PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2009-09-03      
autor: katarzyna.kno, Katarzyna Nowak

W pogoni za Draculą

ocena: 4.17przeczytano 159 razy


14.08.2009


Rano okazuje się, że na terenie kempingu znajduje się małe jeziorko, nad którym urządzamy sobie śniadanie i podejmujemy ostateczną decyzję – jedziemy do Budapesztu. Mirek był tam wiele lat temu, ja i Luiza wcale, a w końcu to „prawie” po drodze, cóż bowiem dla nas 200 kilometrów w bok? Już zrobiliśmy ich grubo ponad 3000 :)

Dzwoni Jacek, oni też zmierzają w stronę węgierskiej granicy, więc umawiamy się na obiad w Oradea (tuż przed granicą), by po raz ostatni pogadać z rodakami na rumuńskiej ziemi. Im bliżej miasta, tym pogoda gorsza, żartujemy, że to Rumunia wylewa łzy na wieść o naszym wyjeździe.

Oradea to jedno z większych miast, co od razu widać po ilości przemykających samochodów, tramwajów i trolejbusów. Udaje nam się znaleźć parking tuż przy centralnym Rynku i w strugach deszczu przebiegamy do pobliskiej pizzerii, by tu poczekać na Jacków – powinni być za godzinkę. Ciepła kawa, usypiający dźwięk padającego deszczu i zupełna pustka w knajpce działają usypiająco; ja drzemię zwinięta w kłębek, Mirek i Luiza dzielnie próbują oglądać film w rumuńskiej wersji językowej (niby knajpka mała, ale na ścianie wielki, plazmowy telewizor z kanałem HBO). Na szczęście przyjeżdżają Jacki – na szczęście, bo stopień rozumienia filmu był coraz niższy... Tradycyjnie zamawiamy pizzę, tradycyjnie pyszna J Wymieniamy wrażenia, przerzucamy się znajomością historii Rumunii, opowiadamy sobie co ciekawsze historyjki z minionych dwóch tygodni. Aż trudno uwierzyć, że tyle się wydarzyło! I jeszcze trudniej, że to już koniec, że pora wracać... Wszyscy dochodzimy do wniosku, że ten wyjazd nie zaspokoił naszej ciekawości tym krajem i na pewno kiedyś przyjedziemy tu raz jeszcze. Raczej wcześniej niż później. Żegnamy się na parkingu, wymieniając adresy mailowe; kto wie, może kiedyś wybierzemy się gdzieś razem?

Ostatnie tankowanie paliwa (by wydać pozostałe leje) i obieramy kierunek na Budapeszt. Węgierskie drogi są naprawdę dobre, nawet lokalne mają nawierzchnię bez kolein czy dziur i szerokie pobocza; drogę do stolicy przemierzamy szybko i bezproblemowo. Nocujemy oczywiście na budapeszteńskim kempingu, który ma tę zaletę, że jest zlokalizowany blisko metra, co znacznie ułatwia dotarcie do centrum miasta. Popularność tego miejsca widać od razu, długo szukamy choć skrawka ziemi, by rozbić namiot. Mnóstwo samochodów i namiotów poupychanych jak sardynki w puszce, powietrze rozbrzmiewa niemal wszystkimi europejskimi językami, kilku Polaków również znaleźliśmy. Nie w głowach nam jednak bratanie się z innymi narodami, szybko (mamy w końcu wprawę) pompujemy materac i wyruszamy na miasto. Zapada już zmrok, a każde dziecko wie, że Budapeszt nocą robi oszałamiające wrażenie! Zadziwia nas gwar na ulicach, co krok ogródki piwne, knajpki, parasole, ławki – to miasto żyje, a życie nie zamiera po 22.00. Mimo woli wspominamy Warszawę i wiślane brzegi, ciemne, zarośnięte trzciną i puste, aż żal, że nikt nie potrafi wykorzystać możliwości, jakie daje rzeka. Podziwiamy Parlament, wzgórze Gellerta, mosty, kościoły, kamienice; gdzie nie spojrzymy, tam mnóstwo świateł, ruchu, radości, nikt z nas nie myśli o śnie, choć przejechaliśmy przecież niezły kawałek drogi. Włóczymy się niemal do północy i tylko nieuchronnie zbliżająca się godzina odjazdu ostatniego metra zmusza nas do powrotu na kemping. Fakt, że zmęczenie teraz zaczyna dawać się we znaki, omal nie przesypiamy naszej stacji :)

Rano budzą nas dźwięki zwijanych namiotów i zapuszczanych silników – wśród tylu ludzi trudno o spokój i dłuższy sen. Chcą nie chcąc, także i my powoli zbieramy się, by opuścić kemping. Zostawiamy samochód na pobliskim parkingu, a sami znów w miasto, dziś chcemy poleniuchować na wyspie Małgorzaty. Obiecaliśmy sobie wypić za udany wyjazd właśnie na owej wyspie, teraz pozostaje kupić niezbędny trunek J Początkowo chcemy jeszcze popłynąć Dunajem, ale okazuje się, że taki kurs zabrałby nam cały dzień, a przecież chcemy też powłóczyć się po mieście. Cóż, Dunaj odkładamy na następny raz.

Dobrze nam na wyspie – siedzimy w cieniu, popijamy szampana (czy raczej musujące wino, które szampana z powodzeniem „udaje”) i gadamy, gadamy, gadamy... Dunajem płyną statki, przez most suną autobusy i samochody, po alejkach spacerują matki z dziećmi, słońce przygrzewa, bąbelki szumią w głowach – ech, urlopowe życie! I tylko brzuchy coraz głośniej domagają się posiłku, więc, acz niechętnie, zbieramy się do powrotu. Okazuje się, że tuż obok nas siedzi Polka! Od słowa do słowa nawiązujemy ciekawą rozmowę – dziewczyna pochodzi z Krakowa, a w Budapeszcie jest już półtora roku i, co najdziwniejsze, nie zna węgierskiego! Do pracy i kontaktów ze znajomymi w zupełności wystarcza jej angielski. Dowcipkujemy z kompletnie dla nas niezrozumiałych rumuńskich słówek i tak docieramy do mostu, gdzie nasze drogi się rozchodzą. Po raz kolejny stwierdzamy, że miło spotkać rodaka na obczyźnie, a Polacy za granicą w zasadzie bywają sympatyczni i pomocni. Choć nie jest to reguła, ale pozwólcie, że pominę pewne zdarzenie milczeniem...

Południe dawno minęło, a że jesteśmy po sutym i smacznym posiłku i z głów nie całkiem jeszcze bąbelki wywietrzały, to chęć do dalszych spacerów spada do zera. Snujemy się bez ładu i składu, ziewając jedno przez drugie i z niechęcią myślimy o długiej drodze, jaka czeka nas do Warszawy. Nie możemy jednaj odkładać powrotu na dłużej, wizja powrotu do pracy zbliża się nieuchronnie. Jeszcze tylko ostatnie zakupy tokaju i parę minut po 19.00 opuszczamy stolicę Węgier, kierując się w stronę Polski.

Na pocieszenie oglądamy jeszcze przepiękny zachód słońca, a sama droga mija szybko, bez kłopotów przejeżdżamy Słowację, docierając parę minut po pierwszej do Łysej Polany. Tutaj zmęczenie na tyle daje się we znaki, że po szybkim posiłku (niezastąpione gorące kubki) decydujemy się na sen w samochodzie. Owinięci w śpiwory, w najdziwniejszych pozach, zasypiamy właściwie bez większych kłopotów i śpimy do siódmej rano. A rano zimno – czuć, że jesteśmy w górach J Dwa kroki i jesteśmy znów w Polsce.

Pozwólcie, drodzy czytelnicy, że na tym zakończę opis naszych wojaży. Dodam tylko, że w Warszawie byliśmy wczesnym wieczorem, brudni, zmęczeni, głodni, ale jakże szczęśliwi, że dane nam było zobaczyć Rumunię i jej Cuda. Z całego serca chcielibyśmy polecić ten kraj wszystkim tym, którym trud i niewygody nie straszne, tym, którzy obraz prawdziwego życia cenią bardziej niż widok z hotelowego okna, tym, którzy wolą toaletę w strumyku niż jacuzzi. Ale jeśli nie macie stuprocentowego przekonania, że ten sposób spędzania czasu Wam odpowiada – nie przyjeżdżajcie do Rumunii! Niech ostanie się dla „łazików” choć troszkę miejsc nie skażonych masową turystyką...



Uczestnicy: Luiza Jakubiak, Katarzyna Nowak, Mirosław Ponikowski
Termin: 01-14.08.2009
Środek transportu: Opel Corsa 1,2
Ilość przejechanych kilometrów: 4300
Koszt wyprawy: ok. 1200 PLN/osoba
Waluta: leje (rony), 1 leja = 1 złoty

Informacje praktyczne:

Koszt noclegu na kempingu: 5 (fatalny) – 35 leja (świetny), często dostępna ciepła woda, choć to nie reguła,
Paliwo: ok. 3,9 leja/litr,
Obiad: ok. 25 leja,
Piwo: 2,5 - 3 leja,
Godziny zwiedzania: 9.00-17.00,
Czas: + 1 godzina względem Polski,
Dostępność bankomatów: duża, w wielu miejscach możliwość płatności kartą.

strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Rumunia

Informacje o kraju: Rumunia
Flaga - Rumunia



KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY









© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki