PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć




  Artykuły

kategoria: Podróże>Afryka data dodania: 2009-09-21      
autor: kopernik18

Mauritius - wyspa sympatycznych mieszkańców

ocena: 3.40przeczytano 134 razy


Nieprawdopodobne, żeby planeta tak jak Księżyc przeszkadzała w obserwacjach gwiazd i mgławic! Udało nam się jednak w końcu dostrzec Mały Obłok Magellana i mgławicę Worek Węgla. Po pewnym czasie zmarzliśmy od tego wiatru. Włożyliśmy nawet tenisówki przygotowane na wejście na górę. Z plaży wracaliśmy ulicą, licząc na złapanie jakiejś taksówki. Ostatecznie dwa kilometry dalej był postój taksówek. Tak był, ale w dzień, teraz nie było ani jednej. Zdjęliśmy tenisówki bo znów zrobiło się gorąco. Tu w nocy temperatura jest tylko kilka stopni niższa niż w dzień, tak że można spokojnie spacerować w krótkim rękawku nawet nad ranem. Nie ma też w dzień upałów, więc nie męczą nas nawet trzydziesto stopniowe temperatury. W końcu zatrzymał się taksówkarz wracający z jakiegoś hotelu, ale zaproponował nam horrendalną cenę. Nie zgodziliśmy się. Zdecydował się nam jednak pomóc i dowieść do kolejnego postoju taksówek. Ale i tam nie było nikogo. W końcu zostawił nas na rozstaju dróg. Może gdyby miał po drodze do domu naszą miejscowość, nie było by tak drogo. Daliśmy mu nasze traktaty mówiące o przyszłości naszej planety i ruszyliśmy w ciemność. Widzieliśmy, że prze kilka minut zastanawiał się czy może nie skorzystać z naszej oferty cenowej, a może dręczyło go sumienie, że zostawia turystów na środku drogi w nocy? Pojechał jednak do domu. My przezornie mieliśmy latarkę i szliśmy poboczem. Nie jechała jednak żadna taksówka. Latarka zaczęła słabnąć. Postanowiłem wymienić baterie. Teraz doceniliśmy ogrodzenia na tej wyspie, bo i tu takie było i odgradzało pobliskie łąki i góry od naszej ulicy. I bardzo dobrze. Już miałem wymienić baterie, gdy nadjechał jakiś busik, który zatrzymał się na nasze machanie. To obsługa hotelowa wracała do domu. Postanowili nas zabrać. Naprawdę na tej wyspie są bardzo uczynni i mili ludzie. W żaden sposób nie chciał wziąć od nas pieniędzy, zostawiliśmy więc mu dużą porcję zozoli i trochę traktatów. Był Hindusem i mówił, że ma Boga w sercu, chociaż nie jest aż tak praktykujący. Droga zeszła nam na bardzo miłej pogawędce. Zostawił nas na rozstaju dróg, gdzie już nie było lasu i jeździło mnóstwo samochodów. Tam po kilkudziesięciu metrach zabrał nas jakiś strażnik miejski. I w samą porę, bo jak tylko ruszyliśmy a przeszła kolejna krótka ulewa. Rankiem pojechaliśmy na końcowy przystanek we Flic en Flac i tam weszliśmy na plażę przekraczając małą rzeczkę wpadającą do morza. Tym razem plażowaliśmy przed hotelem Tam spotkaliśmy w końcu palmę, która kojarzy się z taką rajską wyspą. Pień wygięty ponad plażą a potem wyprostowany w górę. Oczywiście rozłożyliśmy się tam na cały dzień. Tu było dużo rybek na rafie, więc dużo pływałem i oglądałem . Dzieci miały tu mały stateczek napędzany silnikiem spalinowym i ogromną frajdę pływając po wielkim oceanie. Dopiero głód ruszył nas z miejsca. Wracaliśmy plażą. Po drodze kupiliśmy sobie wielkiego kokosa. Sprzedawca wprawnie maczetą obkroił grubą skórę i jednym cięciem odciął czubek wewnętrznej brązowej powłoki. Włożył słomkę i podał do ręki ten trzykilogramowy kubeczek z piciem. Agusi kupiłem nieco lżejszy obrany ananas. Nauczyłem się tu obierać ten owoc na wzór miejscowych, wycinając spiralnie niejadalne wypustki i odpowiednio kształtując zieloną nać, aby nie kaleczyła w rękę. Po obiadku w chińskim fast foodzie (oczywiście poprosiliśmy aby nie nakładano nam owoców morza, co tu jest zwyczajem) poszliśmy znów na plażę na zachód słońca. Tym razem był bardzo duży odpływ i na plaży można było znaleźć różne obślizgłe stworzenia. Moja żonka wolała zbierać jednak muszelki. Wieczorem w naszym hostelu był pokaz tańca sega. Występowały dwie tancerki w kolorowych strojach. Popijaliśmy więc pyszne drinki i słuchaliśmy egzotycznej muzyki. Niedziela rano była ostatnią okazją do zrobienia jakichś zakupów. Kupiliśmy więc sobie koszulki i pojechaliśmy na zgromadzenie. Dość długo się jechało, ale warto było. Jeszcze zanim dotarliśmy z przystanku na salę, inny życzliwy Mauritiańczyk chciał wezwać swego kolegę, aby nas podwiózł bo dokładnie jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie iść. W końcu dotarliśmy na miejsce i nie było wcale daleko. Bracia porządkowi ledwo znaleźli nam dwa miejsca koło siebie, było tam 1265 osób. Wysłuchaliśmy końcowego punktu przed przerwą, właściwie to zatopiliśmy się w artykule ze Strażnicy, który był przewidziany na ten dzień a mieliśmy go przy sobie po polsku. Na przerwie spotkaliśmy naszą znajomą rodzinkę z Grand Baie. Bardzo się ucieszyli na nasz widok. Spotkaliśmy też kilkoro naszych znajomych z Betel. Poznaliśmy też połowę wszystkich nadzorców obwodu na Mauritiusie, czyli aż jednego :-). Mają tam tylko dwa obwody. Zagadnął mnie pewien młodzieniec. Bardzo miło się z nim rozmawiało, słuchając też jak realizuje swoje cele duchowe. To trochę jak zgromadzenie międzynarodowe, a my czuliśmy się delegatami z egzotycznego kraju. Dużo osób przyjeżdża tu na zgromadzenie na motocyklach, u nas to raczej rzadkość. Po przerwie wróciliśmy do hostelu i zjedliśmy porządnego kurczaka z frytkami. Potem poszliśmy na plażę chłonąc ostatnie promienie słońca przed wyjazdem. Znalazłem tu bardzo dziwne kuliste stworzenie. Było też mnóstwo rybek całkiem niedaleko brzegu. Wziąłem aparat a Agusia ciasteczka. Karmienie rybek przebiegało znakomicie, sprawiło nam wiele przyjemności. Niektóre myślały, ze ciasteczka to my, więc też nas podskubywały. Po zachodzie słońca bardzo przydał nam się statyw bo mogliśmy bez poruszenia zrobić wiele zdjęć w zapadających ciemnościach. Oczywiście mogliśmy robić sobie zdjęcia razem, dokładnie takie jakie chcieliśmy i powtarzać je do uzyskania pożądanego efektu. Zmęczyło nas to trochę. Dobrze, że ciemność zapadła szybko i nie było już co fotografować. Wracaliśmy po ciemku plażą, mijając wiele rodzin biesiadujących na brzegu. Na koniec usiedliśmy na plaży i obserwowaliśmy zachód Wenus. Zgubiłem tylko złączkę do aparatu i nie miałem już ochoty wracać się taki kawał drogi. Pomyślałem, że pojedziemy tam rano, zapomniałem tylko o pływach. Niestety nie znaleźliśmy jej, przypływ wszystko zabrał. Postanowiłem spędzić jeszcze trochę czasu na obserwacjach gwiazd, ale nad ranem. Obudziłem się więc o czwartej i poszedłem z mapą i latarką w ręku w poszukiwaniu nowych gwiazdozbiorów. Odnalazłem Pawia, Żurawia, Koronę Południową i Ołtarz. Widać też było nasz Trójkąt Letni. Nad głową w całej krasie prezentował się najpiękniejszy według mnie gwiazdozbiór: Skorpion. Z Polski nie widać jego ogona i nie jest taki imponujący. Ale będąc już w Grecji można go zobaczyć w całości. Po śniadaniu przyjechał po nas taksówkarz i zabrał nas na płaskowyż centralny. Tam była zupełnie inna pogoda, pochmurno i co chwila padał deszcz. Wykorzystaliśmy chwilę ze słońcem na obserwację kaskady wodospadów Tamarin. W deszczu oglądaliśmy ogromne jezioro Mare aux Vacoas. W deszczu robiliśmy sobie zdjęcia na tle pól herbaty. Przemykając między ulewami odwiedziliśmy fabrykę herbaty i herbaciarnię. To bardzo interesująca wycieczka. Można prześledzić cały proces technologiczny od selekcji liści, przez fermentację, suszenie, rozdrabnianie aż do pakowania do torebek. Na koniec w herbaciarni na wzgórzu nad jeziorkiem otoczonym krzewami herbaty można było skosztować tych pysznych wyrobów. Ich zapas a także zapas napoju z trzciny cukrowej, potocznie zwanego rumem, mieliśmy już spakowany w walizce. Teraz czekała nas długa ale piękna widokowo droga wzdłuż wschodniego wybrzeża do Ile aux Ceres. Chcieliśmy popłynąć na tę wyspę ale było już za późno i za drogo. Taksówkarz zawiózł nas więc na publiczną plaże do Belle Mare. Tam to dopiero była rafa! Bardzo blisko brzegu i pełno rybek. Nurkowałem z przyjemnością, a Agusia zgarnęła kolejną butelkę tutejszego piasku. Niestety nie udało się już nam kupić ananasów. Do tej pory oblizujemy się na myśl o tych pysznych świeżutkich owocach. Takiego smaku i aromatu nie uświadczysz z tych kupowanych u nas w sklepach. Na lotnisku obsługa skanera z niepokojem wpatrywała się w nasz plecak. Domyślili się, że może tam być piasek i byli zdziwieni po co nam trzy litry piasku. Ale Agusia już wie co z nim zrobić :-).

strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Mauritius

Informacje o kraju: Mauritius
Flaga - Mauritius



KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY






© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki