Prawie wszystko co zaplanowaliśmy zostało zrealizowane.

Początek
Tarasy
Chatka na szlaku
Kulis
Pierwszy nocleg
Na trasie
Fort
Machu Picchu w słońcu
Orchidee
Doszliśmy

KRÓLEWSKA DROGA INKÓW
Dzień pierwszy


Budzimy sie o 5.30. Wczoraj już popakowaliśmy rzeczy, które mamy zabrać ze sobą. Wlazłem pod prysznic i na zapas się umyłem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Z przyborów toaletowych zabieramy tylko szczoteczki do zębów i pastę. Jak spartańskie warunki, to ze wszystkim... Klamoty zostawiamy w przechowalni w hostelu. Nie ma żadnych problemów. Po podłym śniadaniu (dwie bułeczki, puste w środku, troszkę dżemu i coś niesprecyzowanego pokrojonego w plasterki, do tego sok i mate de coca), czekamy na przewodnika. Niedługo. Zabiera nas na Plaze de Armas i tam wsiadamy do autokaru. Powoli się zapełnia i tak poznajemy pozostałych nieszczęśników. To właśnie jest paranoja! Płacić 330$ za cztery dni spaceru po górach, spać pod namiotem na twardej karimacie, jeść byle co, padać przy tym na twarz i jeszcze być z tego zadowolonym!!! Najgorsze, że nie ma na kogo zwalić winy, bo to był mój pomysł...
Robimy krótki postój w Ollantayambo, gdzie kupuję papier toaletowy. Pani Ela i Jacek kupują kije do trekkingu.Będzie im łatwiej iść. Po 5 soli sztuka. Pani Ela zaraz zresztą swój zamieniła na taki bardziej nowoczesny, za dopłatą. Będę musiał się teraz bardziej pilnować i nie denerwować swoich towarzyszy, bo zasięg im niepokojąco wzrósł. Jakoś to będzie... Jedziemy dalej, do "punktu przeładunkowego". Tutaj nasi portierzy (tragarze, kulisi, itp) rozdzielają między siebie rzeczy do niesiena. Przy okazji poznajemy się. Jest dwójka Brazylijczyków, dwoje Francuzów, trzech Argentyńczyków, trzy Argentynki i nasza trójka. Całkiem ciekawy skład. Międzynarodowy. Do tego dwóch przewodników - angielsko i hiszpańskojęzyczny. Portierów jest szesnastu. Nie wyglądają najlepiej. Nieduzi, chudzi i w sandałkach. Jak oni to wszystko zabiorą?! Jednak popakowali i zabrali! Do wejścia na teren Parku Archeologicznego dojeżdżamy autobusem. Wąziutką drogą. Czasami autobus jedzie samym skrajem urwiska. Co jakiś czas mijanki. Niektórych już dowieźli... Robi się pochmurno. Zaczyna siąpić. W deszczu dojeżdżamy do wejścia. Wyładowujemy się i czekamy w kolejce, aż nas wpuszczą. Turyści mają jedne przejście, kulisi - drugie. Pokazują jakiś papierek, który im sprawdzacz stępluje i pędzą dalej. Bardzo nam się to stęplowanie spodobało. Też sobie podstęplowaliśmy paszporty. Że weszliśmy. Jak będziemy wychodzić, to możemy znowu. Że wyszliśmy.
Mimo paskudnej pogody, humory dopisują. Najbardziej Argentynkom. Szczególnie jednej. Jej wrzaskliwy dyszkant będzie mnie prześladował przez najbliższe dni... Idziemy wzdłóż torów kolejowych do wiszącego mostu. Z mijającego pociągu machają ci, którzy nie zdecydowali się na trekking. Odmachujemy. Przechodzimy przez most i zaczyna się Królewska Droga Inków do Machu Picchu! Cały czas siąpi. Po godzinie drogi zatrzymujemy się na obiad. Powoli się przeciera. Mijamy las eukaliptusowy, a dalej tarasy Inków. Co jakiś czas przechodzimy koło samotnych chatek mieszkańców. Przy jednej, z krzaków wychodzi pies, którego żebra sterczą jak tarka. Niestety nie mamy nic do dania. Idziemy nie spieszą się. Wszystko jest nowe, inne niż dotychczas widzieliśmy. Po drodze, przewodnik pokazuje krzew, którego sok jest halucynogenny. Pani Ela mówi, że swego czasu, coś takiego miała w domu, tyle że troszkę mniejsze. Wreszcie po 3 i pół godzinie marszu docieramy do Huayllabamba, gdzie czekają na nas rozstawione namioty. Po kolacji Pani Ela dała naszemu (anglojęzycznemu) przewodnikowi żóbrówkę. Bardzo się ucieszył i latał po całym obozie chwaląc się podarunkiem. Rozkładamy karimaty i usiłujemy się ułożyć. Twardo. W nocy kilka razy się budzę i usiłuję przyjąć wygodniejszą pozycję. Małe szanse, ale, że byłem na spacerku i świeże powietrze, więc jakoś dotrwałem do rana.



strona: 1 | 2 | 3 | 4

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Peru

Informacje o kraju: Peru
Flaga - Peru








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms