| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Ameryka Południowa |
data dodania: 2009-06-27
|
|
autor: piootr3, Piotr Wojtkowski |
Machu Picchu - Inka Trail |
|
| ocena: 4.07 | przeczytano 176 razy |
DZIEŃ CZWARTY
Barbarzyńska godzina!!! Jak mozna budzić ludzi, kiedy jeszcze ciemno?! Jednak można. I trzeba wstać. Wstajemy więc. Jest ciemno jeszcze, ale w
całym obozie ruch. Ostatni nocleg. Jacek nawet wczoraj wziął prysznic. Tyle, że mydło musiał pożyczyć od Francuzów, bo żadne z nas nie zabrało.
Zapłacił 5 soli (za prysznic, nie za mydło). My już przyzwyczailiśmy się do siebie i nie przeszkadza nam swoisty aromat, który nas otacza. Inni
zresztą śmierdzą podobnie. Na dole podobno są gorące źródła, to tam pójdziemy... Na śniadanie jemy po dwa placki i już. Wszystko wczoraj
poszło! Argentynki dzisiaj troszkę cichsze - widać kacyk... Zjedliśmy byle co, wypiliśmy mate de coca, i w drogę! Przechodzimy przez bramkę,
gdzie nas sprawdzają (czy ilość się zgadza). Idzie się troszkę lżej, bo odpadła karimata. Poza tym, jesteśmy podnieceni, przecież za parę
godzin zobaczymy, to do czego szliśmy tyle dni! Robi się szarówka, coraz widniej... Idziemy wzdłóż stoków masywu, ponad rzeką Urubambą, która
płynie w dole. Po drodze wyłożonej kamieniami. Lekko w górę i trochę w dół. Jesteśmy w lesie tropikalnym, słychać ptaki, jak drą dzioby.
Dobrze, że nie mamy kaca, bo wtedy przeszkadza nawet, jak kot chodzi! Jakoś mi nie jest żal Argentynek. Francuzka też spokojna. Zaczynamy się
rozdzielać. Droga jedna, nie da rady nigdzie zabłądzić. Jeszcze troszkę wysiłku. Jeszcze kawałek... Dobrze chociaż, że widoki piękne. Idziemy
ścieżką obsadzoną orchideami. Pani Ela znowu sie zachwyca. Po prawie trzech godzinach marszu dochodzimy do schodów wykutych w skale. Stopnie
prawie półmetrowe. Ciężko się wchodzi, ale już widać przełęcz. Ostatkiem sił wchodzę, z rozbiegu robię jeszcze kilka kroków i widzę... Warto
było! Warto było iść za tego bonusa! Warto było jeść byle co, spać byle jak, pocić się i męczyć!!! Widzę na dole, w oddali, oświetlone
promieniami wschodzącego słońca Miasto! Górę nad nim! Oglądam się za Panią Elą. Stoi za murem i dyszy. Jeszcze nie widziała, więc ciągnę ją
tam, skąd najlepszy widok.
Teraz tylko tam dojść! Robimy krótki odpoczynek przed ostatnim odcinkiem. Teraz będziemy schodzić w dół. Można iść powoli, nie spiesząc się.
Machu Picchu czekało ponad 500 lat, może poczekać jeszcze trochę. Nie ucieknie. Pasiemy oczy widokami. Im bliżej Miasta, tym piękniej wygląda.
Cały czs świeci słońce. Piękna pogoda do spaceru i oglądania. Od strony Miasta idą turyści i trochę dziwnie się na nas patrzą. My na nich też.
Nie mają żadnych plecaków, ubrani, jak na podmiejską wycieczkę. My z plecakami, spoceni, ja z czterodniowym zarostem... No cóż, każdy ma prawo
do swojego stylu zwiedzania. My wolimy pochodzić, inni wolą być dowiezieni... Mijamy ich i wreszcie dochodzimy! Wygląda tak, jak na
fotografiach, które oglądaliśmy w domu, ale będąc na miejscu, zupełnie inaczej się odbiera! Jest wielkie! Wspaniałe! Przewodnik już czeka na
nas, aby oprowadzić po zabytkach. Zaraz dociera Jacek, kilka minut później Francuzi. Oddajemy plecaki do przechowalni, a przy okazji stawiamy
sobie pieczątkę w paszporcie, że skończyliśmy trekking. Przewodnik pokazuje nam, jak mieszkali i żyli Inkowie. Opowiada o ich wierzeniach i
zwyczajach. później oprowadza po świątyniach i ciekawszych miejscach. Prowadzi do Świątyni Księżyca, gdzie oglądam z zaciekawieniem ostatniego
stałego mieszkańca Miasta - szynszyla. Oglądałbym dłużej, ale jakaś głupia baba, podeszła i chciała pogłaskać... Chycnął w kamienie i tyle go
było widać. Kiedy podeszliśmy do ogródka, w którym rosły orchidee i inne kwiaty - zobaczyłem koliberka! Taki maleńki kolorowy klejnocik. Tak
szybko machał skrzydełkami, że wyglądało, to na niebieskawą mgiełkę otulającą jaskrawy czerwono-błękitny tułowik z długim dziobem... Podleciał
do czerwonawego kielicha kwiatu i zanurzył się tam cały. Zgłupiałem z tego wszystkiego i zagapiłem się! Zanim złapałem aparat - fruuu,
odleciał!!! Pochodzliśmy trochę z przewodnikem, później już sami. W trójkę. Wreszce zmęczenie i głód dają się we znaki.
Chcemy zjechać do Aqua Caliente, gdzie są knajpki z cenami na naszą keszeń i gdzieś tam termalne kąpiele. Odbieramy plecaki. Dochodzmy do
przystanku autobusowego i szok... Za 10 minut jazdy trzeba zapłacić po 7 $ !!! Jacek, który chcał zjechać, aby zjeść i wrócić, z miejsca
rezygnuje. Zostaje, bo jak mówi, chce pooddychać atmosferą miejsca. Też bym chcał, ale żołądek przykleił mi się do kręgosłupa i domaga się
swoich praw. Zjeżdżam z Panią Elą.
Masteczko poniżej Machu Picchu żyje z turystów. Pełno tam knajpek, pizzerni, restauracji... Dla każdego i na każdą kieszeń. Znajdujemy jedną
niezadrogą i tam jemy. Jeszcze przed sezonem, węc tłoku nie ma, a ceny przystępne.
Teraz do gorących źródeł! Wejście po 10 soli od osoby. Miejscowi połowa taniej. Przebieramy się i do basenów! Jak dobrze wejść do ciepłej
wody! Moczymy się, odpoczywając, a przy okazji oglądamy okolicę. Siedzimy w końcowym basenie. Najniżej. Baseny przy fontannach z cieknącą wodą
okupują miejscowe damy. Siedzą pod prysznicami w halkach. Widać, że dbają o czystość, bo jak zaczęły się myć, to pościągały i zostały topless.
Hmmm... Moja żona, jest przy nich piękna, zgrabna, szczupła i w ogóle... Siedzieliśmy tam z półtorej godziny, aż odmokliśmy i poczuliśmy się
lepej. Wdziałem tam i innych plecakowców, którzy po "spacerku" przyszli się odświerzyć. Widziałem także jednego kulisa, który siedział cały
czas pod prysznicem i grzał sobie ramiona i kolana. Jest sobota po południu, zaczyna się robić gęściej. Miejscowi zaczynają sę schodzić całymi
rodzinami na cotygodniową kąpiel. Trzeba uciekać, bo w basenach zaraz zrobi się zupa... Szczęśliwie nic nie podłapaliśmy... Wracamy do
miasteczka, po wypluskaniu się apetyty dopisują! Wreszcie zajmujemy strategiczą pozycję na małym placyku przy kościele i wypatrujemy Jacka.
Długo nie czekamy... Jest łatwy do zlokalizowania, bo wystaje nad innych. Opowiada, że wracał z pozostałą częścią grupy. Ta wrzaskliwa
Argentynka, gdzieś im zniknęła na godzinę, a później już była cicho. Ciekawe, co się stało?! Odmieniła się, w pociągu, którym wracaliśmy też
nie było jej słychać, cały czas spała... Aby jednak równowaga została zachowana, darła się, tym razem Amerykanka. Tyle, że głośniej i
piskliwiej... Z pociągu przesiadamy się do autobusu i już jesteśmy w Cusco! Szybko do hotelu - zmyć z siebe basenową wodę Wyciągnąć się w
czystym, mięciutkim łóżeczku... Jutro niedzela, odpoczywamy, a pojutrze do Puno!
Więcej : www.plecakowcy.pl
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|