| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Afryka |
data dodania: 2009-09-21
|
|
autor: kopernik18 |
Mauritius - wyspa sympatycznych mieszkańców |
|
| ocena: 3.40 | przeczytano 134 razy |
Po śniadaniu poszliśmy odespać ranek a potem skorzystałem z basenu, który tutaj mieliśmy. Niewielki z lekko słoną wodą, ale nasz. Było już wczesne popołudnie gdy ruszyliśmy na wyprawę w góry. Upatrzyłem sobie taką górę koło miejscowości Tamarin, ale nikt nie wiedział jak się na nią wchodzi. W domu oglądałem satelitarne zdjęcia i miałem mniej więcej koncepcję gdzie zacząć, niestety nie było żadnych map turystycznych. Na miejscu od podnóża góry odgradzały nas łąki pełne chaszczy. Zapuścliśmy się w nie odważnie wiedząc, że nas tu nic nie złapie za nogę. Niestety z bliska okazało się, że jest tu ogrodzenie. Po co ktoś ogrodził górę? Szliśmy wzdłuż płotu kilometr i nic, nieco dalej jeden płot się skończył a drugi zaczął. Było jednak jak się przedostać na druga stronę moja żonka pierwsza więc przeszła, ale naszły ja wątpliwości, czy aby za tym ogrodzeniem nie ma dzikich zwierząt. Zastanowiłem się, rozejrzałem dokładnie po okolicy i zobaczyłem tabliczkę z napisem: chase garden, oraz kilka wieżyczek, takich jak u nas w lasach do obserwacji zwierząt. To słowo chase nie dawało mi spokoju bo kojarzyło mi się z jakimiś polowaniami. Postanowiliśmy nie iść dalej, to znaczy Agusia musiała z powrotem przedostać się przez ogrodzenie :-). I tyle było z naszej wspinaczki. Wróciliśmy na drogę i postanowiliśmy pojechać w głąb doliny do parku narodowego, może tam będzie furtka do wejścia na najwyższy szczyt Mauritiusa? Jedzie jakiś busik. Macham i zatrzymuje się. Pełno w nim Hindusów, ale mieli dwa wolne miejsca i nas zabrali. To kilkanaście rodzin zrobiło sobie tego dnia objazdową wycieczkę po wyspie. Poczęstowaliśmy ich polskimi cukierkami i ciastkami. Zaproponowali, że nas zabiorą z powrotem. Super, ponieważ nie byłoby jak wrócić a i tak nie zaczynał się tu żaden szlak na szczyt. Można było iść tylko w górę rzeki, co zresztą uczyniliśmy. Gospodarze pokazali nam jakieś drzewo z zielonkawymi owocami, chyba gujawami. Były orzeźwiające. Zrobiliśmy sobie mnóstwo zdjęć z dziećmi, które były żywo zainteresowane białymi przybyszami. Mam wrażenie, że byliśmy tak samo egzotyczni jak czarnoskórzy u nas. Odwieźli nas potem prawie aż pod sam dom. Kilka przystanków autobusem
Wenus i zdążyliśmy na plażę, by zaobserwować resztki gasnącego dnia. Jak zwykle bardzo jasno świeciła Wenus. Widać było nawet poświatę rzucaną przez nią na morze. Kolejnego dnia tez poszliśmy na wschód słońca. Tym razem szliśmy plażą w kierunku hotelu La Pirogue. Gdy dochodziliśmy do pierwszych parasoli lunął deszcz. Prawdziwa ulewa. Chwilę później znów świeciło słońce a z morza wychodziła przepiękna podwójna tęcza. Widzieliśmy ludzi na konnej przejażdżce po plaży. Zrobiliśmy sobie mnóstwo zdjęć w tutejszym ogrodzie i widzieliśmy całe stadko kardynałków. Ciekawe, że goście hotelowi, którzy zbyt długo stoją pod palmą są proszeni o przejście gdzie indziej bo kokosy przecież też czasem spadają. Oj nie chciałbym takim kilkukilogramowym pociskiem oberwać. Do hostelu wróciliśmy jak zwykle autobusem. Tego dnia plażowaliśmy na basenie i udało mi się namówić żonkę, aby ze mną popływała. Po południu pojechaliśmy na zakupy do Bambous, ale nie było tu zbyt dużo sklepów. Poprzestaliśmy na kilku sokach i lodach. Częstym widokiem są tu psy pilnujące posesji z dachów swych domów. Ciekawe jak tam wchodzą? No i trzciny, które porastają chyba całą wyspę. Dotarliśmy też na Salę Królestwa, na nasze ostatnie zebranie tutaj. Po tej duchowej uczcie zaprosiliśmy Viktorię i Michaela do nas na polskie paluszki i pieguski. W piątek rano naszym celem był park pełen ptaków: Casela. Dojechaliśmy tam oczywiście autobusem. Przywitały nas ogromne i bajecznie kolorowe ary. Mnóstwo tu było różnych gatunków papug. Można tu też zobaczyć bardzo rzadkiego gołębia różanego. Nie jest tak ładny, jak ptak dodo ale na szczęście nie został całkowicie wytępiony. Moja żonka uzbierała tu całe naręcze pięknych piórek. Był tu też punkt widokowy, na który trzeba było się kilka minut wspinać. Dobrze, że weszliśmy na tę górę (pewnie większość z Was nazwała by to małym wzgórzem, ale nie uprzedzajmy faktów). Stamtąd zeszliśmy nad stawy, gdzie przywitało nas stadko różowych pelikanów i innych pięknych wodnych ptaków. Był też osioł, który odwracał głowę do zdjęcia. Duży struś, który przed zdjęciem uciekał i czarna świnia, która mijała aparat z daleka. Może wiedzą, że jesteśmy wciąż mięsożercami. Poszliśmy więc na ludzkie jedzenie. Agusia zamówiła hamburgera a ja jakiś omletowy wymysł. Chyba lubię eksperymentować z nieznanym jedzeniem. To odkrycie było bardzo dobre. Najedzeni potoczyliśmy się na przystanek i pojechaliśmy na południowy kraniec wyspy, na półwysep Le Morne. Była tam góra o której przeczytałem, że da się na nią wejść. Nawet dojechałem do punktu gdzie zbierają się wyprawy na nią, organizowane przez miejscowe biura. Niestety wszyscy spotkani tam taksówkarze i sprzedawcy upierali się, że na tę górę nie da się wejść a poza tym nie wolno, bo to Park Narodowy. No i tyle było z mojej wspinaczki. Dobrze, że zdobyliśmy ten pagórek w Parku Casela, to był nasz najwyższy szczyt. Następnym razem będę lepiej przygotowany! Paradowaliśmy przed stromą ścianą z aparatem robiąc pamiątkowe zdjęcia. Doszliśmy na plażę, gdzie czekały na nas lody i zimna fanta, mniam, mniam. Następnie rozłożyliśmy się pod palmami na pięknej plaży. Przy linii wody leżały jakieś obłe stwory a dzieci wyciągnęły z wody jeżozwierze. Jak miło było wejść do wody i odprężyć się po całym dniu. Leżeć, kołysząc się na falach z pięknym widokiem na palmy i ogromną górę. Niestety tutaj po raz pierwszy obsługa hotelowa zaczęła nas przeganiać. W ich mniemaniu byliśmy aż dwa metry za daleko rozłożeni. Musieliśmy zza palmy przenieść się przed palmę. Dogadałem się z osobą mieszkająca w tym hotelu, że na czas zachodu słońca będę mógł być jej gościem i zrobić kilka zdjęć spoza palm, ale kazano nam iść do recepcji i to od strony ulicy. Dałem sobie spokój. Zachód słońca przed palmami był też zachwycający! Potem poszliśmy na najbardziej wysunięty cypel na południowy zachód. Tam zaskoczył nas bardzo silny wiatr wiejący ze wschodu. Położyliśmy się na plaży i zasłonięci pobliską fałdą piasku obserwowaliśmy niebo. Nie było już żadnych świateł na południe więc niebo powinno być zupełnie czarne. Ale nie było. Powiecie pewnie, Księżyc. Ale nie, nie było Księżyca, to Wenus
rozświetlała niebo dookoła siebie.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|