| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Ameryka Północna |
data dodania: 2009-09-06
|
|
autor: kopernik18 |
Wakacje z plecakiem (i jedną walizką) na Barbadosie |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 262 razy |
Idąc dalej zbieraliśmy różne kamienie, właściwie to skamieniałe korale, bo cała wyspa zbudowana jest z koralowców. Po drodze do domu zajrzeliśmy też do stolicy. Szumna nazwa dla kilku urzędowych i zadbanych budynków. Potem kolejny zachwycający zachód i wschód słońca. Tym razem w czasie wschodu słońca pięknie zachodził tez księżyc w pełni. We wtorek pojechaliśmy na wycieczkę objazdową. Najpierw do Speighstown, gdzie spotkaliśmy nasze siostry głoszące na ulicy a potem na wzgórze Harley. Okazało się, że można tam wejść bezpłatnie. Od razu natknęliśmy się na stadko małp zajętych poranną toaletą. Przeprowadziłem tam ciekawą rozmowę z ogrodniczką o pięknych dziełach stwórczych i przyszłym raju. Spotkaliśmy wiele egzotycznych drzew, w tym brodatego figowca, od którego Barbados wziął nazwę. Na przystanku obowiązkowo zrobiłem sobie zdjęcie, bo są tu w użyciu tylko dwa rodzaje tabliczek. Jedna z napisem: Z miasta, a druga: Do miasta. Oznacza to kierunek jazdy autobusu, albo do stolicy albo w przeciwnym kierunku. Ta wyspa naprawdę jest malutka. Kolejnym autobusem dojechaliśmy na wschodnie wybrzeże w pobliżu Bathsheby. Z trudem przedzieraliśmy się przez kamienistą plażę do Soup Bowl, plaży surferów. Trudy wynagradzał odgłos przesuwanych kamyczków przez powracające fale i szum morza. Dookoła pełno było morskiej bryzy z potarganego wiatrem morza. Inne fale majestatycznie rozbijały się o poszarpane skały. Agusia z aparatem w ręku obserwowała moje zmagania z przybrzeżnymi bałwanami. Nie było łatwo utrzymać się na nogach. Trzeba było się dobrze zakopać w piasku aby powracająca fala nie ściągnęła mnie do morza. Wracając autobusem ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że ta na pozór płaska wyspa obfituje w strome zjazdy i podjazdy. Co chwila mijaliśmy jakąś szkołę, więc wkrótce autobus był pełen dzieci w różnokolorowych mundurkach. Wieczorem odkryłem, że oprócz krabów w kolorze piasku, są też kraby w kolorze skał. Na mój widok od razu uciekały. Starałem się wyczekać, aż wyjdą znów z ukrycia. Naprawdę bardzo dobrze są zamaskowane. Oczywiście wszystko to w scenerii bajecznie kolorowego zachodu słońca. Kolejny dzień zastał nas w drodze do Welchman Hall Gully. To piękny wąwóz z ponad 50 gatunkami egzotycznych drzew i krzewów. Odkryliśmy jak wyrasta nowa palma kokosowa. Ot po prostu z całego kokosa ze skórą wyrasta młody pęd. Wystarczy zakopać go nawet na plaży i będziemy mieli nową palmę (nie próbować nad Bałtykiem). Pod nogami zaplątała się nam też dwustunoga. Potem te robale z zadowoleniem pałaszowały owoce kakaowca. Po zerwaniu umieszcza się je razem pod przykryciem, gdzie w ciągu kilku dni ulegają wstępnej fermentacji. Potem wydobywa się nasiona, które poddawane są wtórnej fermentacji, a potem są suszone. Następnie się je praży, mieli i tłoczy aby uzyskać masło kakaowe. Zmielone i odtłuszczone wytłoczyny przybierają postać znanego nam kakao. Łacińska nazwa tych owoców dosłownie brzmi pokarm bogów. Kto nie lubi czekolady, prawda? Widzieliśmy też czerwonego sandałowca, baobab, drzewo mahoniowe i figowca sprężystego z którego pozyskuje się kauczuk. Oczywiście wsłuchiwaliśmy się też w piękny śpiew ptaków bo turystów było tu jak na lekarstwo. Spore wrażenie zrobił na nas gigantyczny bambus, którego gałęzie? pnie? miały ponad trzydzieści metrów a były zaskakująco lekkie. Bardzo dziwna była palma pełna igieł na pniu i na liściach zarówno od wewnętrznej jak i od zewnętrznej strony. Używano ich jako patyczków do czyszczenia zębów. Zadziwiło nas też drzewo nazywane płomienistym, pod którym był piękny dywan czerwonych kwiatów opadłych z jego gałęzi. Agusia znalazła lianę w kształcie huśtawki i z przyjemnością się pobujała. A jako parasol mogłyby służyć największe niepodzielone liście na świecie; wyrastały one z alokazji olbrzymiej zwanej też uchem słonia. Po wyjściu z drugiej strony wąwozu chcieliśmy zwiedzić jaskinię Harrisona ale po dwu godzinnym oczekiwaniu okazało się, że popsuła się maszyneria obsługująca wagoniki i nigdzie nie pojedziemy. Miło jednak spędziliśmy czas rozmawiając z małżeństwem amerykanów. Byli bardzo zdziwieni, że tak bardzo dąży się do usunięcia z umysłów ludzi imienia Jehowa no i zazdrościli nam 26 dni urlopu w pracy bo oni mają maksymalnie 15 dni. Agusia upolowała jaszczurkę na wideo i loda ze sklepiku. Wieczorem zachmurzyło się i zaczął padać deszcz, ale był bardzo cieplutki. Pobiegliśmy więc na plażę. Agusia i tak zmoknięta, postanowiła wykąpać się w ubraniu. Dołączyłem do niej i w cieplutkiej wodzie można było zostać na dłużej. W czwartek znów wypoczywaliśmy na plaży Dover. I ponownie widzieliśmy piękne żółwie. Naszym chrupkom ryżowym towarzyszyły też miejscowe gołębie i piękne czarne wilgowrony, które bardzo ładnie śpiewały. Moja żonka znów zażywała suchych kąpieli ale tym razem z dala od fal, grzejąc się w gorącym piasku.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 2. | 2010-02-12 19:41:59 | kopernik18
| Drogi gościu, dzięki Twojemu wpisowi nasi czytelnicy wiedzą już nieco więcej :-)
Chociaż, przykro się go czyta...
|
| | 1. | 2009-09-28 20:19:21 | gość:
| beznadziejny opis! Byłam na barbados i Wasz opis bardziej zniechęca niż zachęca. brak składu i ładu. A gdzie informacja o pływających zółwiach w fosie w Bridgetown, które miszkańcy karmią jak kaczki, gdzie informacje o przepysznej latającej rybie, albo to ze wyspa ma 22X33 km. Gdzie info o tym ze to kolonia Angielska i mimo to "bejdżanie" kochają Królową, albo to ze niepodległośc uzyskali dopiero w 66 roku...
|
|
|
|