PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2009-09-12      
autor: kopernik18

Całkowite zaćmienie słońca w Turcji

ocena: 3.00przeczytano 98 razy


Relacje z jednego z najpiękniejszych zjawisk na naszej planecie: całkowitego zaćmienia słońca!

Całkowite zaćmienie słońca w Turcji!




Wyjazd na to zaćmienie zacząłem już planować w 1999 roku po obejrzeniu zaćmienia nad Balatonem. Początkowo zamierzałem jechać do Turcji samochodem, ale w końcu postanowiłem wykupić regularną wycieczkę z biurem podróży i polecieć samolotem. Samochód postanowiłem wypożyczyć dopiero na miejscu. Największe obawy oczywiście budziła pogoda. Na moje nieszczęście w Internecie są już dostępne szczegółowe mapy zachmurzenia aż 16 dni do przodu. Oczywiście to czyste spekulacje przewidzieć rozkład chmur nad Riwierą Turecką z takim wyprzedzeniem, ale i tak codziennie denerwowały mnie zmiany tej prognozy szczególnie z nieba bezchmurnego na zachmurzone! W końcu dopadłem ostatnią prognozę pogody tuż przed wylotem i zapowiadało się ... bezchmurnie, uff. Wieczorem w przeddzień zaćmienia oglądaliśmy przepiękny zachód słońca na bezchmurnym niebie. Słońce schodziło między palmami za odległe góry nad zatoką Antalya. Rano jeszcze przed wschodem słońca pobiegłem do hotelowej kafejki internetowej. Na niebie świeciła bardzo jasno Wenus. Miałem nadzieję ujrzeć ją powtórnie w pełni blasku w południe. Pogoda dalej zapowiadała się rewelacyjnie. Zsynchronizowałem zegarek. Po zrobieniu kilku ujęć wschodu słońca zapakowaliśmy w siebie obfite śniadanie a do samochodu suchy prowiant. O godzinie 8:00 byliśmy już w drodze na północ w kierunku ośnieżonych gór. Trasa była widokowo przepiękna. Szeroka górska droga z mnóstwem serpentyn. Najdziwniejszy widok to spokojnie pasące się stada kóz tuż przy asfalcie blisko stromego zbocza. Zatrzymaliśmy się raz koło samotnego kozła by go sfilmować. Uparty był jednak jak nie wiem co i mimo naszego uporczywego trąbienia nie spojrzał na nas ani razu. Mapa nieomylnie wskazywała, że powinniśmy minąć boczną drogę na wysoką górską przełęcz. Nie było jednak żadnych znaków. Zatrzymaliśmy się w zajeździe, gdzie właściciel uprzejmie nas poinformował, że owa droga jest zaśnieżona i nieprzejezdna. Nie chciało mi się wierzyć, że na wysokości około 1400 m n.p.m. można napotkać taki śnieg. Ruszyliśmy więc w górę wąską drogą, która jednak się znalazła. Po kilkudziesięciu metrach musiałem skapitulować. Masa śniegu i bez łańcuchów ani rusz. Zatrzymaliśmy samochód obok innego turysty, który nocował sobie tam w najlepsze, śpiąc koło swojego pojazdu. Weszliśmy na pierwszy płat śniegu i wcale nie uśmiechało mi się iść dalej. Agusia i mama miały kryte buty a ja byłem w sandałkach. W końcu jednak pragnienie zdobycia wysokiej przełęczy (Imarsan Gecidi 1525 m) wzięło górę. Po kilku ujęciach w stroju plażowym na śniegu, zostawiłem przemoczone skarpetki na krzaku, aby wyschły i ruszyłem ostrożnie do góry, aby nie zapadać się zbytnio w śnieg. Potem obrałem drogę na skróty między drzewami, ponieważ nie było tam prawie wcale śniegu. Spłoszyliśmy jakiegoś dzikiego zająca i dotarliśmy w końcu do pięknej panoramy okolicznych gór. Wracaliśmy z powrotem prawie po własnych śladach. Żonka śmiała się, że na pewno nie znajdę lekkomyślnie porzuconych części mojej garderoby, ale jako wytrawny turysta nie miałem z tym problemów. Koło samochodu znaleźliśmy jeszcze piękną łąkę z kwitnącymi krokusami między topniejącym śniegiem. Raczyliśmy się spokojnym szmerem strumyka i gorącym rannym słoneczkiem. Właściwie to było jeszcze nieuszkodzone, ale już czuło się zbliżający księżyc.
Postanowiliśmy wracać w dół. Pojechaliśmy teraz boczną drogą w kierunku doliny potoku Manavgat. Jego ujście było dokładnie przy naszym hotelu, a nieco wyżej są na nim słynne wodospady. Rzeka, bo trudno ją nazwać potokiem zrobiła na nas duże wrażenie. Przepiękny turkusowy kolor i powyginane drzewa wyrastające z jej nurtu tworzyły fascynującą scenerię. Czekała nas kolejna sesja zdjęciowa. Czas jednak nas gonił. Było już około 11:30. Cień księżyca dotknął już powierzchni ziemi i pierwsi obserwatorzy widzą zaćmienie przy wschodzie słońca nad Atlantykiem w Brazylii. Nie chciałem żeby zaćmienie zastało nas wysoko w górach, ponieważ zaczęły się pojawiać małe cumulusy i jakiś jeden mógłby nam zaszkodzić. Droga sprawiła nam niespodziankę, ponieważ było na niej więcej serpentyn niż przypuszczałem. Nie było już czasu, aby zajrzeć do jaskini w Urunlu, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę przy kolejnym stadzie domowych zwierząt. Starsza Pani, która się nimi opiekowała robiła pięknie na drutach, co oczywiście zainteresowało moją mamę. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilkę w ciekawym miejscu. Droga prowadziła wąskim gzymsem nad przepaścią gdzie w dole pięknie wiła się szeroka rzeka Manavgat. Końca gór nie było widać. Czas uciekał, do początku zaćmienia częściowego 20 minut. Cień Księżyca wkracza na terytorium Afryki. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilkę przy nowonarodzonym koźlątku na skraju szosy. Mama stała obok i nie spuszczała z nas wzroku. Maleństwo jeszcze nie wstało. Narodziny musiały nastąpić dosłownie przed chwilką. Niezapomniany widok. Dalej kolejne serpentyny i następny podjazd. Kolejne stada kóz i piękne psy pasterskie. W końcu cywilizacja. Ale co to? Chyba z kilkadziesiąt autobusów! Tylko gdzie pasażerowie? Zatrzymaliśmy się na skraju drogi. Jest jeden mężczyzna z teleskopem. Patrzymy na zegarek: 12:39 - początek częściowego zaćmienia!
Na terytorium Nigru niektórzy ludzie zupełnie zaskoczeni tkwią w niespodziewanych ciemnościach. Ciekawe, co czuje człowiek, który nic nie wiedział o takim zjawisku i widzi go po raz pierwszy. Nad Balatonem czułem, że gdybym żył w starożytności to naprawdę wystraszyłbym się widząc czarną dziurę na środku nieba, gdzie przed chwilą było życiodajne słońce! W dole daleko na horyzoncie morze. Jest koniec gór. Pewnie to najlepszy punkt widokowy. Ale nie zostaniemy tutaj. Tym razem chciałbym, oglądać zaćmienie bez udziału tłumów i nie ze wzgórza, ale gdzieś w ustronnej dolince. Ruszamy w dół. Po drodze mijamy kolejne zaparkowane autobusy i samochody. Jeszcze niżej mijają nas pędzący w górę spóźnialscy. My z nie mniejszą szybkością uwijamy się serpentynami w dół. Wiem już, że nie zdążę nad zaporę na rzece Manavgat. Mijamy jeszcze miasteczko Yaylaalan. Grupki dorosłych i dzieci wyczekują zaćmienia. Do fazy całkowitej już tylko 40 minut. Decyzja. Zatrzymujemy się.


strona: 1 | 2

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Turcja

Informacje o kraju: Turcja
Flaga - Turcja








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms