| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Afryka |
data dodania: 2009-09-21
|
|
autor: kopernik18 |
Mauritius - wyspa sympatycznych mieszkańców |
|
| ocena: 3.40 | przeczytano 134 razy |
Potem poszliśmy na zebranie i doładowaliśmy nasze duchowe akumulatory. Na prawdę dzięki kontaktom z braćmi i dzięki zebraniom nawet w obcym języku ta wyprawa była dla nas jeszcze wspanialsza! Nie udało nam się dawać komentarzy ale przynajmniej mogliśmy śpiewać z innymi w swoim języku. To dobrze, że mamy te same pieśni na całym świecie. Tego dnia wieczorem zachód słońca był taki, na jaki czekałem. Słońce zatopiło się bezpośrednio w morzu bez ani jednej chmurki przy horyzoncie. Nie było niestety zielonego promienia, może za szybko zachodzi? Potem próbowaliśmy przedrzeć się w pola na obserwację gwiazd. Niestety pola były ogrodzone. To dziwne, ale okazało się potem, że na tej wyspie jest bardzo dużo ogrodzeń. Pojechaliśmy więc autobusem do Pointe aux Cannonieres i wracaliśmy plażą 3 godziny do domu. Niebo jest tu zupełnie inne. Odnajdywaliśmy nowe, nie widoczne z Polski gwiazdozbiory wchodzące w skład Okrętu, pięknie świecił Krzyż Południa i obok niego Centaur. Ledwo widoczny był Wielki Obłok Magellana, ze względu na światła miast na południe od nas. Są tu też małe niepozorne gwiazdozbiory, łatwe do zapamiętania, jak na przykład Mucha czy Trójkąt Południowy. Nie było jednak takie oczywiste gdzie są nasze gwiazdozbiory. Lew był odwrócony do góry nogami. Z wielkiej Niedźwiedzicy wystawały nad horyzont tylko łapy. Ani śladu Gwiazdy Polarnej. Kruk świecił dokładnie ponad naszymi głowami. Dobrze, że można się było zorientować po zimowych gwiazdozbiorach, które choć poprzechylane dawały się łatwo znaleźć. Widzieliśmy Oriona, Wielkiego Psa i Woźnicę. Na plaży tajemniczo świeciły jakieś morskie malutkie stworzonka. Gdy się przeszło w pobliżu linii wody, to pobudzone naszymi stopami zaczynały się jarzyć. Ciekawe co to było? Poniedziałek w całości był przeznaczony na plażę. Rano postanowiłem spróbować latania na spadochronie za motorówką. Super! Z wysokości kilkudziesięciu metrów bardzo pięknie było widać morze, rafę i spory kawał wyspy. Szczególnie ciekawie prezentowały się odległe góry i małe wysepki. Następnym razem wezmę ze sobą aparat i będę robił zdjęcia z góry. Wieczorem poszliśmy do pięknego ogrodu w pobliskim hotelu i robiliśmy mnóstwo zdjęć z zachodzącym słońcem w tle. Następnego dnia rano znalazł nas kolejny zamówiony taksówkarz i pojechaliśmy do naszego kolejnego hostelu Paul and Virgine. Po drodze zatrzymaliśmy się w Port Louis w miejscu zwanym Waterfront. Jest tu cała promenada umożliwiająca robienie zakupów i mnóstwo restauracji. My poszliśmy na zakupy jednak na targ owocowo-warzywny. Obkupiliśmy się w całe mnóstwo różnych owoców. Niektóre były zupełnie nam nieznane, jak owoc przypominający gwiazdę, czy taki który miał skórkę podobną do łusek. Stamtąd pojechaliśmy do Pointe aux Sables gdzie było Biuro Oddziału Świadków Jehowy, czyli Betel. I tu można je zwiedzać, więc razem z naszym taksówkarzem skorzystaliśmy z gościnności naszej przewodniczki Joyce. To piękne miejsce, utrzymane we wzorowej czystości ze wspaniałym ogrodem i najpiękniejszymi widokami za oknem. Betel jest położone na wzgórzu i pod nami rozciągał się w dali ocean, na tle palm i mnóstwa kwiatów. Joyce zajmuje się tłumaczeniem publikacji na tutejszy język kreolski. Obok Betel jest też Sala Zgromadzeń w której zazwyczaj parkują pod dachem samochody, ale już w najbliższy weekend miała się zapełnić krzesełkami na duże zgromadzenie. Postanowiliśmy zatem tu powrócić w niedzielę. Nasza druga kwatera zaskoczyła nas zupełnie, spośród wszystkich pokoi dostaliśmy ten nazwany Maja. Moją żonkę pieszczotliwie nazywam Pszczółką. Lepiej nie można było trafić! Pokój był ozdobiony plastrami miodu co potęgowało jeszcze wrażenie gorąca, które nas otaczało. Ale tutaj mieliśmy klimatyzator. Choć ze względu na zdrowie chyba lepszy jest wentylator przy suficie. Trochę byliśmy zmęczeni
Kwiaty podróżą, ale nie chcieliśmy opuścić naszego chrześcijańskiego zebrania. Przebraliśmy się i pojechaliśmy autobusem do Bambous. Tam życzliwe dzieci powiedziały nam, ze zebranie będzie godzinę później niż myśleliśmy. Poszliśmy więc nad ogromny zbiornik słodkiej wody. Bardzo ładnie prezentował się w świetle zachodzącego słońca pomiędzy wzgórzami. Na zebraniu spotkaliśmy w końcu Słowianina. Była to Rosjanka Viktoria, która wyszła za mąż za Mauriutianina Michaela. Zaproponowali, że nas odwiozą, ponieważ o tej porze już nie kursowały autobusy. W środę postanowiliśmy iść na plażę o wschodzie słońca i to był bardzo dobry wybór. Słońce nie grzało jeszcze tak mocno (najpierw nie było go wcale oczywiście :-). Moja żonka natrafiła na prawdziwą kopalnię pięknych muszelek i dźwigałem potem nieco kolorowego wapienia. Tutaj do ptaków przyłączył się jakiś kogut i piał tak co rano.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|