| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Ameryka Południowa |
data dodania: 2009-06-27
|
|
autor: piootr3, Piotr Wojtkowski |
Machu Picchu - Inka Trail |
|
| ocena: 4.07 | przeczytano 172 razy |
Od jakiś 40 lat chciałem obejrzeć budowle Inków. Można powiedzieć - od zawsze. Wreszcie udało się, to marzenie zrealizować. Trochę trwało zanim
wyjechaliśmy (z Panią Elą - oczywiście), ale trzeba było się przygotować. Przez ostatni rok zbierałem informacje o Peru i warunkach w jakich
przyjdzie nam podróżować.Czytałem relacje, szukałem tańszych rozwiązań. Z tymi tanimi rozwiązaniami, to niektóre się udały, inne nie za bardzo.
Udało się znaleźć trekking czterodniowy do Machu Picchu za 330 $, ale za to z biletami się pospieszyłem. W późniejszym terminie byłoby taniej.
Jesteśmy, jednak zadowoleni, bo i tak wyszło w miarę tanio.
Pojechaliśmy w trójkę. Pani Ela, moja skromna osoba i Jacek, który przez internet, zgłosił chęć dzielenia z nami trudów wyprawy i który okazał
się bardzo pomocny z uwagi na znajomość języka hiszpańskiego. Dzięki niemu, na przykład, wiedzieliśmy co zamawiamy do jedzenia...
Do Limy dotarliśmy 19 kwietnia, pod koniec pory deszczowej, wróciliśmy do Warszawy 9 maja. Prawie wszystko co zaplanowaliśmy zostało
zrealizowane.
KRÓLEWSKA DROGA INKÓW
Dzień pierwszy
Budzimy sie o 5.30. Wczoraj już popakowaliśmy rzeczy, które mamy zabrać ze sobą. Wlazłem pod prysznic i na zapas się umyłem. Tak mi się
przynajmniej wydawało. Z przyborów toaletowych zabieramy tylko szczoteczki do zębów i pastę. Jak spartańskie warunki, to ze wszystkim...
Klamoty zostawiamy w przechowalni w hostelu. Nie ma żadnych problemów. Po podłym śniadaniu (dwie bułeczki, puste w środku, troszkę dżemu i coś
niesprecyzowanego pokrojonego w plasterki, do tego sok i mate de coca), czekamy na przewodnika. Niedługo. Zabiera nas na Plaze de Armas i tam
wsiadamy do autokaru. Powoli się zapełnia i tak poznajemy pozostałych nieszczęśników. To właśnie jest paranoja! Płacić 330$ za cztery dni
spaceru po górach, spać pod namiotem na twardej karimacie, jeść byle co, padać przy tym na twarz i jeszcze być z tego zadowolonym!!! Najgorsze,
że nie ma na kogo zwalić winy, bo to był mój pomysł...
Robimy krótki postój w Ollantayambo, gdzie kupuję papier toaletowy. Pani Ela i Jacek kupują kije do trekkingu.Będzie im łatwiej iść. Po 5 soli
sztuka. Pani Ela zaraz zresztą swój zamieniła na taki bardziej nowoczesny, za dopłatą. Będę musiał się teraz bardziej pilnować i nie denerwować
swoich towarzyszy, bo zasięg im niepokojąco wzrósł. Jakoś to będzie... Jedziemy dalej, do "punktu przeładunkowego". Tutaj nasi portierzy
(tragarze, kulisi, itp) rozdzielają między siebie rzeczy do niesiena. Przy okazji poznajemy się. Jest dwójka Brazylijczyków, dwoje Francuzów,
trzech Argentyńczyków, trzy Argentynki i nasza trójka. Całkiem ciekawy skład. Międzynarodowy. Do tego dwóch przewodników - angielsko i
hiszpańskojęzyczny. Portierów jest szesnastu. Nie wyglądają najlepiej. Nieduzi, chudzi i w sandałkach. Jak oni to wszystko zabiorą?! Jednak
popakowali i zabrali! Do wejścia na teren Parku Archeologicznego dojeżdżamy autobusem. Wąziutką drogą. Czasami autobus jedzie samym skrajem
urwiska. Co jakiś czas mijanki. Niektórych już dowieźli... Robi się pochmurno. Zaczyna siąpić. W deszczu dojeżdżamy do wejścia. Wyładowujemy
się i czekamy w kolejce, aż nas wpuszczą. Turyści mają jedne przejście, kulisi - drugie. Pokazują jakiś papierek, który im sprawdzacz stępluje
i pędzą dalej. Bardzo nam się to stęplowanie spodobało. Też sobie podstęplowaliśmy paszporty. Że weszliśmy. Jak będziemy wychodzić, to możemy
znowu. Że wyszliśmy.
Mimo paskudnej pogody, humory dopisują. Najbardziej Argentynkom. Szczególnie jednej. Jej wrzaskliwy dyszkant będzie mnie prześladował przez
najbliższe dni... Idziemy wzdłóż torów kolejowych do wiszącego mostu. Z mijającego pociągu machają ci, którzy nie zdecydowali się na trekking.
Odmachujemy. Przechodzimy przez most i zaczyna się Królewska Droga Inków do Machu Picchu! Cały czas siąpi. Po godzinie drogi zatrzymujemy się
na obiad. Powoli się przeciera. Mijamy las eukaliptusowy, a dalej tarasy Inków. Co jakiś czas przechodzimy koło samotnych chatek mieszkańców.
Przy jednej, z krzaków wychodzi pies, którego żebra sterczą jak tarka. Niestety nie mamy nic do dania. Idziemy nie spieszą się. Wszystko jest
nowe, inne niż dotychczas widzieliśmy. Po drodze, przewodnik pokazuje krzew, którego sok jest halucynogenny. Pani Ela mówi, że swego czasu, coś
takiego miała w domu, tyle że troszkę mniejsze. Wreszcie po 3 i pół godzinie marszu docieramy do Huayllabamba, gdzie czekają na nas
rozstawione namioty. Po kolacji Pani Ela dała naszemu (anglojęzycznemu) przewodnikowi żóbrówkę. Bardzo się ucieszył i latał po całym obozie
chwaląc się podarunkiem. Rozkładamy karimaty i usiłujemy się ułożyć. Twardo. W nocy kilka razy się budzę i usiłuję przyjąć wygodniejszą
pozycję. Małe szanse, ale, że byłem na spacerku i świeże powietrze, więc jakoś dotrwałem do rana.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|