PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Afryka data dodania: 2009-09-21      
autor: kopernik18

Na szczycie Kilimandżaro

ocena: 4.17przeczytano 104 razy


W końcu po wielu miesiącach przygotowań ruszyłem sam w nieznane. W Nairobi udałem się do agencji turystycznej, gdzie wynegocjowałem pięciodniowy trekking na Kilimandżaro trasą Marangu z dojazdem i dwoma noclegami w Tanzanii i Kenii za 575$. Nie chciało mi się samemu wszystkiego organizować na miejscu. Na razie czułem się jeszcze niepewnie na nowym gruncie. W pierwszy dzień oswajałem się z miastem. Łatwiej tu o kawiarenkę internetową niż o telefon. Nie omieszkałem więc przy okazji wysłać kilku SMS-ów i e-maili. Z niecierpliwością oczekiwałem nocy , mogłem bowiem zaobserwować niewidoczne z Polski gwiazdozbiory. Choć światła miasta mi przeszkadzały to jednak rozpoznałem najjaśniejsze gwiazdy nieba południowego. Wieczorem i nad ranem spokój zakłócały bardzo głśono trąbiące lokalne środki lokomocji zwane matatu, a doszła do tego jeszcze msza w jakimś pobliskim kościele w którym przez godzinę od 7 rano bardzo głośno śpiewano. W niedzielę wybrałem się na zebranie Świadków Jehowy do ich biura głównego w Nairobi przy Ngong Road. Udało mi się przejechać matatu za cenę jaką płaca miejscowi czyli za 10 szylingów. Miałem już wprawę w targowaniu się. W tych małych busikach panuje niemiłosierny ścisk. Naliczyłem raz ze mną 23 osoby, w tym dwie na zewnątrz! Zebranie było w języku suahili ale na szczęście mogłem skorzystać bo miałem materiały po polsku a młodzieniec siedzący obok mnie wypisywał mi po angielsku cytowane wersety z Pisma Świętego. W poniedziałek zostałem odebrany z hotelu Iqbal i busem ruszyliśmy do granicy w Namanga. Po drodze ujrzałem typową afrykańską rolinność. Prawie wszystko było tu nowe. Na horyzoncie ujrzałem majaczący pobielony szczyt Kilimandżaro. Do Moshi dotarłem po południu. Z centrum miasta wywieziono minie taksówką do miejsca gdzie kończył się asfalt i oczekiwała mnie wyboista droga gruntowa. Zastanawiałem się gdzie tu może być jakiś nocleg, to już była wieś. Jakież było moje zdziwienie gdy dotarłem do luksusowego Springland Guest House. Po całym dniu w autobusie z rozkoszą zanurzyłem się w pięknym basenie i pływałem pod równikowym słońcem. Oczywicie było tu też pyszne zimne piwo. Wieczorem małe spotkanie organizacyjne a potem wybrałem się na spacer drogą przez wieś. Ludzie byli tu bardzo życzliwi , witali się ze mną i co niektórzy chwilkę rozmawiali. Dzieci wołały trochę po angielsku trochę w suahili: Hallo mzungu (Witaj cudzoziemcze) Zrobiłem zdjęcia bajecznie zielonych pól ryżowych i sadów bananowych. Nad nimi górowało imponujące Kilimandżaro. Już byłem tam myślami. Potem zachwycający zachód słońca. Taki jaki zawsze kojarzył mi się z Afryką , na tle palm, żółto-czerwony. Wieczorem odnalazłem w końcu obłoki Magellana i gwiazdkę alfa Mensa , która występuje w moim opowiadaniu. Taka mała sentymentalna podróż w górę pośród cykających owadów, wśród czarnej afrykańskiej nocy.


Dzień pierwszy

Rano zawieziono mnie z Dorą i Peterem (Węgrami) do Marangu, gdzie była brama parku. Ruszyliśmy przez las deszczowy do pierwszego schroniska. Zdziwienie wzbudzały fantastyczne kształty drzew i liany. Było tu wiele nieznanych dźwięków i zapachów. Gdzie niegdzie w koronach drzew baraszkowały małpy. Minęliśmy kilka malutkich wodospadów. Stopniowo las przerzedzał się. Po kilku godzinach doszliśmy do schroniska Mandara Hut na wysokości 2720m . Nie czekając na pozostałych udałem się dalej szlakiem w górę do starego krateru Maundi na wysokość ok. 2800m . Warto się tu przejść , wychodzi się już lasu i widać drogę jaką się przeszło tego dnia. Ciszę i spokój zakłócał tylko wiejący wiatr. Było nadal ciepło ale już nie tak gorąco jak na dole. Wilgotność powietrza była niska, nie pociłem się zbytnio i klimat mi odpowiadał. Gdy wróciłem czekała już herbatka, prażona kukurydza i herbatniki. Potem podano nam też obiad. Jedzenie jest w cenie wyprawy i gotuje przewodnik lub ktoś z tragarzy bo raczej specjalnego kucharza nie mieliśmy. Radzono nam dużo pić , więc wypijaliśmy wodę, herbatę i kakao litrami. Postanowiłem potem pójść jeszcze wyżej bowiem z krateru Maundi widziałem , że droga kilkadziesiąt metrów wyżej wyprowadza na grzbiet i powinno być stamtąd widać zachód słońca. Nie zawiodłem się, po półgodzinnym marszu wyszedłem na duże wypłaszczenie skąd ujrzałem też osnuty chmurami wierzchołek Kibo i zabarwiony na czerwono promieniami zachodzącego słońca szczyt Mawenzi. Siadłem sobie wród traw nasłuchując z niepokojem jakicś postękiwań dochodzących z pomiędzy pobliskich drzew. Na szczęście nic stamtąd nie wylazło by zawrzeć ze mną bliższą znajomość. Po zachodzie słońca zacząłem szybko schodzić na dół , jeszcze szybciej zaczęło się robić ciemno. Na równiku noc zapada na prawdę bardzo szybko, można się bardzo zdziwić. Nim zniknęły ostatnie zorze dnia dotarłem do naszej chatki , gdzie były cztery łóżka. Był też prysznic z zimną górską wodą z którego nie omieszkałem jednak skorzystać. Wieczorem znowu obserwowałem gwiazdy. Było tu ciemniej niż w Moshi. Nad głową królował Orion. Znane mi gwiazdozbiory widoczne z półkuli północnej były poodwracane i początkowo trudno mi było się w tym wszystkim połapać. Ale z mapą i latarką w końcu doszedłem do ładu z niebem równikowym. Odnalazłem wszystkie gwiazdozbiory wchodzące w skład Okrętu i kilka pomniejszych , które były dla mnie zupełnie nowe. Potem już był sen.




strona: 1 | 2 | 3

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Kenia

Informacje o kraju: Kenia
Flaga - Kenia


  Tanzania

Informacje o kraju: Tanzania
Flaga - Tanzania








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms