PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć




  Artykuły

kategoria: Podróże>Afryka data dodania: 2009-09-21      
autor: kopernik18

Mauritius - wyspa sympatycznych mieszkańców

ocena: 3.40przeczytano 134 razy


W Mon Choisy czekała na nas zamówiona kwatera. Z radością powitaliśmy prysznic i łóżeczko. W czwartek rano czekało już na nas śniadanko. Na pewno sobie inaczej je wyobrażaliśmy ale dostaliśmy tylko bagietkę, masełko i dżem (odrobinkę dżemu). Do tego była herbatka i soczek. Dobrze, że wzięliśmy nieco zapasów z Polski. Tak zresztą postanowiliśmy aby obniżyć koszty pobytu. Potem poszliśmy na pierwszą plażę. Przeszliśmy przez hotel na piaseczek porośnięty palmami. Woda cieplusieńka. Nie było tylko kolorowych rybek. Poszliśmy więc na inną plażę, tym razem publiczną. Rosły tam wysokie iglaste drzewa, chyba jakaś odmiana sosen. W morzu widać było tylko czarne główki wystające z wody, kąpało się dużo miejscowych. Tu też nie było rybek, rafa jest nieco dalej, za daleko na dopłynięcie. Miałem zdjęcia satelitarne i zobaczyłem, że w sąsiedniej miejscowości do rafy jest bliżej i powinienem tam dopłynąć. Po południu pojechaliśmy autobusem do Grand Baie. Komunikacja jest tam bardzo tania. Dziesięć kilometrów przejedzie się za złotówkę. Odnaleźliśmy supermarket i zaopatrzyliśmy się w owoce. Potem zaszliśmy na Salę Królestwa. To cudowne, że na drugim końcu świata możemy spotkać prawdziwych braci i siostry. Choć byliśmy innego koloru skóry i nie rozumieliśmy ich języka przyjęli nas bardzo serdecznie. Jedna rodzina zaprosiła nas nawet do siebie do domu na sobotę. Zebrania tu są wcześniej niż u nas, bowiem po zachodzie słońca ustaje komunikacja. Jednym z ostatnich autobusów wróciliśmy więc do naszego hostelu Heron Villas. Rano w piątek skorzystaliśmy już z tutejszego ptasiego budzika i sfotografowaliśmy olorowego kardynałka. Potem pojechaliśmy, oczywiście autobusem, do ogrodu botanicznego Pamplemousses. To niezwykły ogród, mnóstwo tam ogromnych drzew, głownie baobabów. Był tam cały staw ogromnych liści lilii wodnych. Chciałem sprawdzić jak ciężki jest taki liść i dotkliwie się ukłułem. Od spodu ten liść jest także pełen kolców, ba piękne kwiaty tych roślin mają płatki powleczone kolcami! Bardzo spodobały się nam lotosy i ich śmieszne kwiatostany przypominające prysznic. Było tu też dużo różnych gatunków palm. Najlepiej podobały nam się na Mauritiusie palmy butelkowe. Zrobiliśmy sobie też zdjęcie między szybko rosnącymi bambusami. Podobno przybywa im jeden centymetr dziennie ale nie mieliśmy tyle czasu aby poczekać. Zmęczeni wróciliśmy na kwaterę. Wystarczyło jednak się posilić i późnym popołudniem byliśmy już na plaży w Trou aux Beaches. Tam były już rybki. Co prawda nie dopłynąłem do krawędzi rafy, bo zrobiło się zbyt płytko, ale i tak było co oglądać. Tam oczarował nas też cudowny zachód słońca. Czerwienie malowały różne wzory na niebie i wodzie. Pięknie wyglądało też ciemniejące niebo zza palm. W sobotę mieliśmy naszą pierwszą i ostatnią zorganizowaną wycieczkę. Zostaliśmy zabrani motorówką na trzy wysepki na północ. Szybka jazda po morzu przypomina zapewne jazdę na koniu. Na przedzie motorówki najbardziej odczuwa się skoki pomiędzy falami. Najlepiej siedzieć mocno wspierając się na ugiętych nogach albo stać na środku mocno pracując nogami. Na tyle łódki tak nie rzucało, ale za to wszyscy byli tam kompletnie przemoczeni. Pierwsza wyspa, Coin de Mire, zaskoczyła nas ogromną pionową ścianą wyrastająca z morza. Nie dane nam było długo się jej przypatrywać, bo znów pędziliśmy do przodu raz po raz skacząc z fali na falę. W końcu dolecieliśmy do Flat Island. Tam mieliśmy czas na plażowanie. Tu woda miała cudowne odcienie i była bardzo przeźroczysta. Istniał bardzo silny prąd między nami a sąsiednią wysepką Ile Gabriel. Czułem się trochę jak w rzece. Potem my mieliśmy lunch a do deseru dobrały się zielonkawe gekony. Trudno było też zbierać muszelki, bowiem większość z nich miała właściciela i najczęściej uciekała na krabich nóżkach w popłochu. Wracając odwiedziliśmy rafę w pobliżu Coin de Mire. Muszę jednak stwierdzić, że bogactwo ryb i kolorów jest dużo większe w Morzu Czerwonym. Miło jednak było zobaczyć ponownie wszystkie znajome rybki. Wieczorem byliśmy w gościnie w kreolskim domu. Rok temu zmarł gospodarz i bardzo trudno jest teraz tej rodzinie pod względem materialnym. Nie brakuje więc i tu kłopotów z utrzymaniem. Problemy te jest w stanie rozwiązać na całej ziemi tylko Królestwo Boże. Zasiedliśmy do kolacji. Poproszono mnie, aby w imieniu wszystkich, po polsku podziękować Bogu w modlitwie za ten posiłek. Na szczęście oficjalnym językiem jest tu angielski więc mogliśmy się jako tako porozumieć w trakcie posiłku. Wymieniliśmy adresy i moja żonka zamierza pisać zwykłe listy do siostry Carole. Ja z jej bratem Jean-Marie postanowiłem korespondować za pomocą poczty elektronicznej. Byliśmy szybsi, mamy już kilka e-maili za sobą. W niedzielę rano kupowaliśmy prezenty. Teraz wisi u nas w domu na ścianie ładny duży ptak dodo. Potem poszliśmy coś zjeść, poradzono nam w chińskiej restauracji spróbować albo fujang, albo kano laki. Kano laki było za drogie, więc wybraliśmy fujang. Potem okazało się, że zrezygnowaliśmy z całej dużej kaczki, oj nie dalibyśmy jej rady. Dostaliśmy za to omlet z owocami morza. Nie powiem, byłem głodny i nawet mi smakowało. Moja żonka z ciekawością obejrzała danie i na pewno jednego owoca z morza zjadła. Ale zdecydowaliśmy, że nie lubimy owoców morza i kolejne dania na Mauritiusie były już bez tych delikatesów.

strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Mauritius

Informacje o kraju: Mauritius
Flaga - Mauritius



KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY






© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki