| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Ameryka Północna |
data dodania: 2009-09-06
|
|
autor: kopernik18 |
Wakacje z plecakiem (i jedną walizką) na Barbadosie |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 262 razy |
Jeden rybaków demonstruje mi skrzydła złowionej latającej ryby a inny pokazuje pływającego w pobliżu pomostu żółwia. Ludzie tu są bardzo przyjaźnie nastawieni i często mówią dzień dobry albo jak się masz, oczywiście po angielsku. Spieszę się z powrotem, aby przez zapadnięciem ciemności (bo noc nastaje bardzo szybko, jakieś trzy kwadranse po zachodzie słońca) zdążyć do hotelu. Żonka już nieco odpocznięta, daje się wywabić z pokoju muzyką dobiegającą z hotelowej restauracji. Jakiś miejscowy grajek daje dziś koncert do kolacji. Z przyjemnością słuchamy znanych, starych przebojów wśród szumu fal. Rankiem idziemy odwiedzić pobliską plażę Maxwell. Napotykamy jakieś drzewo oblężone przez ptaki, które akurat dają wielki koncert. a O wschodzie słońca pozujemy wytrwale do zdjęcia, które widzieliśmy na okładce jednego z folderów. Po kilku próbach, sukces. Spotykamy też kraba, który wyszedł ze swej norki i umykał przed moim aparatem. W hotelu czekając na transport do portu, Agusia uporządkowała swoje skarby znalezione na plażach i zrobiliśmy im porządne zdjęcie. Znajdowaliśmy też drobniaki na ulicy i uzbierało nam się na partyjkę bilardu. W końcu przyjechał po nas klimatyzowany bus i dotarliśmy na naszą podwodną wyprawę. Na małym stateczku wyczekiwaliśmy z napięciem wynurzenia się łodzi podwodnej Atlantis III. W końcu jest, wypłynęła. Zajęliśmy miejsca z przodu. Po bokach były ogromne okna. Razem z nami płynęło około 50-ciu pasażerów. Przednia szyba, przed którą siedział kapitan przybliżała obraz. No i zaczynamy zanurzenie! Gra pasująca jak ulał melodia yellow submarine a pomocnik kapitana zabawia nas wesołymi tekstami. Małe dzieci są zafascynowane i co chwila pokazują na nowe podmorskie dziwy. Nam też bardzo podoba się ta podróż. Schodzimy aż na 43 metry. Tak nisko traci się większość kolorów widma słonecznego i pozostaje głównie niebieski. Mija nas ławica wielkich tuńczyków, pełno jest też innych rybek i falujących korali. Podpływamy też do wraku statku i towarzyszy nam melodia z Titanica. W końcu wynurzenie, znów na powierzchni. Myślałem, że będę się czuł bardziej zamknięty czy ograniczony pod wodą, ale to chyba kwestia wielkości statku, ogromnych okien i utrzymującego się normalnego ciśnienia powietrza. Do domu znów wracamy w deszczu. Ostatnie barbadoskie dolary wydaję na Internet by zarezerwować akurat te miejsca w samolocie, które zapewnią nam możliwość obserwacji wybrzeża i zachodu słońca, o ile wystartujemy na czas. Przestaje na chwilę padać i wędrujemy kilkanaście minut do Oistins na przystanek. Niestety nie widać dziś już słońca, zaczerwieniają się tylko wierzchołki wysokich chmur. Gdy tylko autobus ruszył rozpętuje się ulewa. W ciemnościach udaje nam się odnaleźć właściwy przystanek i nacisnąć stop, kierowca jednak wiezie nas trochę dalej. Na szczęście już nie pada i bez problemów docieramy do Sali Królestwa. Dziś ma zebranie inny zbór i kolejny brat łamie sobie język przekazując pozdrowienia z Polski. Z przyjemnością nawiązujemy tu kolejne znajomości a mama Marquity odwozi nas do hotelu. Ta młoda siostra pragnie zostać pionierką i bardzo trudno jest jej sobie wyobrazić, jak to jest u nas śnieżną zimą. Dla nas to niestety rzeczywistość, jak to się jeszcze okaże po powrocie. Rano się rozchmurza i udaje mi się namówić moją żonkę na ostatnia eskapadę na wschód słońca. Jedziemy minibusem na plażę Silver Sands. Tu też wita nas piękny ptasi koncert. Tym razem jesteśmy na plaży z której będzie widać wschód słońca wprost z oceanu. Jest trochę chmur, które pięknie kolorują nam tło do zdjęć. Wracamy i pakujemy się. Potem śniadanko i ostatni raz na plażę. Szkoda opuszczać to piękne i cieplutkie miejsce. Zastanawiamy się czy uda nam się dotrzeć z naszymi bagażami autobusem na lotnisko. Nie ma problemu, zabiera nas prywatny autobus. Na szczęście ma popsuty magnetofon i jest błoga cisza. Na lotnisku okazuje się, że możemy zabrać nasze koralowe skarby i celniczka daje nam jeszcze na nie gustowną torbę. Zaopatrujemy się w zapasy rumu i do samolotu. Mamy miejsca z lewej strony i niecierpliwością spoglądam na zegarek. Mamy wystartować 20 minut przed zachodem słońca. Startujemy na 5 minut przed tym jak z wyspy nie będzie można już ujrzeć naszej gwiazdy. Przelatujemy w pobliżu najpiękniejszych plaż i przebijamy się przez chmury. Mimo, że lecimy na północny wschód to słońce ukazuje nam się w całej pełni. Cały czas się wznosimy i dzięki temu zachód słońca nastąpi dla nas później niż byłoby to na ziemi. Robię zdjęcie ostatniemu rąbkowi słońca i zaczynam nagrywać pusty już horyzont ze strzępkami chmur a tu nagle słońce pojawia się znowu z boku bardzo odległej chmury, fantastycznie! Po kilkunastu sekundach zachodzi już na dobre. Od startu wznieśliśmy się już na 10 kilometrów. Dzięki temu, że byliśmy tak wysoko zyskaliśmy aż 18 minut światła słonecznego więcej, niż gdybyśmy byli na powierzchni morza. Zaraz potem dostaliśmy napoje i gorący posiłek. Oglądaliśmy bajkę, a potem na sen nie było już dużo czasu. Przed lądowaniem podano śniadanie i zobaczyliśmy, że wbrew zapowiedziom kapitana jest około 8 stopni ciepła. Jednak niżej było chłodniej i kołując do terminala odczytaliśmy temperaturę plus 1 stopień i napis: Bardzo zimno (pewnie ze względu na anglików, bo nas w Polsce czekało sporo poniżej zera) Dzień wstał pogodny i gdy zostawiliśmy bagaże w przechowalni na Victorii słoneczko już przyjemnie grzało. Spacerowaliśmy w kierunku Big Bena.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 2. | 2010-02-12 19:41:59 | kopernik18
| Drogi gościu, dzięki Twojemu wpisowi nasi czytelnicy wiedzą już nieco więcej :-)
Chociaż, przykro się go czyta...
|
| | 1. | 2009-09-28 20:19:21 | gość:
| beznadziejny opis! Byłam na barbados i Wasz opis bardziej zniechęca niż zachęca. brak składu i ładu. A gdzie informacja o pływających zółwiach w fosie w Bridgetown, które miszkańcy karmią jak kaczki, gdzie informacje o przepysznej latającej rybie, albo to ze wyspa ma 22X33 km. Gdzie info o tym ze to kolonia Angielska i mimo to "bejdżanie" kochają Królową, albo to ze niepodległośc uzyskali dopiero w 66 roku...
|
|
|
|