PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Afryka data dodania: 2009-09-21      
autor: kopernik18

Na szczycie Kilimandżaro

ocena: 4.00przeczytano 78 razy


Dzień czwarty

Już przed północą zrobiło się w pokoju wielkie poruszenie. Do drogi szykowali się najpierw Koreańczycy. Tej nocy właściwie w ogóle nie mogłem spać. W końcu i dla mnie pojawiła się herbatka z ciastkami. Ruszyłem jako jeden z ostatnich około 0:40. Niebo skrzyło się tysiącami gwiazd. Księżyc miał wzejść dopiero po trzeciej. Idąc w górę bardziej patrzałem w gwiazdy niż pod nogi. Ale nie można się tu było zgubić ani potknąć. Drogę w górę znaczyły węże świateł z latarek a wspinaliśmy się po wulkanicznym osypisku. Mijaliśmy pokaźne grupki ludzi, które sunęły strasznie powoli , noga za nogą, uparcie w górę. Ktoś miał krwotok z nosa - objawy choroby wysokościowej. W połowie drogi do krawędzi krateru, w Grocie Meyera, wypiłem przechowywany na tę okazję Isostar. Dokuczał mi żołądek ale nic nie mogłem zrobić. Wypiłem też kilka kropli miętowych i ruszyliśmy dalej. Droga była strasznie monotonna. W pewnym momencie , wydawało się , że krawędź krateru jest tuż tuż , a tu po pół godziny jeszcze był spory kawałek. W międzyczasie wzeszedł cieniutki rogalik Księżyca. W końcu po trzech i pół godziny od wyjcia ze schroniska stanąłem na wysokości 5681m - Gilmans Point. Po krótkim odpoczynku zakrapianym herbatką z termosu ruszyliśmy wąską cieżką wzdłuż krawędzi krateru. Po niecałej godzinie zaczęło się rozwidniać . Byliśmy już niedaleko szczytu. Zdziwiony byłem brakiem jakichkolwiek problemów z oddychaniem i nie męczyłem się tak bardzo jak na ostatnich metrach na Mont Blanc. Tu gdzieś zgubił się mój przewodnik, lub jak kto woli ja mu się zgubiłem. Odnalazł mnie dopiero na szczycie. Uhuru Peak - 5895m - osiągnąłem o 6:00 na pół godziny przed wschodem słońca . Oczywicie czekałem. Ostatnie minuty z lunetką w ręku. Niestety słońce wzeszło lekko zamglone, nie widać było nawet zielonego promienia. Czułem się lekko zawiedziony. W Alpach musiała być o wiele większa przejrzystość powietrza. Ręce prawie mi zamarzły. Było -8 stopni (Koreańczycy mieli termometr) i wiał dość silny wiatr. Po chwili potężny lodowiec zabarwił się na czerwono od wschodzącego słońca gdzieś z nad oceanu. Śniegu na szczycie nie było w ogóle. Nie było też skrzynki do której zamierzałem wrzucić swoją wizytówkę. Trochę tu się pozmieniało. Już w drodze powrotnej czytałem , że jeżeli w tym tempie będą topnieć lodowce to w 2020r. nie będzie tu już po nich śladu. No i trzeba będzie zmienić nazwę góry z Kilimandżaro - góra która się błyszczy - na jakąś inną. Do schroniska zeszliśmy dosyć szybko. Najgorzej szło się w wulkanicznym pyle na stokach Kibo. W zasadzie to można było prawie zjeżdżać na butach. Woda po praniu moich spodni z polaru była potem czarna. W schronisku nie mogłem w ogóle odpocząć. Postanowiłem jak najszybciej zejść do Horombo. Już po drodze poczułem się lepiej i minęły mi mdłości. Minąłem też Dorę i Petera, którzy tego dnia szli w górę. Niestety Dora nie weszła pomimo aklimatyzacji. W nocy musiała wrócić się do Horombo. Każdy organizm reaguje inaczej. Po południu leniuchowałem. Tę noc postanowiłem spędzić na obserwacjach nieba. Zaraz po zachodzie słońca ze zdziwieniem stwierdziłem , że daleko na zachodzie widać jakąś burzę. Nie powinno jej być teraz, była pora sucha. Klimat i tu niepokojąco się zmienia. Po wieczornym delektowaniu się już znanymi gwiazdozbiorami obudziłem się około północy i nastał ...


Dzień piąty

Na niebie pojawiły się Centaur i Krzyż Południa , chyba najbardziej charakterystyczny gwiazdozbiór nieba południowego , tak jak dla nas konstelacja Wielkiego Wozu. Jasno wiecił Toliman składnik układu potrójnego w którym słabiutka Proksima jest najbliższą nam gwiazdą. Przez lunetkę mogłem przyjrzeć się kilku nowym mgławicom. Po kilku godzinach snu nad ranem znowu wstałem na obserwacje. Pięknie prezentował się w całej okazałości Skorpion. Poniżej Korony Południa udało mi się odnaleźć słabiutką kometę. Strasznie się namęczyłem zanim odnalazłem znany mi z naszego nieba gwiazdozbiór Lwa. Stał sobie spokojnie na głowie. Herkules zresztą też. Nad ranem wiecił jaskrawo trudny do zaobserwowania Merkury. W okolicy schroniska już widać było krzątaninę kucharzy przygotowujących śniadanie i pilnujących miejsca przy stołach dla swoich podopiecznych. Jednemu z nich pokazywałem gwiazdozbiory i zapowiedziałem bardzo jasną flarę jednego z satelitów Irydium. W ściśle określonej porze pojawił się w oznaczonym przeze mnie miejscu bardzo jasny błysk. To zdumiewające jak precyzyjne są prawa przyrody które wymyślił i ustanowił nasz Wszechmądry Stwórca, można na nich bezwzględnie polegać, tak we Wszechwiecie jak i w codziennym życiu. Wczesnym rankiem nim jeszcze rozwinęły się pierwsze chmury ruszyliśmy szybkim tempem w dół. Po dwóch i pół godzinie byłem już w Manadra Huts. Tam rozstałem się z Charlottą , która też bez problemu zdobyła szczyt. Zachmurzyło się nieco. Mijaliśmy bardzo mało turystów. Manasi powiedział mi, że jest dość duża recesja w turystyce. Ludzie boją się podróżować. Spotkaliśmy też stado małp spokojnie chodzących sobie po drodze. Tam też poczułem się na prawdę wolny i szczęśliwy. Wyszło zza chmur słoneczko. To był niesamowity moment. Po to tu przyjechałem. Na dole widziałem jeszcze urzekające wodospady wśród tropikalnej roślinności. Przy bramie parku kupiłem pierwsze pamiątki i po godzinie jazdy byłem z powrotem w Hotelu. O zimnym piwie i basenie marzyłem już od dwóch dni. Teraz z ogromną przyjemnością delektowałem się błogim odpoczynkiem. Wieczorem poszedłem jeszcze popatrzeć raz na Kilimandżaro i ujrzeć piękny zachód słońca nad afrykańską wioską. Po głowie krążyła mi też miła piosenka w suahili śpiewana turystom.


Następnego dnia jeszcze przed świtem ruszyłem do Arushy, skąd pierwszym busem Danavu wróciłem do Nairobi. Śpieszyło mi się bo chciałem zdążyć na 16:00 na zebranie. Dotarłem bez problemu na miejsce . Tym razem na Salę Zgromadzeń, a program był już na szczęcie po angielsku. Zauważyłem, że ludzie tutaj bardzo chętnie rozmawiają na tematy religijne. W poniedziałek zwiedzałem Dom Betel w Nairobi , zostałem też tam zaproszony na obiad. Po południu wybrałem się na zwiedzanie Sali Zgromadzeń. Ktoś kiedyś dziwił się radzie mówiącej by ubierać się jak miejscowi biali, w spodnie wyprasowane na kant i koszulę, no bo kto takie rzeczy pakuje do plecaka. To uczyniłem włanie ja i co więcej czasami nawet miałem krawat.

strona: 1 | 2 | 3

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Kenia

Informacje o kraju: Kenia
Flaga - Kenia


  Tanzania

Informacje o kraju: Tanzania
Flaga - Tanzania



KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY









© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki


odzież medyczna
Sprawdź nasze promocje. Atrakcyjne ceny, szybkie wykonanie.
balmarq.pl